Reklama

Nigdy nie byłam typem matki-kwoki, ale odkąd Igor się urodził, coś się we mnie przestawiło. Może to te jego wielkie, czarne oczy, którymi patrzył na mnie z niemowlęcego kocyka, może ta bezradność w małych rączkach. Od początku wiedziałam, że nie będzie mi łatwo go puścić w świat, ale nie przypuszczałam, że pewnego dnia po prostu zniknie.

I nie mówię o „wyprowadzce do dziewczyny” czy „spontanicznym locie do Tajlandii” – nie. Po prostu przepadł. Gdyby nie jedna wiadomość, podsłuchana przypadkiem przez kuzynkę mojej sąsiadki, być może nigdy bym się nie dowiedziała. A tak... ruszyłam w podróż, której nie zapomnę do końca życia. Bo jak się okazuje, nawet własne dziecko potrafi zostawić za sobą wszystko – łącznie z nazwiskiem, wspomnieniami i... matką.

Brat Eliasz

– I co teraz, Urszula? – spytałam sama siebie, patrząc na ten obdrapany mur i furtkę, za którą ponoć miał być mój syn. Tyle że już nie Igor. Teraz był bratem Eliaszem. Przynajmniej tak powiedziała ta kobieta z recepcji w zakonie.

Wcześniej wydzwaniałam do kilku klasztorów jak nawiedzona. W jednym z nich ktoś powiedział zbyt dużo. W końcu trafiłam tu – do opactwa wśród lasów, trzy godziny drogi od mojego miasta.

– Szczęść Boże – powiedziałam niepewnie do chłopaka, który wyszedł zza furtki. Młody, może dwadzieścia parę lat, w habicie, z łagodnym spojrzeniem.

– Szczęść Boże. W czym mogę pomóc?

– Ja… Szukam mojego syna. Wiem, że tu jest. Igor. Igor K. Słyszałam, że teraz używa innego imienia… Eliasz?

Mnich zamrugał. Widziałam, że zna to imię. Zanim odpowiedział, obejrzał się przez ramię, jakby się upewniał, że nikt nie podsłuchuje.

– Tak, jest u nas brat Eliasz. Tylko że my nie przekazujemy informacji o zakonnikach osobom z zewnątrz.

– Ja nie jestem z zewnątrz! Jestem jego matką – rzuciłam ostrzej, niż zamierzałam.

Chłopak uniósł brwi, ale się nie cofnął. Przeciwnie – zrobił krok w moją stronę.

– Proszę poczekać. Zapytam go, czy zechce panią przyjąć.

I zniknął za furtką, zostawiając mnie z sercem bijącym jak oszalałe. Boże, co ja tu robię? Co jeśli on nie będzie chciał mnie nawet zobaczyć?

Nie wyraził chęci

Czekałam przy tej furtce jak natrętna petentka. W dłoni ściskałam torebkę, jakby miała mi pomóc utrzymać pion. Po kilkunastu minutach chłopak wrócił. Znowu to łagodne spojrzenie, które tylko potęgowało moje zdenerwowanie.

– Brat Eliasz… nie wyraził chęci spotkania się z panią – powiedział cicho, niemal przepraszająco.

– Co?! – wyrwało mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język. – On mnie nawet nie chce zobaczyć?

– Powiedział, że „nie jest jeszcze gotów”.

Zaśmiałam się. Pusty śmiech.

– A kiedy będzie gotów? Na pogrzebie matki?

Chłopak nie odpowiedział. Wzrok miał wbity w ziemię.

– Dobrze, niech się bawi w świętego. Przekaż mu jedno – pochyliłam się bliżej. – Urszula, jego matka, nie odpuszcza tak łatwo.

Odwróciłam się gwałtownie, a kiedy już odeszłam na kilkanaście metrów, poczułam, że robi mi się słabo. Usiadłam na ławce pod starą lipą, na której ktoś wydrapał „+1984+”. Po kilku minutach usłyszałam znajomy głos. Ten, którego nie słyszałam od trzech lat.

– Mamo.

Odwróciłam się powoli. Stał tam, w brązowym habicie, wychudzony, z zapadniętymi policzkami. To był mój syn.

– Igor – szepnęłam.

– Już nie Igor. Brat Eliasz.

Przez chwilę tylko na siebie patrzyliśmy.

– Dlaczego mnie odciąłeś? Co ja ci zrobiłam?

– To nie tak… Ja po prostu musiałem odejść – odpowiedział.

– Musiałeś? Od własnej matki?

– Od przeszłości – poprawił.

Burzę jego spokój...

– A ja, Igor... Eliaszu, ja też jestem twoją przeszłością? – zapytałam z przekąsem, bo przecież nie po to tłukłam się trzy godziny autobusem z przesiadką w polu, żeby teraz bawić się w subtelności.

– Mamo, proszę. Nie przyjeżdżaj tu więcej – powiedział cicho. – To miejsce ma być moją przystanią. A ty burzysz mi spokój.

– Spokój?! – prychnęłam. – Ty chyba nie wiesz, czym jest spokój. Spokój to nie ucieczka od ludzi, którzy cię kochają.

– To nie była ucieczka. To była decyzja – odparł i znów spojrzał na mnie tymi oczami, które znałam od lat. Kiedyś błyszczały gniewem, teraz były matowe jak kamienie.

– Powiesz mi chociaż dlaczego? Bo nie wierzę, że zrobiłeś to przez religię. Ty! Ty, który jeszcze dwa lata temu wyzywałeś księdza z osiedla, że „sprzedaje świętości na fakturę”.

Uśmiechnął się blado.

– Wiele się zmieniło.

– No widzę. Teraz masz habit i nowe imię, jakby ci poprzednie nie pasowało. Ale twarz ci została. I matka ci została.

Zamilkł. Przez chwilę myślałam, że po prostu odejdzie. Zamiast tego usiadł obok mnie na ławce.

– Po rozwodzie wszystko się we mnie zawaliło – powiedział. – Byłem pusty. Niby wolny, a jednak przytłoczony. Kościół był jedynym miejscem, gdzie nikt niczego ode mnie nie chciał. Gdzie mogłem po prostu… być.

– A ja czego chciałam? Chciałam tylko, żebyś zadzwonił, Igor.

Nie odpowiedział.

Jego droga beze mnie

– Mamo... nie potrafiłem – głos mu zadrżał. – Wiesz, co czułem, kiedy słyszałem w telefonie twój głos? Wstyd. Taki duszący, że nie mogłem złapać tchu.

– Wstyd? Przede mną? A za co?

– Za to, że zawaliłem wszystko. Małżeństwo. Pracę. Siebie. – Spojrzał na mnie z bólem. – Ty we mnie wierzyłaś bardziej niż ja sam.

Zamilkłam. To zdanie ścisnęło mnie w środku. Ileż razy powtarzałam mu, że poradzi sobie, że jest mądry, że po tacie to tylko geny do krzyżówek odziedziczył, a reszta to jego własna siła. A on siedział wtedy ze wzrokiem wbitym w stół.

– Ale to nie znaczy, że miałeś się zapaść pod ziemię! – wybuchłam nagle. – Nawet nie mogłam się martwić, bo nie wiedziałam, czy żyjesz! Co ja mam mówić ludziom? Że mój syn „został bratem Eliaszem”?!

– Nie musisz nic mówić ludziom – powiedział spokojnie. – To jest moje życie. Moja droga.

– Ale nie sam się na świecie zrobiłeś, Igor! Chciałabym, żebyś chociaż udawał, że pamiętasz, komu zawdzięczasz te swoje nogi, którymi uciekłeś.

Uśmiechnął się smutno.

– Pamiętam. Dlatego tu jestem. I dlatego się z tobą spotkałem.

– Tylko po to, żeby mnie odesłać?

– Żebyś wiedziała, że jestem. Tylko nie szukaj we mnie dawnego Igora. On musiał umrzeć, żebym mógł przetrwać.

Patrzyłam na niego, na tę jego nienaturalną ciszę. Jakby ktoś wyłączył mu dźwięk życia.

– A ja, synku, nie po to cię rodziłam, żebyś chował się przed światem.

Czy on mnie w ogóle kocha?

– Myślisz, że to była ucieczka, bo nie rozumiesz ciszy – odpowiedział cicho. – Ty zawsze musiałaś mówić, działać, ratować. Czasem ratunkiem jest właśnie milczenie.

– Milczenie? To ja ci powiem, co daje milczenie – wyrwało mi się. – Siedzenie wieczorami przy stole, patrzenie na krzesło, które zostawiłeś. Brak wiadomości, brak życzeń. Nawet te głupie kłótnie o politykę byłyby lepsze niż ta twoja „cisza”.

Spojrzał gdzieś w bok. W jego oczach była dziwna mieszanina skruchy i… spokoju?

Nie wrócę, mamo. Nie przyjadę na Wigilię, nie będę chrzestnym dziecka kuzynki Ewy, nie będę naprawiał ci kranu. Już nie umiem żyć tamtym życiem.

– Ale umiesz odcinać się jak nożem od tego, co było twoje. Ode mnie – powiedziałam, z trudem hamując łzy. – Czy ja naprawdę byłam aż tak zła?

– Nie jesteś zła. Jesteś silna. A ja tej siły w sobie nie miałem.

– To wystarczyło tylko przestać się ze mną kontaktować, żeby poczuć się lepiej?

– Nie. Musiałem zniknąć, żeby zbudować siebie od nowa. I żeby nie udawać już, że jestem kimś, kim nie byłem.

Westchnęłam. W tej jego pokorze było coś irytującego. Jakby próbował mnie przekonać, że odejście było logicznym rozwiązaniem, a nie zwykłym tchórzostwem.

– Dobrze. Skoro tak chcesz… to przynajmniej powiedz mi jedno – spojrzałam mu prosto w oczy. – Czy ty mnie jeszcze kochasz?

Nie odpowiedział od razu. Tylko skinął głową.

– Tak, mamo. Tylko... inaczej niż kiedyś.

Otwarte drzwi

Siedzieliśmy jeszcze chwilę, nie mówiąc nic. On w habicie, ja w pogniecionej sukience z bazaru, która miała wyglądać „trochę bardziej elegancko”. Słońce przebijało się przez liście, a ja próbowałam połknąć gorycz, która zamiast ustąpić – rozlewała się po mnie coraz szerzej.

– Dobrze – powiedziałam w końcu, powoli. – Nie będę cię więcej szukać. Nie będę wydzwaniać, pisać, rozpytywać znajomych. Ale jeśli pewnego dnia… nie wiem, zachce ci się kiszonych ogórków albo chcesz się po prostu pokłócić – drzwi masz otwarte.

– Wiem – odpowiedział cicho. – I dziękuję.

– Ale jednej rzeczy nie odpuszczę – dodałam, wyciągając z torebki małą paczuszkę. – To są zdjęcia. Ty, ja, wakacje nad morzem. Tam jeszcze miałeś te kudły jak mop.

Uśmiechnął się, naprawdę. I to był pierwszy raz, kiedy zobaczyłam w tym nowym bracie Eliaszu ślad mojego syna.

– Zabierz je. Może się przydadzą, jak zapomnisz, kim byłeś.

– Nie chcę zapominać – powiedział, chowając kopertę za habit. – Tylko muszę… żyć dalej.

– Ja też. Choć bez ciebie to jakoś… ciszej. – Wstałam z ławki. – No, idź już. Bo jeszcze przez ciebie ekskomunikują matkę heretyczkę.

Roześmiał się. Uścisnął mnie krótko, ale mocno. A potem odszedł, znikając za furtką. A ja? Ja poszłam na stację. Wróciłam do życia z nim we wspomnieniach.

Urszula, 71 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama