Reklama

Kiedy moja mama pojechała do sanatorium, miałam nadzieję, że wróci zrelaksowana, może trochę bardziej pogodna, niż była przez ostatnie miesiące. Po śmierci taty zgasła, snuła się po domu bez większego celu, czasem tylko wzdychając nad robótkami ręcznymi, które od zawsze były jej pasją. Naciskałam ją, żeby gdzieś wyjechała, spróbowała się oderwać, poznała kogoś nowego – choćby koleżanki do rozmów na korytarzu.

Nie sądziłam jednak, że mama potraktuje te słowa dosłownie i wróci nie tylko z walizką pełną ziółek i nowych sweterków, ale także… z nowym kawalerem. Tak, dobrze czytasz – moja mama, kobieta po siedemdziesiątce, postanowiła, że życie jeszcze się dla niej nie skończyło. I zamiast spokojnie haftować obrusy na święta, zaczęła… flirtować. Dla mnie, jej dorosłej córki, był to cios – nieco zabawny, ale też bolesny i trudny do zaakceptowania.

Zachowywała się, jakby wróciła z wczasów życia

Początek tej rewolucji był bardzo niepozorny. Kiedy odwoziłam mamę na dworzec, czułam ulgę, ale i trochę niepokoju. Powtarzałam jej, żeby korzystała z zabiegów, nie przejmowała się dietą i jak najwięcej odpoczywała. Byłam przekonana, że sanatorium będzie dla niej jak kolonie dla dzieciaków – śniadania o ósmej, zabiegi, spacery i wieczorne ploteczki o bólach stawów. Nie sądziłam, że ta podróż tak ją zmieni.

Wszystko wydawało się zwyczajne do chwili, gdy wróciła do domu. Zamiast narzekać na pogodę i bolące kolano, z uśmiechem zaczęła wypakowywać walizkę – jakby w ogóle nie była na turnusie, tylko na wczasach życia. Zaskoczyło mnie to, ale uznałam, że może zmiana otoczenia rzeczywiście działa cuda. Mama opowiadała z ożywieniem, jak bardzo polubiła spacery po parku, jakie miłe były koleżanki z pokoju, ile nowych rzeczy się nauczyła. Przez chwilę naprawdę byłam z niej dumna. Pomyślałam, że może wreszcie wróci do swoich dawnych pasji, że zacznie znów haftować i może nawet namówi się na spotkania z dawnymi przyjaciółkami.

Szybko jednak zorientowałam się, że coś tu nie gra. Wśród tych wszystkich opowieści o zabiegach i wycieczkach pojawiał się on – pan Edward. I nie było to wspomnienie przelotne. Wręcz przeciwnie, Edward przewijał się w każdej historii. Przez chwilę miałam wrażenie, że mama zupełnie zwariowała na jego punkcie.

„To tylko Edward z sanatorium”

Pewnego popołudnia, gdy wróciłam z pracy, zastałam mamę w kuchni – śmiała się sama do siebie, kręcąc łyżką w garnku. Wtedy usłyszałam, jak do telefonu mówi cicho:

– Nie, Edziu, nie mogę dziś wyjść, córka wróciła. Tak, tak, przyjadę jutro na działkę, obiecuję.

Otworzyłam drzwi, udając, że nic nie słyszałam. Mama odłożyła telefon i zerknęła na mnie z lekkim rumieńcem na policzkach.

– Kto to był? – zapytałam podejrzliwie, choć znałam już odpowiedź.

– Oj, Justynko, nie drąż. To tylko Edward z sanatorium, zadzwonił zapytać, jak się czuję – odpowiedziała, udając spokój, ale widziałam, jak błyszczą jej oczy.

Z trudem powstrzymałam się od ironicznego uśmiechu.

– Mama, naprawdę? Kawaler na stare lata? Przecież mogłabyś haftować, a nie latać po działkach za jakimś emerytem!

Mama roześmiała się cicho.

– Ty wiesz, jakie to miłe uczucie, jak ktoś na ciebie czeka, martwi się o ciebie, a nie tylko narzeka na ból kręgosłupa? Edziu jest wesoły, zabawny, potrafi posłuchać. Może i nie jest ideałem, ale nie muszę już nikomu gotować obiadów ani prasować koszul. Chcę po prostu jeszcze poczuć się kobietą.

Zmieszałam się, bo nie byłam gotowa na taką szczerość. Nigdy nie widziałam jej takiej szczęśliwej, a jednocześnie tak… młodej duchem.

Niedzielny obiad... we troje

Mama zapowiedziała, że „przyprowadzi kogoś na rosół”. Myślałam, że żartuje, dopóki w niedzielę nie stanęła w drzwiach z eleganckim panem o siwych włosach i uśmiechu z reklamy pasty do zębów.

To jest Edward – przedstawiła, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.

– Dzień dobry, pani Justyno. Pani mama tyle o pani opowiadała, że czuję się niemal jak rodzina – rzucił, ściskając mi dłoń.

Uśmiechnęłam się uprzejmie, próbując ukryć swoje zmieszanie. Mama krzątała się wokół stołu, zerkając na Edwarda jak nastolatka na pierwszej randce. Jedliśmy w milczeniu, aż mama zaczęła wypytywać o nasze plany na lato. Edward był bardzo rozmowny, opowiadał o swoich podróżach, żartował z mamą tak, jakby byli razem od lat.

Po obiedzie zaproponował, że zmyje naczynia.

– Ja to lubię pomagać – powiedział z uśmiechem.

Patrzyłam na nich oboje: mama z błyskiem w oku, Edward z rękawiczkami na dłoniach. Nie przypominało to mojej matki z czasów po śmierci taty. Poczułam ukłucie zazdrości i niepokój. Wieczorem nie wytrzymałam:

– Mama, ty naprawdę zamierzasz się z nim spotykać? Tak na poważnie?

Mama westchnęła:

– Justynko, nawet na starość chce się mieć blisko kogoś, kto nie widzi we mnie tylko babci z drutami…

Czułam się odstawiona na boczny tor

Od tamtego obiadu coś się zmieniło. Mama była nie do poznania – kupiła sobie nową sukienkę, zaczęła używać perfum, których dotąd nie wyciągała nawet na święta. Przestała narzekać na nudę, a jej świat kręcił się wokół Edwarda. Nagle w naszym życiu zrobiło się jakoś ciaśniej. Któregoś razu usłyszałam rozmowę:

– Edziu, myślałeś kiedyś, żeby się do kogoś wprowadzić na stałe?

Zamarłam. Wstrzymałam oddech, czekając na odpowiedź.

Pewnie, że myślałem. Ale nie chciałbym być ciężarem. Poza tym twoja córka chyba nie jest mną zachwycona…

– Justyna jest po prostu ostrożna. Po jej tacie nikogo u mnie nie było. Ona myśli, że na starość trzeba już tylko dziergać serwetki, a ja nie chcę tak żyć!

Złapałam się na tym, że ściskam klamkę. Nie chciałam jej skrzywdzić, ale trudno mi było pogodzić się z tym, że mama naprawdę chce jeszcze czegoś więcej od życia niż spokojnego czekania na wnuki. Czułam się odstawiona na boczny tor. Czułam żal do niej, do siebie i trochę… do losu. Dlaczego ona nagle miała tyle odwagi, a ja wciąż byłam zamknięta w dawnych schematach? Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że może to ja mam problem, a nie ona.

Pewnego dnia wybuchłam

Z czasem Edward stał się stałym gościem u mamy. Ona śmiała się do łez z jego żartów, piekła ciasta, których nie robiła od lat. Gdy raz w tygodniu przychodziła do niej sąsiadka, mama niemal od progu opowiadała o ich wspólnych wycieczkach rowerowych czy randkach na ławce w parku. Słuchałam tego wszystkiego, udając zainteresowanie, choć w środku aż gotowałam się z bezsilności.

Pewnego dnia wybuchłam, przy Edwardzie:

– Czy ty musisz robić z siebie nastolatkę?! To jest śmieszne, mamo! Mogłabyś zająć się czymś pożytecznym, nie wiem, haftować, zająć się ogródkiem, a nie… uganiać się za facetem!

Mama spojrzała na mnie z taką mieszaniną smutku i stanowczości, że aż mnie zatkało.

– Justynko, czy ja ci zabraniam żyć po swojemu? Długo byłam sama, wiesz, jak się wtedy czułam? Haftowanie nie zagłuszyło mi samotności. Każdy ma prawo do szczęścia – nawet jeśli tobie wydaje się to śmieszne.

Edward odsunął się wtedy na bok, wziął płaszcz i tylko rzucił do mamy:

– Zadzwonię jutro.

Zostałyśmy same w kuchni, ja z poczuciem winy, ona ze spokojem, którego nigdy wcześniej u niej nie widziałam. Pomyślałam: może ona naprawdę wie, czego chce?

Chciała żyć, a nie tylko przetrwać

Przez kilka dni mama chodziła cicha i zamyślona, a ja mierzyłam się z wyrzutami sumienia. Nie chciałam jej ranić, ale czułam się zdradzona – jakby zburzyła bezpieczny, znany świat. Potem zobaczyłam ją na ławce pod blokiem, jak śmiała się z Edwardem, trzymając go za rękę. Wyglądali jak para dzieciaków, którym wszystko wolno, chociaż na ich twarzach wyraźnie było widać ślady życia.

Wieczorem mama usiadła naprzeciw mnie w kuchni.

– Justynko, nie wiem, jak długo potrwa ta historia. Może Edziu się znudzi, może ja się przestraszę. Ale póki co – jestem szczęśliwa. Ty masz swoje życie, ja chcę mieć swoje. Haftowanie nie jest sensem istnienia, to tylko sposób na przetrwanie, kiedy nikogo przy tobie nie ma. Może już czas, żebym nie musiała przetrwać, tylko żyć?

Przełknęłam ślinę i powiedziałam cicho:

– Jeśli jesteś szczęśliwa, to może… powinnam przestać się wtrącać. Tylko pamiętaj, że jak ci złamie serce, to mu osobiście wygarnę.

Mama uśmiechnęła się, a ja po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę. Może to ja powinnam się czegoś nauczyć od własnej matki? Może czasem na starość nie trzeba „chować się do szafy”. Czasem po prostu trzeba jeszcze raz się zakochać.

Justyna, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama