„Po śmierci babci dziadek nagle zniknął. Spodziewałam się najgorszego, ale to, co zrobił, przeszło wszelkie wyobrażenia”
„Nie mogłam przestać patrzeć na dziadka, który siedział w końcu stołu i spokojnie pił herbatę. Nie wyglądał na zdruzgotanego. W jego ruchach nie było rozpaczy, tylko rezygnacja. Jakby ten dzień był po prostu kolejnym do odhaczenia”.

- Redakcja
Babcia była jedyną osobą, której zapach potrafiłam sobie przypomnieć w środku nocy – mieszanina świeżo upieczonego chleba, kremu Nivea i słodkiego kompotu z jabłek. W moim dzieciństwie była wszędzie – w dźwiękach kuchennego radia, w wyszywanych serwetkach na każdym meblu, w piegach na moim nosie, które zawsze całowała, mówiąc, że przynoszą szczęście.
Czuł się samotny
Wakacje u dziadków na wsi były jak letni azyl. Biegałam boso po trawie, kąpałam się w balii, a wieczorami babcia czytała mi bajki głosem, który nawet najgorszego wilka zamieniał w potulnego baranka. Teraz jej już nie ma. Umarła cicho, jakby nie chciała nikomu przeszkadzać.
Pogrzeb odbył się w chłodny dzień. Nikt nic nie mówił, jakby każde słowo mogło się połamać w tej ciszy. Ale to nie płacz matki czy drżące dłonie ciotki mnie zaniepokoiły, ale nagrobek. A dokładniej – to, co na nim wyryto. Obok imienia i nazwiska babci, ze wszystkimi datami, widniało też imię dziadka – ur. 1943 – zm. 2025. Myślałam, że niedowidzę
Dziadek stał kilka metrów dalej, pod drzewem, z rękami złożonymi na lasce. Patrzył gdzieś w dal, jakby był tylko przypadkowym świadkiem tego pogrzebu. Podeszłam do niego ostrożnie.
– Dziadku… – szepnęłam, nie wiedząc nawet, od czego zacząć. – Na nagrobku jest twoje imię. I data śmierci 2025. Przecież to teraz.
Spojrzał na mnie.
– Bo już się pożegnałem, Zosieńko – odparł spokojnie. – Bez niej nie mam po co tu być.
Było mi przykro
Po pogrzebie wszyscy zebraliśmy się w domu ciotki Maryśki. Stół aż uginał się od jedzenia – kotlety, śledzie w trzech wersjach, sałatki, domowe ciasta. W powietrzu wisiał ciężar niewypowiedzianych słów, ale atmosfera była zaskakująco ciepła. Wspominaliśmy babcię – jak robiła pierogi, jak potrafiła jednym spojrzeniem uciszyć całą gromadkę wnuków. Śmiech czasem przecinał ciszę, ale nie docierał do mnie. Myślami byłam zupełnie gdzie indziej.
Nie mogłam przestać patrzeć na dziadka, który siedział w końcu stołu i spokojnie pił herbatę. Nie wyglądał na zdruzgotanego. W jego ruchach nie było rozpaczy, tylko rezygnacja. Jakby ten dzień był po prostu kolejnym do odhaczenia. Wciąż miałam w głowie ten nagrobek. Rok śmierci – 2025. Nie przyszłość, nie abstrakcja.
Podeszłam do matki, która właśnie kroiła sernik.
– Mamo, dziadek naprawdę sam kazał sobie wyryć datę śmierci?
Zbagatelizowały to
Spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem i wzruszyła ramionami.
– On tak ma, Zosiu. Zawsze dramatyzował. Pewnie chciał zrobić z tego przedstawienie, żebyśmy go żałowali jeszcze za życia.
– Ale mamo, on nie wyglądał, jakby żartował.
– Bo nie ma już w nim życia, dziecko – wtrąciła ciotka Maryśka. – Odkąd babcia zachorowała, on się wycofał. Nie przejmuj się, przejdzie mu.
– Albo nie – mruknęłam, ale nikt nie zareagował.
Pamiętałam dziadka sprzed kilku lat. Był energiczny, wiecznie w ruchu. Uwielbiał wycieczki rowerowe, potrafił sam naprawić prawie wszystko. Miał szorstkie dłonie i śmiał się z taką siłą, że echo niosło się po całym domu. Teraz patrzyłam na jego profil, wyblakły i pusty jak zdjęcie z dokumentów. Nie byłam już pewna, czy jeszcze do nas należy.
Chciałam coś powiedzieć, coś zrobić, ale miałam wrażenie, że wszyscy uznali sprawę za zamkniętą. Babcia nie żyła, dziadek miał po prostu „swoje dziwactwa”, a życie miało toczyć się dalej. Tylko że ja nie umiałam tak łatwo przeskoczyć nad tym, co zobaczyłam i usłyszałam.
Żałowałam go
Po kilku dniach postanowiłam pojechać do dziadka. Nie zapowiedziałam się wcześniej. Chciałam zobaczyć, jak naprawdę wygląda jego codzienność, bez przygotowań i fasady, którą zakładał przy rodzinnych spotkaniach. Gdy otworzył drzwi, zdziwił się, ale nie zapytał, czemu przyjechałam. Po prostu cofnął się do środka i rzucił przez ramię, że w kuchni jest herbata.
Dom był nieskazitelnie czysty, ale czułam w nim pustkę. Stół był pusty, firanki równe jak wyprasowane, na zlewie ani jednej szklanki. Dziadek zaprosił mnie do pokoju.
– Wszystko w porządku? – zapytałam.
– Zosiu… Ja już nie muszę się spieszyć – odpowiedział po chwili, bez cienia smutku. – Nie ma po co.
Usiadłam naprzeciwko niego. Miał na sobie sweter, który pamiętał jeszcze lata dziewięćdziesiąte. Wzrok miał czysty, jakby pogodny. Ale to nie była pogoda wynikająca z nadziei. Raczej z zaakceptowanej decyzji.
– Nie możesz tak mówić. Masz rodzinę, mnie.
Uśmiechnął się.
– Ty masz życie, dziecko. Ja już swoje przeżyłem z babcią. To była moja opowieść. Teraz tylko czekam na koniec.
– Ale przecież jeszcze możesz coś z tym zrobić. Możesz jechać gdzieś, coś zobaczyć. Albo przynajmniej być z nami.
– Już wszystko widziałem – powiedział i spojrzał mi prosto w oczy. – I nie chcę nikomu zawadzać. Napisałem testament, mam uporządkowane papiery. Nawet emeryturę przelewam na wspólne konto z twoją matką, żeby potem nie było zamieszania.
Był załamany
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Mówił o swoim końcu jak o remoncie dachu – zrobione, odhaczone. Wewnątrz wszystko we mnie krzyczało. Jak można się tak wycofać, nie mówiąc nikomu ostatecznego „do widzenia”? Jak można czekać, aż się samo skończy?
– Dziadku, ja nie potrzebuję twojej emerytury. Ja chcę ciebie.
Pokiwał tylko głową. Na jego twarzy nie było sprzeciwu, ale też nie było żadnej iskry.
Kilka dni później postanowiłam do niego zadzwonić. Była sobota, akurat wracałam z zakupów i pomyślałam, że może uda mi się go wyciągnąć na spacer. Telefon dzwonił długo. Zawsze odbierał po dwóch, trzech sygnałach. Teraz milczał. Spróbowałam jeszcze raz, i jeszcze raz. Bez skutku.
Wieczorem zadzwoniłam do mamy. Zapytałam, czy miała kontakt z dziadkiem. Zdziwiła się, powiedziała, że ostatni raz rozmawiali w poniedziałek, krótko. Że wszystko brzmiało normalnie, jak zwykle. Spytałam, czy nie uważa tego za dziwne. Zaprzeczyła.
– Mamo, on już się pożegnał, tylko my udajemy, że tego nie widzimy.
– Zosiu, przecież od lat powtarza, że jego czas się kończy. To tylko sposób, żebyśmy się nim interesowali.
– To nie był sposób. On tylko siedzi i czeka, aż przestanie oddychać.
Po prostu zniknął
Po kilku dniach przyszła koperta. Gruba, szara, adresowana do mnie. Pismo dziadka – równy, spokojny charakter pisma. W środku kilka kartek: list i skan dokumentów. W liście pisał, że przeniósł się do domu opieki, nie poda adresu, żebyśmy nie musieli go szukać. Że już wszystko załatwił, nie chce być ciężarem, nie potrzebuje odwiedzin, bo teraz chce tylko spokoju. „Dziękuję za to, że byłaś przy mnie, Zosiu. Ale nie martw się więcej. W tym miejscu można umrzeć spokojnie”.
Zgubiłam oddech, czytając te słowa. Mama próbowała to zbagatelizować, mówiła, że może tam mu jest lepiej, że to jego wybór i trzeba to uszanować. Ale ja czułam tylko panikę. Zniknął, zostawił nas. Udał się w ostatnią podróż bez adresu zwrotnego.
Nie mogłam pogodzić się z tym, że dziadek zniknął tak po prostu. Codziennie przeszukiwałam internet, dzwoniłam po domach opieki. Dopiero po kilku dniach udało mi się go znaleźć. Poprosiłam o przekazanie mu, że wnuczka Zofia chce go odwiedzić. Zgodził się.
Dom był w miasteczku, do którego nigdy wcześniej nie miałam powodu jechać. Niewielki, schludny budynek otoczony starymi drzewami. Kiedy weszłam do środka, recepcjonistka zaprowadziła mnie na piętro. Dziadek siedział w fotelu przy oknie. Wyglądał spokojnie, ale gdy mnie zobaczył, wstał z trudem i bez słowa mnie przytulił.
Potrzebowałam go
– Nie spodziewałem się, że mnie znajdziesz – powiedział, gdy usiedliśmy.
– A ja się nie spodziewałam, że odejdziesz bez słowa.
Uśmiechnął się lekko.
– Napisałem przecież. Chciałem, żebyś wiedziała, ale nie żebyś szukała. To nie jest miejsce do pożegnań. Tu się tylko czeka.
Zamilkliśmy na chwilę. Patrzyłam na jego dłonie złożone na kolanach. Nie drżały, były spokojne jak on sam.
– Codziennie budzę się z nadzieją – powiedział po chwili – że dziś może się to skończy. Nie mam lęku, nie boję się śmierci. Ale nie chcę już też żyć.
– A ja nadal cię potrzebuję.
Wycofał się
Spojrzał na mnie uważnie, jakby dopiero teraz mnie zauważył w pełni.
– Twoja babcia była całym moim światem. Kiedy odeszła, świat się skończył. Teraz tylko odgrywam swoje istnienie do końca, żeby nie robić zamieszania.
– Ale przecież jestem tu. Masz mnie.
– Ty masz swoje życie, Zosiu. Nie przyjeżdżaj tu za często. Dobrze mi tu, tak cicho. Ludzie tu nie pytają, nie pocieszają. Pozwalają odejść.
Zaszkliły mi się oczy, ale nie pozwoliłam łzom popłynąć. Wstałam, objęłam go i przytuliłam mocno. Tym razem nie odwzajemnił uścisku. Pozostał nieruchomy, jakby już był gdzieś dalej.
Zofia, 26 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na emeryturze odkryłam, że nie muszę wyjeżdżać do Chorwacji, bo w Polsce czuję, że żyję. Kryzys obróciłam w szansę”
- „Córka wpadła do mnie z rodziną na wakacje. Liczyłam, że będzie miło, ale po 3 dniach miałam dość bycia ich służącą”
- „Wstydziłam się swojego małego synka i udawałam przed facetem, że jestem wolną panienką. Słono zapłaciłam za ten teatr”