Reklama

Kiedy Tomek zginął w wypadku, byłam pewna, że moje życie jako kobiety dobiegło końca. Miałam być już tylko wdową, kustoszem jego pamięci. Pamiętam dzień pogrzebu jak serię statycznych obrazów, pozbawionych dźwięku. Pamiętam czerń mojego płaszcza, która wydawała się wchłaniać całe światło wokół.

Byłam w rozpaczy

Chłodny uścisk dłoni mojej teściowej, nie niósł pocieszenia; był raczej przypieczętowaniem kontraktu. Od teraz miałam być pomnikiem jej syna. Miałam trzydzieści dwa lata, a czułam się, jakbym właśnie umarła razem z nim. Tomek był ideałem. Wszyscy tak mówili. Przystojny, zaradny, z perspektywami. Byliśmy małżeństwem od pięciu lat. Nasze życie było zaplanowane w Excelu – dom, pies, potem dziecko, potem wakacje w Toskanii. Kiedy policja zapukała do drzwi o trzeciej nad ranem, ten Excel po prostu wyparował.

W tych pierwszych tygodniach dom był pełen ludzi, których ledwo tolerowałam. Ciotki z sałatkami jarzynowymi, kuzynki z radami o braniu się w garść, i teściowa. Przychodziła codziennie, żeby dopilnować czy jem, czy sprzątam, czy odpowiednio celebruję żałobę. W tym tłumie był jednak ktoś, kto pasował tam jeszcze mniej niż ja. Bartek.

Młodszy o dwa lata brat Tomka. Nie skończył studiów, dłubał przy starych motocyklach, miał tatuaże, których jego matka nie mogła znieść. Na pogrzebie stał z boku, bez garnituru, w czarnej koszuli i ciemnych jeansach. Nie płakał tak ostentacyjnie jak reszta. Patrzył na trumnę z czymś w rodzaju wściekłości. Wtedy nie zamieniliśmy ani słowa, poza zdawkowym „trzymaj się”. Ale to on, jako jedyny, nie traktował mnie jak szklanej figurki, która zaraz się roztrzaska.

Zostałam sama

Minęło pół roku. Ludzie przestali dzwonić, sałatki się skończyły. Została pustka w wielkim, niedokończonym domu na przedmieściach, który budowaliśmy z Tomkiem. Teściowa wpadała rzadziej, ale jej wizyty były jak inspekcje sanepidu. Sprawdzała, czy na cmentarzu są świeże kwiaty i czy na kominku wciąż stoi zdjęcie ślubne w centralnym punkcie.

Któregoś dnia wróciłam z pracy i zobaczyłam, że w kuchni pod zlewem jest jezioro. Pękła rura. Woda lała się na panele. Wpadłam w histerię. Nie chodziło o wodę. Chodziło o to, że Tomek by to naprawił w pięć minut, a ja stałam tam, bezradna, przemoczona, dzwoniąc do hydraulika, który nie odbierał. Zadzwoniłam do teścia, ale odebrała teściowa.

– Dziecko, Marian ma rwę kulszową, nie przyjedzie. Zamknij zawór. Nie wiesz gdzie jest? Boże, Tomek ci nie pokazał? – W jej głosie był wyrzut, jakby moja niewiedza o hydraulice była obrazą dla pamięci jej syna.

Rozłączyłam się i wybrałam numer Bartka. Może dlatego, że był jedyną osobą, która nie zaczęłaby rozmowy od westchnienia.

– Zaraz będę – powiedział tylko.

Przyjechał po dwudziestu minutach. Nie pytał, jak się czuję. Nie patrzył na mnie z tą litością, której nienawidziłam. Rzucił torbę z narzędziami na podłogę, wlazł pod zlew i po prostu to naprawił. Kiedy wyszedł spod szafki, miał brudną smugę na policzku.

Pomógł mi

– Masz piwo? – zapytał, wycierając ręce w ścierkę.

– Mam wino. Może być?

– Może.

Woda powoli wysychała. Piliśmy wino z kubków, bo nie chciało mi się szukać kieliszków.

– Wkurza mnie to, że wszyscy robią z niego świętego – powiedział nagle Bartek, patrząc w okno.

Zamarłam. Nikt nie odważył się powiedzieć złego słowa o Tomku.

– Co masz na myśli?

– Tomek był świetnym facetem. Był moim bratem. Kochałem go, ale był też uparty jak osioł, chrapał jak niedźwiedź i potrafił być arogancki, jak mu coś nie szło w pracy. A teraz matka robi z niego męczennika. To jakby zabierała mu człowieczeństwo.

Zaczęłam się śmiać. To był histeryczny śmiech, który przeszedł w szloch, a potem znowu w śmiech.

– Raz wyrzucił choinkę przez balkon, bo nie mógł rozplątać lampek – wykrztusiłam.

Bartek się uśmiechnął. To był ten sam uśmiech. Kącik ust unoszący się lekko w górę, te same dołeczki. Ale oczy były inne. Ciemniejsze. Głębsze.

Zbliżyliśmy się

To był pierwszy wieczór od śmierci męża, kiedy nie czułam się samotna. Bartek nie wyszedł po godzinie. Siedzieliśmy do trzeciej nad ranem, wspominając Tomka – tego prawdziwego, z krwi i kości, a nie tego z pomnika, który budowała teściowa. Przez kolejne miesiące Bartek stał się stałym elementem mojego krajobrazu. Rodzina uznała to za naturalne – w końcu opiekuje się wdową po bracie. To szlachetne. Tak myśleli. Nie wiedzieli jednak, o czym rozmawiamy, gdy drzwi się zamykają. Nie wiedzieli, że Bartek stał się moim powiernikiem.

Zaczęłam dostrzegać różnice między braćmi, które wcześniej ignorowałam. Tomek był bezpieczną przystanią, ale Bartek był żywiołem. Przy Tomku czułam spokój, przy Bartku zaczynałam czuć prąd. Łapałam się na tym, że czekam na dźwięk jego motocykla. Czułam się z tym obrzydliwie. „To brat twojego zmarłego męża” – powtarzałam sobie przed lustrem.

Ale samotność to straszna rzecz, a ciało ma swoją pamięć i swoje potrzeby. Bartek pachniał inaczej niż Tomek, ale w jego gestach, w sposobie, w jaki trzymał kubek z kawą, widziałam echa mojego męża. To była tortura i ukojenie w jednym.

Uratował mnie

Przełom nastąpił w Wielkanoc. Rodzinny obiad u teściów. Atmosfera była gęsta jak sos pieczeniowy teściowej. Siedziałam sztywno, słuchając, jak teściowa planuje postawienie nowego, droższego pomnika, bo tamten marmur zrobił się matowy. Bartek siedział naprzeciwko mnie. Widziałam, jak zaciska szczękę. W pewnym momencie nasze spojrzenia się spotkały nad wazą z żurkiem. Posłał mi niemal niedostrzegalne mrugnięcie. Jakby mówił: „Jeszcze godzina i cię stąd zabiorę”. Kiedy wychodziliśmy, zaoferował, że mnie odwiezie, bo ma sprawę po drodze. Teściowa zmarszczyła brwi.

– Malwinka może zostać jeszcze na sernik – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Malwina jest zmęczona, mamo. Daj jej żyć – rzucił ostro Bartek.

W samochodzie panowała cisza. Kiedy zatrzymał się pod moim domem, silnik zgasł, ale on nie wysiadał.

– Dziękuję – szepnęłam. – Za ratunek.

– Nie mogłem patrzeć, jak ona cię dręczy.

Odwrócił się w moją stronę. W małej kabinie jego samochodu brakowało powietrza. Jego ręka spoczywała na dźwigni zmiany biegów, centymetry od mojego uda. Wystarczyło, żebym drgnęła.

– Nie powinniśmy spędzać tyle czasu razem.

– Dlaczego?

– Bo zaczynam myśleć o rzeczach, za które pójdę do piekła.

Myślałam o nim

Zamiast uciec, zamiast wysiąść i zatrzasnąć drzwi, zrobiłam coś, co zmieniło wszystko. Położyłam dłoń na jego dłoni.

– Może piekło nie jest takie złe, jeśli nie jest się w nim samym – powiedziałam.

Pocałował mnie. Przez ułamki sekund szukałam echa zmarłego męża, ale znalazłam Bartka. Jego szorstkość, jego zapach, jego, a nie kogoś innego.

– Zabiją nas – powiedział Bartek. – Matka dostanie zawału, a potem wstanie z grobu, żeby nas udusić.

– Wiem – odpowiedziałam, wtulając się w jego ramię.

– Żałujesz?

Zastanowiłam się. Czy żałowałam? Z punktu widzenia moralności, wierności, „co ludzie powiedzą” – powinnam.

– Nie – szepnęłam.

Przez kolejne trzy miesiące żyliśmy jak szpiedzy. Kradzione chwile, samochód parkowany dwie ulice dalej, zasłonięte żaluzje. Każdy dotyk był na wagę złota, każde spojrzenie przy rodzinie musiało być starannie wyreżyserowane.

Zaczęłam odżywać

Znajomi mówili: „Jak ty dobrze wyglądasz, żałoba powoli mija”. Nie wiedzieli, że to nie czas leczy moje rany, tylko brat zmarłego. Bartek też się zmienił. Stał się spokojniejszy, mniej porywczy. Mieliśmy swój mały, hermetyczny świat, zbudowany na zgliszczach tragedii. Ale kłamstwo ma krótkie nogi, zwłaszcza w małych społecznościach i wścibskich rodzinach. Pierwszą osobą, która coś podejrzewała, była Anka, siostra cioteczna Tomka i Bartka. Zawsze była wredna, ale miała nosa do skandali.

– Często ten Bartek u ciebie bywa – rzuciła pewnego razu. – Nawet w nocy. Widziałam jego auto, jak wracałam z imprezy.

– Pomaga mi przy remoncie poddasza – skłamałam gładko.

– Poddasza? Myślałam, że dach już naprawiony. Uważaj, Malwinka. Ludzie gadają. To nie wypada.

Dla rodziny, dla której więzy krwi są święte, to było coś gorszego niż zwykła zdrada. To było zbezczeszczenie pamięci.

Zbliżała się pierwsza rocznica śmierci Tomka. Teściowa zaplanowała wielką mszę i spotkanie rodzinne. To miał być kulminacyjny punkt mojej roli „wdowy idealnej”. Tego dnia rano Bartek przyszedł do mnie. Był blady.

Zauważyli to

– Nie mogę tam iść i udawać, że jestem tylko wujkiem, który podaje ci chusteczki – powiedział. – Kocham cię. Nie chcę się ukrywać.

– Chcesz im powiedzieć dzisiaj? Rozszarpią nas.

– A kiedy? Za rok? Za dziesięć lat? Nie robimy nic złego. Tomek nie żyje. My żyjemy.

Nie zgodziłam się. Poprosiłam go o jeszcze trochę czasu, ale los zadecydował za nas. Po mszy wszyscy pojechali na cmentarz. Stałam nad grobem, patrząc na zdjęcie Tomka. Czułam ogromny smutek, bo wciąż go kochałam, ale była to miłość do wspomnienia. Obok mnie stał Bartek. W pewnym momencie, gdy teściowa układała kolejny wieniec i szlochała głośno, zachwiałam się. Zrobiło mi się słabo z gorąca i emocji.

Bartek instynktownie mnie złapał. To nie był chwyt braterski. Objął mnie w pasie, przyciągnął mocno do siebie, a ja oparłam głowę na jego ramieniu. Moja ręka powędrowała na jego klatkę piersiową. Przez ułamek sekundy zapomnieliśmy, gdzie jesteśmy. Spojrzał na mnie z taką czułością i troską, że każdy, kto miał oczy, musiał to zobaczyć. I teściowa zobaczyła. Podniosła wzrok znad zniczy. Jej oczy rozszerzyły się. Cisza, która zapadła, była głośniejsza niż dzwony kościelne.

– Co to jest? – zapytała cicho, ale jej głos przeciął powietrze.

Rozpętało się piekło

Odsunęłam się gwałtownie, ale było za późno.

– Mamo, Malwina zasłabła – próbował ratować sytuację Bartek.

– Nie kłam! – krzyknęła. Stała teraz wyprostowana. – Widzę, jak na nią patrzysz! Widzę to od miesięcy, ale wmawiałam sobie, że jestem szalona. Ze szwagrem? Na grobie męża?!

Wstyd palił mnie żywym ogniem. Chciałam zapaść się pod ziemię, prosto do trumny Tomka.

– To nie tak… – zaczęłam, ale Bartek wszedł mi w słowo.

– Tak, to dokładnie tak – powiedział twardo, stając przede mną. – Kochamy się. Tomek nie żyje, mamo. Nie przywrócisz go tymi wieńcami. A my mamy prawo do życia.

To, co nastąpiło potem, było jak scena z najgorszego dramatu. Teściowa dostała ataku histerii. Krzyczała, że Bartek to Judasz, że plujemy na grób Tomka. Teść musiał ją trzymać. Kuzynka patrzyła na nas z triumfującą pogardą. Uciekliśmy stamtąd, dosłownie. Wsiedliśmy do samochodu Bartka i odjechaliśmy, zostawiając za sobą zszokowaną rodzinę na cmentarzu.

Niczego nie żałuję

Od tamtego dnia minęło pół roku. Cena, jaką zapłaciliśmy, była ogromna. Teściowa zerwała z nami kontakt. Opowiedziała całej rodzinie i połowie miasteczka, że uwiodłam brata męża jeszcze za życia Tomka. Większość znajomych się odwróciła, nie wiedząc, jak reagować na ten „mezalians”.

Sprzedałam dom. Nie mogłam tam zostać, zbyt wiele duchów. Bartek jest ze mną. Nie jest łatwo. Czasem, gdy na niego patrzę, wciąż widzę Tomka i czuję ukłucie winy. Czasem kłócimy się o to, że on stracił rodzinę przeze mnie. To nie jest bajka z happy endem, gdzie miłość zwycięża wszystko bez kosztów.

Ale kiedy budzę się w nocy z krzykiem po kolejnym koszmarze o wypadku, Bartek jest obok. W jego ramionach nie czuję się już wdową po Tomaszu. Czuję się kobietą, która przeżyła piekło i odważyła się sięgnąć po szczęście, nawet jeśli dla reszty świata jest ono brudne i niewłaściwe.

Czasami, gdy patrzę na stare zdjęcia, czuję ból, ale potem Bartek chwyta mnie za rękę i wiem, że wybrałabym ten skandal jeszcze raz. Bo wole być osądzaną grzesznicą, która czuje, że żyje, niż świętą wdową, która jest martwa w środku.

Malwina, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama