„Po śmierci męża, teściowa chciała, żebym rozbiła namiot na cmentarzu. Nie rozumiała, że wdowa, też ma swoje potrzeby”
„Halina weszła do salonu, nie czekając na zaproszenie. W rękach trzymała wielki słoik, a jej wzrok omiótł pomieszczenie, szukając dowodów na to, że nie radzę sobie z prowadzeniem domu. Albo gorzej, że radzę sobie zbyt dobrze i zapomniałam o jej synu. – Nie musiałaś przychodzić. Mam obiad z wczoraj”.

- Redakcja
Gdy Tomek odszedł, byłam pewna, że pochłonie mnie cisza. Bałam się braku jego kroków na korytarzu i zimnej połowy łóżka. Nie przewidziałam jednak, że ta pustka zostanie tak agresywnie wypełniona przez kogoś innego. Moja teściowa, Halina, uznała, że jej misją jest nie tylko opłakiwanie syna, ale także zarządzanie moim bólem. Przynosiła niechciane obiady, kontrolowała wyjścia i traktowała każdy mój uśmiech jak zdradę stanu. Nie wiedziała, że pod narzuconą rolą wiecznej wdowy wciąż tli się kobieta, która desperacko pragnie odzyskać swoje życie.
Rosół o smaku wyrzutów sumienia
Dźwięk klucza w zamku sprawił, że zesztywniałam. Sobota, dziesiąta rano. W normalnym świecie trzydziestolatka mogłaby jeszcze leżeć w łóżku, delektując się leniwym porankiem. W moim świecie od dwóch lat sobota oznaczała wizytację.
– Agatko! Jesteś? Przyniosłam rosół, taki jak Tomeczek lubił – głos teściowej niósł się po korytarzu, zanim zdążyłam wstać z kanapy.
Halina weszła do salonu, nie czekając na zaproszenie. W rękach trzymała wielki słoik, a jej wzrok omiótł pomieszczenie, szukając dowodów na to, że nie radzę sobie z prowadzeniem domu. Albo gorzej – że radzę sobie zbyt dobrze i zapomniałam o jej synu.
– Dzień dobry, mamo – powiedziałam, siląc się na spokój. – Nie musiałaś przychodzić. Mam obiad z wczoraj.
– Bzdury gadasz – machnęła ręką, stawiając słoik na stole z głośnym stuknięciem. – Przecież wiem, że sama dla siebie nie gotujesz. Nikniesz w oczach, aż żal patrzeć. Tomek by mi nie darował, gdybym pozwoliła ci zmarnieć.
To był jej ulubiony argument. Imię mojego zmarłego męża służyło jej za tarczę i miecz jednocześnie. Usiadła na fotelu – tym samym, w którym kiedyś przesiadywał on – i westchnęła ciężko, poprawiając czarną garsonkę. Ona wciąż nosiła żałobę, a w jej szafie dominowały szarości i granaty. Ja pół roku temu odważyłam się kupić beżowy płaszcz. Pamiętam jej wzrok – wyglądała, jakbym napluła na nagrobek.
– Byłam rano na cmentarzu – zaczęła, a mój żołądek ścisnął się w supeł. – Kwiaty zwiędły. Te, które kupiłaś w zeszłym tygodniu. Wymieniłam je. Kupiłam chryzantemy, białe. On tak lubił biel.
– Byłam tam we wtorek, mamo. Wyglądały jeszcze dobrze – broniłam się słabo.
– Wtorek był dawno. O grób trzeba dbać, Agatko. To świadectwo naszej pamięci. Jeśli my nie zadbamy, to kto?
Milczałam. Każda odpowiedź byłaby zła. Wstałam, żeby zrobić herbatę w kuchni, która kiedyś była moim królestwem, a teraz terenem okupowanym. Na lodówce wciąż wisiały zdjęcia Tomka, których nie miałam serca zdjąć, choć czasami czułam, że jego uśmiech oskarża mnie o to, że wciąż oddycham. Halina dbała o to, by te zdjęcia nigdy nie zblakły, dokładając nowe w ramkach na parapetach i komodach. Mój dom zamieniał się w mauzoleum.
Nieproszona pomoc, która dusi
Problem z Haliną nie polegał na tym, że była złą kobietą. Kochała syna nad życie i po jego stracie przelała całą tę miłość, zmieszaną z rozpaczą, na mnie – jedyny żywy łącznik z Tomkiem. Ale ta miłość była toksyczna, lepka i duszna. Kilka dni później wróciłam z pracy wcześniej. Biuro projektowe było moją ucieczką; tam byłam Agatą, architektką krajobrazu, a nie „biedną wdową”. Tego dnia wygrałam przetarg na projekt parku miejskiego. Po raz pierwszy od dwóch lat krew krążyła mi w żyłach szybciej z radości, a nie ze stresu. Marzyłam o długiej kąpieli i beztroskim wieczorze. Gdy jednak przekroczyłam próg, zamarłam. W korytarzu moje buty stały ułożone w innym porządku niż zwykle. Z kuchni dobiegał zapach środków czystości.
– Mamo? – zawołałam, choć znałam odpowiedź.
Halina wyszła z mojej sypialni. Trzymała w rękach stertę ubrań.
– O, jesteś już. Dobrze się składa. Robiłam porządki w szafie. Te letnie sukienki trzeba schować, idzie jesień. A te kolorowe bluzki... Agatko, czy ty naprawdę chodzisz w tym do pracy? To trochę nie przystoi w twojej sytuacji.
Poczułam, jak narasta we mnie gniew, który kumulował się miesiącami.
– Co ty robisz w mojej szafie? – zapytałam, starając się nie krzyczeć. – Prosiłam, żebyś nie sprzątała pod moją nieobecność.
– Chciałam pomóc! – obruszyła się, przyciskając ubrania do piersi. – Ty jesteś zapracowana, nie masz do tego głowy. A poza tym... Znalazłam koszulę Tomka. Tę w kratę. Pachnie jeszcze nim. Położyłam ci ją na poduszce. Żebyś miała go blisko.
Zrobiło mi się słabo. Nie rozumiala, że próbuję zamknąć pewien rozdział, by móc żyć dalej. Spanie z koszulą zmarłego męża to nie kojenie bólu, tylko rozdrapywanie rany.
– Mamo, dziękuję za chęci, ale proszę, zostaw to. Zabierz klucze. Nie chcę, żebyś tu wchodziła, kiedy mnie nie ma.
Halina zamrugała, a jej twarz wykrzywiła się w grymasie płaczu.
– Wyrzucasz mnie? Matkę twojego męża? Ja tylko chcę dbać o to, co po nim zostało! Ty jesteś wszystkim, co mi zostało!
Znowu zagrała kartą ofiary. Wycofałam się. Pozwoliłam jej dokończyć sprzątanie, a sama zamknęłam się w łazience, puszczając wodę, by nie słyszeć jej krzątaniny. Radość z wygranego przetargu wyparowała.
Wieczorem czekało mnie piekło
Przełom nastąpił dwa tygodnie później. Projekt parku wymagał konsultacji, więc umówiłam się w kawiarni w centrum. Był słoneczny dzień. Założyłam granatową sukienkę – kompromis między żałobą a elegancją – i po raz pierwszy od dawna pomalowałam usta czerwoną szminką. Spotkałam się z Pawłem, stolarzem artystycznym, który tworzył instalacje z drewna. Rozmowa miała być zawodowa, ale po omówieniu szkiców naturalnie zeszliśmy na tematy życiowe.
– Masz smutne oczy – powiedział nagle, mieszając kawę. – Nawet kiedy się śmiejesz, twoje oczy pozostają poważne.
Zaskoczył mnie. Ludzie zazwyczaj udawali, że nie widzą mojego bólu.
– Dużo przeszłam – odpowiedziałam wymijająco.
– Rozumiem, ale wiesz... drewno też wiele przechodzi. Deszcz, wiatr, mróz. A potem, w odpowiednich rękach, staje się czymś pięknym i trwałym. Może po prostu potrzebujesz trochę słońca.
Uśmiechnęłam się szczerze i lekko. Paweł nie traktował mnie jak szklanej figurki. Żartował, opowiadał anegdoty. Przez godzinę czułam się kobietą, nie wdową.
Gdy wychodziliśmy, Paweł pomógł mi założyć płaszcz. Jego dłoń przez chwilę spoczęła na moim ramieniu. Zwykły gest uprzejmości. Ale dla kogoś, kto obserwował nas z drugiej strony ulicy, wyglądało to inaczej. Zauważyłam ją, gdy wsiadałam do samochodu. Halina stała na przystanku z siatkami zakupów. Patrzyła na mnie wzrokiem, który mógłby zamrażać oceany. Nie odmachała. Wiedziałam, że wieczorem czeka mnie piekło.
Sąd nad niewierną wdową
Telefon zadzwonił o dziewiętnastej.
– Musimy porozmawiać – głos Haliny był zimny jak stal. – Przyjdź do mnie. Teraz.
Mieszkała dwie ulice dalej. Poszłam pieszo, czując narastający bunt. Czy zrobiłam coś złego? Wypiłam kawę, uśmiechałam się. Czy to zbrodnia? W mieszkaniu teściowej panował półmrok. W salonie paliły się świece przed zdjęciem Tomka. Wyglądało to jak ołtarz. Halina siedziała na kanapie, wyprostowana jak struna.
– Widziałam cię – powiedziała bez wstępów. – Z nim.
– Z kim, mamo? Z wykonawcą ławek do parku? To było spotkanie służbowe.
– Służbowe? – prychnęła z pogardą. – Widziałam, jak na ciebie patrzył. I widziałam ciebie. Tę szminkę. Te włosy rozpuszczone. Śmiałaś się. Tomek nie żyje dopiero dwa lata, a ty już szukasz pocieszenia?
– To nie jest szukanie pocieszenia! – krzyknęłam, nie mogąc już tego znieść. – To jest praca! To jest życie! Mam trzydzieści cztery lata, mamo! Co mam robić? Położyć się w trumnie obok niego?
– Powinnaś zachować godność! – Halina wstała, a jej głos drżał. – Ludzie patrzą. Co powiedzą sąsiedzi? Że żona Tomka lata po kawiarniach z obcymi facetami, kiedy jego grób jeszcze dobrze nie osiadł?
– Nie obchodzą mnie sąsiedzi! – Podeszłam bliżej. – A grób jest zadbany. Pamięć o Tomku jest w moim sercu, a nie w kolorze mojej szminki czy w tym, ile razy w tygodniu płaczę na cmentarzu. Kocham go i zawsze będę, ale on nie chciałby, żebym zamieniła się w cień.
– On by tego nie zniósł – szepnęła Halina, patrząc na zdjęcie syna. – Był zazdrosny.
– Był, ale był też mądry. I chciał, żebym była szczęśliwa. Mamo, ty nie walczysz o pamięć o nim. Ty walczysz o to, żeby nie być sama ze swoim bólem. Chcesz, żebym cierpiała tak samo jak ty, bo wtedy jest ci lżej. Ale ja tak nie potrafię. Nie chcę.
Zapadła ciężka cisza. Halina opadła na fotel i schowała twarz w dłoniach. Po raz pierwszy widziałam ją taką małą, bezbronną. Jej pancerz matrony pękł. Usiadłam obok, ale jej nie dotknęłam. Musiała to przepracować sama.
– Oddaj mi klucze, mamo – powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Halina podniosła głowę. Jej oczy były czerwone.
– Nie ufasz mi?
– To nie kwestia zaufania. To kwestia granic. Muszę odzyskać swój dom i swoje życie. Będę cię odwiedzać. Będziemy chodzić na cmentarz. Ale na moich zasadach. Nie możesz mnie niańczyć. Nie jestem dzieckiem, a ty nie jesteś moim strażnikiem.
Drżącą ręką sięgnęła do torebki. Wyjęła pęk kluczy i położyła go na stole. Dźwięk metalu uderzającego o drewno był jak dźwięk zrywanych kajdan.
– On by tego nie chciał – powtórzyła, ale tym razem brzmiało to bardziej jak pytanie niż oskarżenie.
– Mylisz się – odpowiedziałam, wstając. – On zawsze powtarzał, że mam silny charakter. Chyba właśnie sobie o tym przypomniałam.
Czułam się winna, a potem mi ulżyło
Kolejne tygodnie były trudne. Halina się obraziła. Nie dzwoniła, nie przychodziła. Rosół zniknął z mojego stołu. Początkowo czułam się winna, ale potem przyszła ulga. Mój dom znowu był mój. Zaczęłam powoli zmieniać wystrój, chowając część zdjęć do albumów, wieszając jasne zasłony i kupując kolorowe poduszki. Przestrzeń zaczęła oddychać. W pracy projekt szedł świetnie. Paweł okazał się interesującym człowiekiem. Spotykaliśmy się częściej, zawsze na gruncie zawodowym, ale granica powoli się zacierała. Rodziła się między nami nić porozumienia, która dawała nadzieję. Pewnego popołudnia, wracając z pracy, postanowiłam zajrzeć do Haliny. Kupiłam jej ulubione ciastka. Bałam się tego spotkania, ale nie mogłam jej całkowicie odrzucić. Była matką człowieka, którego kochałam. Otworzyła drzwi, wyglądając na starszą o dekadę. W mroku jej mieszkania zauważyłam na stole coś nowego. Katalog biura podróży.
– Dzień dobry – powiedziałam, kładąc ciastka. – Przyszłam zobaczyć, co u ciebie.
Halina spojrzała na mnie, potem na słodycze.
– Zostawiłaś mnie samą – powiedziała ze smutkiem, nie ze złością.
– Nie zostawiłam. Po prostu postawiłam granicę. To różnica. Widzę, że oglądasz wycieczki?
– Koleżanka z klubu seniora mnie namawia – mruknęła. – Sanatorium w Ciechocinku. Podobno mają dobre zabiegi na kręgosłup.
– Powinnaś pojechać – uśmiechnęłam się zachęcająco. – Zmiana otoczenia dobrze ci zrobi. Mamo, Tomek by nie chciał, żebyś siedziała w tym ciemnym mieszkaniu. Chciałby na pewno, żebyś żyła. Tak samo jak ja.
Halina milczała, obracając ciastko w palcach.
– Może masz rację – powiedziała cicho. – Może za bardzo się uczepiłam, ale boję się, Agatko. Boję się, że jak przestanę o nim myśleć w każdej sekundzie, to on zniknie naprawdę.
– Nie zniknie. Pamięć nie polega na bólu. Polega na miłości. A miłość to życie.
Wypiłyśmy herbatę we względnym spokoju. To był początek relacji opartej na szacunku, a nie na przymusie.
Czas na własne błędy
Minęło pół roku. Halina pojechała do sanatorium i wróciła odmieniona – zrobiła trwałą, kupiła fioletowy szal i zaczęła opowiadać o panu Henryku poznanym na dancingu. Okazało się, że wdowa też może tańczyć. Ja wciąż pracuję nad parkiem. Z Pawłem poszliśmy ostatnio do kina. Nie było to spotkanie służbowe. Trzymał mnie za rękę. Czułam się dziwnie, trochę winna, ale przede wszystkim – żywa. Kiedy wróciłam do domu, spojrzałam na zdjęcie Tomka na komodzie. Wydawało mi się, że jego uśmiech jest trochę szerszy.
Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Może z Pawłem nic nie wyjdzie. Może Halina znowu będzie miała gorszy okres. Ale teraz wiem jedno: mam prawo do własnego życia, wyborów i błędów. Nie jestem tylko wdową. Jestem sobą. Nauczyłam się, że żałoba to nie miejsce, w którym się mieszka, ale droga, przez którą się przechodzi. Czasami trzeba się zatrzymać i zapłakać, ale potem trzeba iść dalej. Nawet jeśli teściowa wolałaby rozbić namiot na cmentarzu. Zabrałam moje klucze ze stolika w przedpokoju. Otworzyłam drzwi szeroko, wpuszczając do środka świeże, wiosenne powietrze. Pachniało nadzieją.
Agata, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Byłem zły na siostrę, że muszę sam opiekować się starszą mamą. Stać ją było tylko na dobre słowo na odległość”
- „Mój syn bał się chodzić do szkoły przez jedną osobę. Jego nauczycielka matematyki powinna brać korepetycje z empatii”
- „W dniu ślubu myślałem, że jestem szczęściarzem. Teraz nasz dom wygląda jak magazyn pełen drogich torebek i perfum żony”