Reklama

Rodzice zawsze mówili, że rodzina to jedyna rzecz, której nie da się kupić ani zastąpić. Wierzyłem im, choć w domu byłem tym „drugim” synem, tym spokojniejszym, mniej przebojowym. Mój brat potrafił zagadać każdego, wcisnąć każdemu swoją wersję świata i zawsze wychodzić na swoje. Kiedy mama zachorowała, a potem odszedł tata, myślałem, że chociaż w żałobie będziemy równi. Myliłem się. Po pogrzebach zostały puste pokoje, a we mnie rosło przeczucie, że coś jest nie tak.

Nie podobało mi się to

Gdy mama jeszcze żyła, dom pachniał jabłkami i rumiankiem. Siedziałem przy jej łóżku, czytałem jej na głos wiadomości z gazety, żeby choć na chwilę ją rozweselić. Dawid pojawiał się rzadko, zawsze w biegu. Wpadał, całował mamę w czoło i mówił, że ma „ważne sprawy”. Mama uśmiechała się wtedy, jakby to był powód do dumy. Wieczorami, kiedy zasypiała, ja doglądałem wszystkiego: rachunków, zakupów, wizyt u lekarzy. Tata już wtedy był cieniem siebie. Patrzył na mnie z wdzięcznością, ale milczał, jakby bał się, że słowa mogą cokolwiek zepsuć. Pewnego dnia, kilka tygodni przed śmiercią mamy, Dawid zadzwonił do mnie z tonem człowieka, który ma plan.

– Rafał, musimy ogarnąć papiery. Zróbmy porządek, bo potem będzie bałagan.

– Teraz? Mama się fatalnie czuje.

– Tym bardziej. Wiesz, jak to jest… lepiej załatwiać sprawy, kiedy jeszcze można.

Nie podobało mi się to. Brzmiało jak handlowanie ostatnimi chwilami. Gdy powiedziałem o tym tacie, tylko pokręcił głową.

– Dawid ma głowę do takich rzeczy – mruknął, jakby to było usprawiedliwienie.

Kilka dni później Dawid przyjechał z teczką i uśmiechem, który znałem od dzieciństwa. To był jego „uśmiech zwycięzcy”. Wcisnął mi do ręki kawę i powiedział, żebym się nie spinał.

– Wszyscy jesteśmy jedną rodziną – rzucił.

Tylko że ja już wtedy czułem, że on rozumie to zdanie zupełnie inaczej niż ja.

Zrobiło mi się sucho w ustach

Po śmierci mamy dom zrobił się nagle zbyt duży. Słyszałem każdy trzask rury, każdy skrzyp schodów, jakby budynek sam opłakiwał stratę. Tata trzymał się jeszcze kilka miesięcy, ale gasł w oczach. Dawid przyjeżdżał częściej, przynajmniej na pokaz. Był taki troskliwy, kiedy ktoś patrzył. Gdy tata zmarł, zostałem z jednym uczuciem: pustką wymieszaną z wściekłością, że życie kończy się tak zwyczajnie, bez wyjaśnień. Po pogrzebie Dawid podszedł do mnie przy bramie cmentarza, objął mnie za ramiona i powiedział:

– Spokojnie, bracie. Wszystko załatwimy uczciwie.

Uczciwie. To słowo bylo dla niego jak żart, ale jeszcze tego nie wiedziałem. Tydzień później dostałem SMS-a: „Notariusz w piątek, 12:00. Przyjdź koniecznie”. Poszedłem, bo uznałem, że to formalność. Sądziłem, że usiądziemy, podzielimy majątek na pół i pójdziemy każdy w swoją stronę. W kancelarii pachniało papierem i kawą. Dawid siedział już na miejscu, w garniturze, spokojny. Nie wyglądał jak człowiek w żałobie, raczej jak ktoś, kto przyszedł podpisać świetną umowę. Notariusz mówił szybko, urzędowo, z tym tonem, który rozpuszcza człowieka w bezradności. Słyszałem słowa: „pełnomocnictwo”, „darowizna”, „oświadczenie”. Zacząłem się wiercić.

– Przepraszam… jaka darowizna? – przerwałem w końcu.

Dawid nawet nie drgnął.

– Rafał, przecież rodzice przekazali mi dom jeszcze za życia taty, żeby było łatwiej. Nie wiedziałeś?

– Nie wiedziałem.

Notariusz spojrzał na mnie, jakby to mnie coś umknęło w podstawówce. Dawid zaś wyciągnął kartkę i przesunął ją w moją stronę.

– Podpisałeś to. Pamiętasz? Wtedy, gdy mama była chora.

Patrzyłem na papier i poczułem, jak robi mi się sucho w ustach. Widziałem swój podpis. Ten sam, którym podpisywałem umowy w pracy.

Wykiwał mnie jak dzieciaka

Przez kilka dni chodziłem jak w gorączce. Otwierałem szuflady w mieszkaniu, przeglądałem stare dokumenty, a potem znów je odkładałem, jakby to mogło zmienić przeszłość. Miałem w głowie jeden obraz: mój podpis na papierze, którego nie rozumiałem, bo ufałem. Zadzwoniłem do Dawida.

– Spotkajmy się. Musimy porozmawiać.

– Jasne. Przyjedź jutro.

Pojechałem do domu rodziców, chociaż już wtedy powinienem mówić „do domu Dawida”. Stał w progu, oparty o futrynę, pewny siebie.

– No i co, Rafał? – zapytał, jakbyśmy mieli omawiać pogodę.

– Jak mogłeś mi to zrobić?

– Przestań dramatyzować. Rodzice chcieli, żebym ja to ogarnął. Ty zawsze byłeś za miękki.

– Ja byłem przy nich, kiedy ty „ogarniałeś”. Ja trzymałem mamę za rękę, kiedy źle się czuła i kiedy odchodziła.

– I co? Mam ci za to medal dać?

Wszedłem do środka. Salon wyglądał tak samo: zdjęcia, stary zegar, kredens. Tylko coś w powietrzu było inne. Jakby ściany przestały mnie rozpoznawać. Dawid otworzył lodówkę, wyjął wodę i podał mi.

– Usiądź. Wysłuchaj, co mam ci do powiedzenia.

Nie chciałem tej wody, nie chciałem krzesła. Chciałem cofnięcia czasu.

– Zostałem z niczym – powiedziałem cicho.

– Z niczym? – zaśmiał się krótko. – Masz pracę, masz mieszkanie. Nie udawaj biedaka.

Wtedy dotarło do mnie coś jeszcze gorszego. Dla niego to nie była zdrada. Dla niego to była strategia.

Próbowałem jeszcze raz, spokojniej, jakbym rozmawiał z obcym.

– Dawid, ja nie chcę wojny. Chcę tylko sprawiedliwości.

– Sprawiedliwości? – powtórzył z udawaną zadumą. – Sprawiedliwość to to, że ktoś musi być mądry.

Wyszedłem z domu i poczułem, że nogi mi się trzęsą. Przez lata myślałem, że jestem spokojny, bo taki mam charakter. Tamtego dnia zrozumiałem, że byłem spokojny, bo jeszcze nikt nie sprawdził, jak smakuje moja cierpliwość, kiedy ktoś ją depcze.

Mój plan pachniał brudem

Wiedziałem, że nie mogę iść na policję z samym „wydaje mi się”. Miałem podpis, miałem dokumenty, miałem brata, który był sprytniejszy ode mnie i miał przewagę: wyglądał na człowieka, który zawsze wie, co robi. Poszedłem więc do prawnika. Siedziałem w małym gabinecie, ściskałem teczkę tak mocno, że bolały mnie palce. Mecenas przeglądał papiery długo, milcząc. W końcu podniósł wzrok.

– Sprawa jest trudna. Podpis jest pana, dokumenty są sporządzone poprawnie. Jeśli był pan wprowadzony w błąd, trzeba to udowodnić.

Wyszedłem stamtąd jeszcze bardziej wściekły, bo poczułem, że prawo jest jak forteca, a Dawid już dawno w niej zamieszkał. Wieczorem usiadłem w swoim mieszkaniu i patrzyłem w ścianę, aż w końcu przyszła mi do głowy myśl, która była równie prosta, co obrzydliwa: skoro on wygrał papierami i wizerunkiem, ja muszę wygrać jego własną bronią. Dawid zawsze chciał wyglądać idealnie. W pracy, wśród znajomych, nawet w internecie. Wszystko musiało się zgadzać: obraz sukcesu, człowiek, który „dźwignął rodzinę”. Wiedziałem też, że ma jedną słabość: lubił za bardzo chwalić się tym, co ma. Zacząłem więc słuchać. Pytałem wspólnych znajomych mimochodem, co u niego, jak mu idzie. Udawałem, że pogodziłem się z losem. Wysyłałem krótkie, neutralne wiadomości, jakby między nami nic się nie stało. Dawid się rozluźnił.

Któregoś dnia usłyszałem od jego kolegi, że Dawid planuje sprzedać dom i kupić większy, „pod inwestycje”. Inwestycje. Brzmiało poważnie, ale wiedziałem, że za tym kryje się zwykła chciwość. Wtedy wpadłem na pomysł, który sprawił, że pierwszy raz od miesięcy poczułem satysfakcję. Nie musiałem kraść, nie musiałem niszczyć. Wystarczyło, że sprawię, żeby jego własne kłamstwa zaczęły się ze sobą gryźć. Zacząłem zbierać dowody: wiadomości, daty, rozmowy. Skontaktowałem się z kimś, kto znał Dawida z wcześniejszych „interesów”. Człowiek powiedział mi tylko jedno zdanie:

– Twój brat ma za dużo tajemnic jak na kogoś, kto chce być wzorem.

To zdanie było dla mnie jak zapalnik.

Zemsta nie musi krzyczeć

Nie robiłem scen. Nie dzwoniłem do Dawida z krzykiem. Przestałem się tłumaczyć. Zamiast tego działałem cicho, konsekwentnie, krok po kroku. Znalazłem dokumenty w starych mailach taty, do których miałem dostęp, bo kiedyś pomagałem mu w komputerze. Wśród nich były potwierdzenia przelewów, korespondencja z bankiem, a nawet notatki, w których tata zapisywał, co i komu obiecał. Jedno zdanie uderzyło mnie najmocniej: „Rafał ma dostać działkę, Dawid dom. Żeby było po równo”. Działka. Tylko że tej działki nie było już na liście majątku. Dawid sprzedał ją wcześniej. Z tym poszedłem do prawnika jeszcze raz. Tym razem mecenas nie mówił już tak obojętnie.

– Jeśli to prawda, mamy punkt zaczepienia. To może wyglądać na celowe obejście woli spadkodawcy.

Dawid wciąż żył w przekonaniu, że mnie złamał. Spotkaliśmy się raz, gdy zadzwonił z radosnym tonem.

– Rafał, słuchaj, sprzedaję dom. Mam kupca. Wreszcie się rozwinę.

– Gratuluję – odpowiedziałem spokojnie.

W jego głosie usłyszałem ulgę. Pewnie pomyślał, że mnie oswoił. Dwa tygodnie później dostał pismo. Potem kolejne. Najpierw próba ugody, potem wezwanie, a na końcu informacja o wszczęciu postępowania. Zadzwonił do mnie wieczorem, już bez uśmiechu w głosie.

– Rafał, co ty robisz?

– Robię to, co ty robiłeś wcześniej. Dbam o swoje.

– Przecież możemy się dogadać.

– Mogliśmy się dogadać, zanim zostawiłeś mnie z niczym.

Słyszałem jego oddech w słuchawce. Pierwszy raz brzmiał jak człowiek, który traci grunt.

Zniszczysz mi życie – powiedział cicho.

– Ty mi je przestawiłeś na tor, którego nie wybierałem – odpowiedziałem.

Odłożyłem telefon i poczułem spokój. Nie radość. Spokój. Wtedy zrozumiałem, że zemsta nie musi krzyczeć. Wystarczy, że jest nieodwracalna.

Zwycięstwo miało gorzki smak

Sprawa ciągnęła się miesiącami. W międzyczasie Dawid próbował wszystkiego. Raz udawał ofiarę, raz próbował mnie kupić, raz straszył. Spotkałem go na korytarzu sądu i nie poznałem własnego brata. Zniknęła ta jego pewność siebie, została nerwowa kontrola nad mimiką i spojrzenie, które uciekało w bok. Podczas jednej z rozpraw sędzia zadał mu proste pytanie o sprzedaż działki. Dawid zaczął mówić szybko, za szybko, plątał się w datach. Zobaczyłem, jak jego własne słowa robią mu krzywdę. Nie musiałem już nic dodawać. Nie odzyskałem wszystkiego. Sąd uznał część moich roszczeń, część odrzucił. Dawid musiał wypłacić mi określoną kwotę i poniósł konsekwencje za działania wobec majątku rodziców. Dom nie został sprzedany tak łatwo, jak planował. Jego kredyty, jego „inwestycje”, jego piękny wizerunek zaczęły się sypać.

Gdy dostałem przelew, patrzyłem na cyfry długo. Nie poczułem triumfu. Pomyślałem o mamie, o tacie, o tym, że w ich oczach byliśmy rodziną, nawet jeśli w praktyce każdy z nas rozumiał to inaczej. Spotkałem Dawida ostatni raz przypadkiem pod sklepem. Udał, że mnie nie widzi. Nie zatrzymałem go. Nie miałem już potrzeby. Zemsta, której tak pragnąłem, okazała się czymś ciężkim. Smakowała jak metal w ustach. Zostało mi jednak coś, czego on nie potrafił mi zabrać: świadomość, że kiedy ktoś mnie wykiwa, nie muszę być już tym „spokojniejszym”. Mogę być konsekwentny. I bezlitosny w granicach prawa.

Rafał, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama