Reklama

Nigdy nie planowałam sylwestra z wielką pompą. Od lat unikałam tłumów, hałaśliwych imprez i sztucznych uśmiechów przy kieliszku szampana. Ten rok miał być taki sam – samotny, spokojny wieczór z książką i herbatą, daleki od złudzeń i niepotrzebnych emocji. Świadomie odcięłam się od ludzi, od wspomnień i oczekiwań. Wmawiałam sobie, że to wybór, a nie rezygnacja. Jednak życie, jak to życie, lubi zaskakiwać wtedy, gdy najbardziej się tego nie spodziewasz. I właśnie w ostatni dzień roku los postanowił mi przypomnieć, że nic nie jest przesądzone, dopóki trwa.

Miałam tylko siebie i dobrze

Chłodne światła miasta odbijały się w kałużach, gdy szłam przez centrum z zakupami w ręku. Było późne popołudnie trzydziestego pierwszego grudnia, a ulice tętniły nerwową energią ludzi śpieszących się na ostatnie przygotowania. Czułam się, jakby świat bawił się beze mnie – i chyba właśnie o to mi chodziło. W słuchawkach leciała stara jazzowa playlista, zagłuszając radosne „Szczęśliwego Nowego Roku!” dobiegające z co drugiego sklepu.

Mijałam pary z siatkami pełnymi przekąsek i szampanów, dziewczyny w cekinowych sukienkach i mężczyzn z bukietami w rękach. Każdy miał dokąd iść. Każdy z kimś. Ja miałam tylko siebie. I wbrew pozorom – nie przeszkadzało mi to. Zatrzymałam się przy kiosku, kupiłam gazetę, chociaż wiedziałam, że pewnie jej nie przeczytam. Potrzebowałam czegoś do ręki. Czegoś, co przykryje to drobne ukłucie zazdrości, które mimo mojej niezależności czasem się odzywało.

– Przepraszam, coś pani upadło – powiedział ktoś za mną.

Odwróciłam się zaskoczona. Na chodniku leżał mój paragon, a obok niego klęczał chłopak w wełnianym szaliku i kurtce, z której wystawała książka.

– Dziękuję – powiedziałam cicho, biorąc papierek z jego dłoni.

Uśmiechnął się lekko. Chciałam już odejść, ale coś mnie zatrzymało. Może ten jego wzrok – spokojny, ale z jakimś smutkiem. Albo moje własne zmęczenie samotnością.

– Szczęśliwego Nowego Roku – rzucił i odszedł.

Nie odpowiedziałam. Stałam jeszcze chwilę, patrząc, jak znika w tłumie.

W pancerzu samotności

Wróciłam do mieszkania przed osiemnastą. Zdjęłam płaszcz, postawiłam zakupy na kuchennym blacie i odpaliłam czajnik. Cisza w mieszkaniu była znajoma, niemal kojąca. Z radia sączyły się świąteczne piosenki, które od kilku dni działały mi na nerwy. Zgasiłam światło w kuchni, zostawiając tylko lampki na parapecie. Siedząc na kanapie z kubkiem herbaty, zaczęłam przeglądać telefon, bez celu, jakbym liczyła na wiadomość, której i tak nikt nie miał mi wysłać. Po chwili zrezygnowałam. Włączyłam telewizor, trafiłam na jakiś powtórkowy koncert sylwestrowy sprzed lat. Z głośników dudniło techno, ludzie skakali, machali rękami, śmiali się do kamer. To wszystko było tak dalekie od mojego świata, że wydawało się niemal obce.

I wtedy, zupełnie nieproszona, przyszła myśl. A właściwie wspomnienie. Sylwester sprzed trzech lat. Ja w czerwonej sukience, on w granatowej koszuli, nasze ręce splecione w tańcu na jakiejś domówce u jego kolegi. Śmialiśmy się wtedy z jakiejś głupiej wróżby noworocznej. Mówiła, że czeka nas zmiana. Miała rację – rozstaliśmy się dwa miesiące później. Westchnęłam ciężko. Nie dlatego, że nadal go kochałam. Już nie. Ale dlatego, że od tamtej pory nikomu nie pozwoliłam się zbliżyć. Jakbym zamknęła się w pancerzu samotności, który z czasem stał się moją normą. Bezpieczną, przewidywalną... ale pustą. Zamknęłam oczy i zobaczyłam twarz chłopaka z ulicy. Nie wiedziałam, dlaczego właśnie jego zapamiętałam. Może był czymś więcej niż tylko przypadkiem?

Nie chciałam czekać na północ

Gdy zegar wybił dwudziestą pierwszą, zdecydowałam się wyjść. Nie miałam konkretnego planu – po prostu poczułam, że nie chcę siedzieć sama w czterech ścianach, czekając, aż minie północ. Założyłam płaszcz, wełnianą czapkę i wyszłam na chłodne, grudniowe powietrze. Przeszłam kilka ulic, aż znalazłam się przy stacji kolejowej. Uwielbiałam ten widok – perony, ludzie z walizkami, zapowiedzi pociągów. Miejsce pełne pożegnań i początków. Stałam przy automacie z kawą, kiedy kątem oka zauważyłam znajomą sylwetkę. Ten sam szalik, ta sama książka wystająca z kieszeni. Serce mi przyspieszyło. Zupełnie irracjonalnie. On też mnie zauważył.

– To znowu pani – powiedział z uśmiechem.

– Na to wygląda – odpowiedziałam, zaskoczona własną pewnością.

– Czyżby nocny spacer w sylwestrowy wieczór?

– Może. A pan?

– Czekam na pociąg. Jadę do siostry. Zaprosiła mnie, żebym nie był sam. Ale chyba się spóźnię.

Spojrzałam na rozkład. Rzeczywiście, pociąg odjeżdżał za kilka minut, a kolejka do kas była długa.

– Może warto zostać? – powiedziałam półżartem.

Spojrzał na mnie z nieoczywistym wyrazem twarzy. Jakby naprawdę rozważał tę propozycję. Albo jakby sam nie wiedział, czego chce. Po chwili wyjął telefon, coś napisał i schował go z powrotem.

– Chyba właśnie zmieniłem plany.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wszystko działo się tak szybko. Ale nie uciekłam. Nie tym razem.

Noc, która zmieniła wszystko

Usiedliśmy na ławce przy peronie, trzymając w rękach plastikowe kubki z gorącą herbatą. Miasto wokół nas zaczynało żyć sylwestrowym pulsem – gdzieś w oddali słychać było pierwsze wystrzały petard, ludzie śmiali się, mijając nas w pośpiechu, jakby każdy pędził do swojego punktu kulminacyjnego. A my siedzieliśmy w miejscu, jakby czas na chwilę się zatrzymał.

– Mam na imię Irek – powiedział w końcu, wyciągając dłoń.

– Marta – odpowiedziałam i uścisnęłam jego rękę. Była ciepła, pewna, ale nie nachalna.

Rozmawialiśmy długo. Zaskakująco szczerze, jakbyśmy znali się od lat. O jego pracy w księgarni, o mojej niechęci do świąt, o tym, jak trudno czasem odnaleźć się w świecie, który wymaga od nas ciągłej obecności, ciągłych emocji. Nie musiałam się silić na nic. Nie było między nami udawania, ani sztuczności. Tylko dwójka ludzi, których coś połączyło na kilka godzin przed końcem roku. W pewnym momencie spojrzał mi w oczy i powiedział:

– To dziwne, ale czuję, jakby to wszystko miało się właśnie tak wydarzyć.

Pokiwałam głową. Nie musiałam dodawać nic więcej. W tej jednej chwili oboje zrozumieliśmy, że ten wieczór nie będzie taki, jak poprzednie. I że być może samotność wcale nie była naszym przeznaczeniem. Zgodziłam się, kiedy zaproponował, by pójść gdzieś wyżej – zobaczyć fajerwerki z punktu widokowego nad miastem. Poszliśmy razem.

Cisza przed fajerwerkami

Wspinaliśmy się stromą ścieżką na wzgórze, z którego widać było całe miasto. Co jakiś czas mijaliśmy grupki ludzi z butelkami szampana i plastikowymi kieliszkami. Śmiali się, śpiewali, ktoś grał na przenośnym głośniku. Mimo zgiełku wokół nas, między mną a Irkiem panowała przyjemna cisza. Taka, która nie krępuje, tylko daje przestrzeń. W pewnym momencie zatrzymałam się i spojrzałam na niego.

– Dziwnie się czuję. Jakby to wszystko było snem.

– Może to taki rodzaj snu, z którego nie chcesz się obudzić – odpowiedział i spojrzał na mnie z uśmiechem.

Dotarliśmy na szczyt kilka minut przed północą. Przed nami rozciągało się morze świateł, a niebo powoli zaczynało mienić się pierwszymi wybuchami. Ludzie odliczali ostatnie sekundy roku, trzymali się za ręce, obejmowali. A ja, po raz pierwszy od bardzo dawna, nie czułam się samotna. Nie czułam się przypadkowa. Irek wyjął z kieszeni mały termos.

– Wiem, że to nie szampan, ale mam herbatę z pomarańczą i imbirem. Działa jak uścisk od środka.

Zaśmiałam się. To był śmiech inny niż zwykle – lekki, bez lęku, prawdziwy. Nagle wybuchły pierwsze fajerwerki. Spojrzałam w niebo, potem na niego. I zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Irek po prostu mnie przytulił. Bez słów, bez oczekiwań. W jego ramionach świat wydawał się spokojniejszy. Bezpieczniejszy. Jakby ten jeden ułamek sekundy miał moc odmienić wszystko.

Nie wiem, czy to była miłość

Stałam wtulona w jego ramiona, patrząc, jak niebo rozświetlają kolejne serie fajerwerków. Kolory odbijały się w jego oczach, a huk wybuchów mieszał się z okrzykami ludzi, którzy świętowali kolejny rok, jakby wierzyli, że z wybiciem północy wszystko się zmieni. A może naprawdę się zmieniało? Nie wiedziałam, co przyniesie jutro. Czy spotkamy się znowu? Czy ta noc zostanie tylko jednym wspomnieniem więcej? Ale w tamtej chwili to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, że pozwoliłam sobie wyjść z kokonu samotności. Że nie zamknęłam drzwi, zanim ktoś zdążył zapukać.

– Dziękuję – powiedziałam cicho, opierając głowę o jego ramię.

– Za co?

– Za to, że nie wsiadłeś do tamtego pociągu.

Uśmiechnął się lekko.

– A ja dziękuję, że zgubiłaś paragon.

Śmialiśmy się razem, gdy na niebie rozbłysła największa eksplozja tej nocy. Ludzie wiwatowali, dzwonki biły gdzieś z oddali. W kieszeni wibrował mi telefon, zapewne z noworocznymi życzeniami od kilku znajomych, których życie toczyło się równolegle, ale teraz... teraz było to odległe. W tej jednej minucie, która dzieliła stary rok od nowego, poczułam się naprawdę obecna. Nie wiem, czy to była miłość. Jeszcze nie. Ale wiem, że coś się zaczęło. Coś cichego, prawdziwego i nieoczekiwanego. Wróciliśmy razem. Pierwszy raz od dawna z kimś.

Marta, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama