Reklama

Miało być idealnie, romantycznie i z klasą. Chciałam udowodnić nie tylko mężowi, ale i całemu światu, że potrafię zadbać o ognisko domowe jak nikt inny. Skończyło się jednak tak, że zamiast unosić się nad ziemią ze szczęścia, chciałam zapaść się pod nią ze wstydu. Nigdy nie zapomnę tego chłodnego spojrzenia mojego teścia i słów, które cięły moją godność niczym chirurgiczny skalpel. To miała być nasza chwila, a stała się moim publicznym upadkiem.

Miałam plan

Zawsze czułam na plecach oddech mojego teścia. To nie był człowiek, który krzyczał czy awanturował się bez powodu. O nie, to byłoby zbyt proste. Teść był mistrzem w ocenianiu. Wchodził do naszego mieszkania, przesuwał palcem po framudze drzwi, a jeśli znalazł choćby pyłek kurzu, unosił brew w sposób, który mówił więcej niż tysiąc słów krytyki. Był emerytowanym księgowym, człowiekiem liczb, faktów i absolutnego porządku. W jego świecie nie było miejsca na improwizację, a każda wydana złotówka musiała mieć swoje uzasadnienie w tabelce. Mój mąż był jego zupełnym przeciwieństwem – artystyczna dusza, grafik komputerowy, człowiek, który żył chwilą. Kochaliśmy się, ale po pięciu latach małżeństwa w naszą relację wkradła się rutyna. Codzienność, kredyt na mieszkanie i ciągłe oszczędzanie, by zadowolić teścia, który pożyczył nam sporą sumę na wkład własny, sprawiły, że romantyzm wyparował.

Tegoroczne walentynki miały być przełomem. Postanowiłam, że nie będziemy siedzieć w domu w dresach, jedząc odgrzewaną pizzę. Chciałam, żeby Paweł znów spojrzał na mnie z tym błyskiem w oku, który pamiętałam z czasów narzeczeństwa. Tylko że chciałam też pokazać teściom – którzy zapowiedzieli się na wizytę dzień po walentynkach – że jestem wspaniałą żoną. Że potrafię zarządzać domem, gotować wykwintnie i dbać o ich syna lepiej, niż ktokolwiek inny. Mój plan był prosty, ale ryzykowny. Postanowiłam przygotować kolację, której nie powstydziłaby się najlepsza restauracja w mieście. Problem polegał na tym, że moje umiejętności kulinarne kończyły się na jajecznicy i makaronie z sosem ze słoika.

Byłam z siebie zadowolona

Na dwa dni przed walentynkami podjęłam decyzję, która miała mnie zgubić. Zamiast męczyć się w kuchni z niepewnym rezultatem, postanowiłam zamówić catering z jednej z najbardziej ekskluzywnych restauracji w okolicy. Wybrałam menu degustacyjne: sandacz w pomarańczach, purée z kalafiora, a na deser mus czekoladowy z płatkami złota. Cena zwaliła mnie z nóg. To była połowa mojej pensji, pieniądze, które mieliśmy odłożyć na nadpłatę raty kredytu – tej samej raty, którą teść monitorował z obsesyjną dokładnością. Jednak tłumaczyłam sobie, że raz się żyje. Że nasza miłość jest tego warta. Że Paweł zasługuje na odrobinę luksusu.

– Kochanie, co tak pachnie? – zapytał Paweł, wchodząc do domu w walentynkowy wieczór.

Wcześniej spędziłam godzinę na precyzyjnym przekładaniu jedzenia z plastikowych pojemników na naszą najlepszą porcelanę. Puste opakowania, paragony i torby z logo restauracji upchnęłam głęboko na dnie kubła na śmieci w garażu, przykrywając je workiem ze starymi gazetami. Byłam pewna, że zbrodnia jest doskonała.

Niespodzianka – uśmiechnęłam się tajemniczo, zapalając świece. – Postanowiłam trochę poeksperymentować w kuchni. Cały dzień stałam przy garach, żeby ci sprawić przyjemność.

Paweł był zachwycony. Jadł z takim apetytem, że serce rosło mi w piersi.

– To jest… niesamowite – mruczał między kęsami kaczki. – Nie wiedziałem, że masz taki talent! Dlaczego ukrywałaś to przede mną? Ta ryba jest idealna.

– Cóż, starałam się – odparłam skromnie, dolewając mu wina. – Przepis babci, trochę zmodyfikowany. Wiesz, chciałam, żeby ten wieczór był wyjątkowy.

Czułam się wtedy panią świata. Kłamstwo spływało z moich ust gładko jak ten drogi sos. Paweł patrzył na mnie z podziwem, a ja wierzyłam, że to niewinne oszustwo nikomu nie zaszkodzi. Przecież liczył się efekt, prawda? Atmosfera była wspaniała, noc upojna, a ja zasnęłam z poczuciem, że uratowałam iskrę w naszym małżeństwie.

Czułam, że coś jest nie tak

Następnego dnia teściowie pojawili się punktualnie. Teściowa wręczyła mi ciasto drożdżowe, a teść od razu omiótł wzrokiem przedpokój.

– Buty nierówno ustawione – mruknął pod nosem, ale na tyle głośno, żebym usłyszała. – Chaos w przedpokoju to chaos w życiu.

Zacisnęłam zęby.

– Dzień dobry, tato. Zapraszam do salonu, obiad już prawie gotowy.

Tym razem ugotowałam sama – prosty rosół i pieczeń, żeby nie ryzykować. Atmosfera przy stole była sztywna. Paweł próbował rozluźnić sytuację, opowiadając o pracy, ale jego ojciec kwitował wszystko oschłymi komentarzami na temat niestabilności rynku pracy i konieczności oszczędzania. I wtedy Paweł, w swojej naiwnej chęci pochwalenia mnie przed rodzicami, zrzucił bombę.

– Tato, nie masz pojęcia, jaką Sylwia zrobiła kolację w walentynki – powiedział z entuzjazmem, nakładając sobie ziemniaki. – Byłem w szoku. Sandacz w pomarańczach, lepszy niż w jakiejkolwiek knajpie. Nie wiedziałem, że mamy w domu szefa kuchni.

Zamarłam. Teść powoli odłożył widelec. Jego szare oczy spoczęły na mnie z intensywnością lasera.

– Sandacz w pomarańczach? – powtórzył powoli. – To bardzo ambitne danie. Wymaga nie tylko umiejętności, ale i czasu. Długo marynowałaś mięso?

– Całą noc – skłamałam szybko, czując, jak pot zaczyna spływać mi po plecach. – I piekłam w niskiej temperaturze przez cztery godziny.

– Interesujące – Edward pokiwał głową. – A skąd miałaś sandacza?

– Z… z rynku. Tak, byłam rano na bazarku – plątałam się coraz bardziej.

Teściowa uśmiechnęła się do mnie życzliwie.

– To wspaniale. Zawsze mówiłam, że domowe jedzenie jest najlepsze i najtańsze. Edzio zawsze powtarza, że restauracje to wyrzucanie pieniędzy w błoto, prawda kochanie?

Teść nie odpowiedział żonie. Cały czas patrzył na mnie. Czułam, że coś jest nie tak. Jego spojrzenie nie było pełne podziwu, ale chłodnej kalkulacji.

Serce podeszło mi do gardła

Po obiedzie zaproponowałam kawę. Chciałam uciec do kuchni, odetchnąć, schować się przed tym przenikliwym wzrokiem. Kiedy wstawiałam wodę, usłyszałam kroki za plecami. To był teść.

– Sylwio – powiedział spokojnie. – Masz problem z segregacją śmieci.

Odwróciłam się gwałtownie.

– Słucham?

– Wyszedłem do garażu, żeby sprawdzić, czy Paweł naoliwił bramę, o co go prosiłem miesiąc temu. Oczywiście nie zrobił tego. A przy okazji rzuciłem okiem na wasz kubeł na odpady zmieszane. Był przepełniony, klapa się nie domykała.

Serce podeszło mi do gardła. Zaczęłam drżeć.

– Tato, ja…

Teść wszedł w głąb kuchni, trzymając coś w ręku. To był paragon. Długi, pognieciony, poplamiony sosem paragon, który wyrzuciłam dzień wcześniej.

– Czy wiesz, co to jest? – zapytał, machając mi świstkiem przed nosem.

– To… jakieś stare zakupy – wyjąkałam.

– Nie, moja droga. To dowód na kłamstwo i rażącą niegospodarność – jego głos był cichy, ale brzmiał jak wyrok. – „Restauracja Pod Złotą Kaczką”. Zamówienie z dnia 14 lutego. Dwie porcje sandacza i deser. Łączna kwota: czterysta osiemdziesiąt złotych. Plus koszt dostawy.

Zrobiło mi się słabo. Chciałam zniknąć, wyparować.

– Mogę to wyjaśnić…

– Co tu wyjaśniać? – przerwał mi ostro. – Że kłamiesz mężowi w żywe oczy, udając idealną gospodynię? Że wydajesz prawie pięćset złotych na jeden posiłek, podczas gdy w zeszłym tygodniu Paweł pożyczał ode mnie pieniądze na naprawę samochodu?

Wstyd palił mnie od środka

Myślałam, że to koniec, że skrzyczy mnie w kuchni i na tym się skończy. Jednak teść nie byłby sobą, gdyby nie przeprowadził procesu pokazowego.

– Chodźmy do salonu – zarządził. – Paweł i Teresa muszą to usłyszeć.

– Błagam, tato, nie rób tego – szepnęłam, czując łzy napływające do oczu. – Nie przy Pawle. Obiecuję, że oddam te pieniądze, po prostu chciałam, żeby było miło…

Nie słuchał. Wszedł do pokoju gościnnego, gdzie Paweł i Teresa oglądali telewizję. Stanął na środku dywanu jak prokurator w sądzie.

– Wyłączcie telewizor – powiedział sucho.

Paweł spojrzał na ojca zdziwiony, ale chwycił pilota.

– Co się stało? Kochanie, dlaczego płaczesz?

Teść rzucił pognieciony paragon na stolik kawowy, tuż obok filiżanek z herbatą.

– Twoja żona ma ci coś do powiedzenia na temat twojej „wybitnej” walentynkowej kolacji – oznajmił teść, krzyżując ręce na piersi. – Opowiedz im, Sylwio. Opowiedz im o swoim przepisie babci i o tym, jak stałaś przy garach cały dzień.

Stałam w progu, trzymając się framugi, jakby była moją jedyną deską ratunku. Wstyd palił mnie od środka. Czułam, jak twarz mi płonie, a w uszach słyszałam szum krwi.

– Ja… ja zamówiłam jedzenie – wydukałam cicho, patrząc w podłogę.

Głośniej! – warknął teść. – Niech usłyszą, ile kosztowała ta twoja szarada.

– Zamówiłam catering – powiedziałam głośniej, szlochając. – Kosztował prawie pięćset złotych. Przepraszam.

W pokoju zapadła cisza. Paweł wziął do ręki paragon i patrzył na niego z niedowierzaniem. Nie był zły o pieniądze, widziałam to w jego oczach. Był zraniony kłamstwem.

Pięćset złotych – teść zaczął swoją tyradę. – To jest tydzień zakupów spożywczych dla rozsądnej rodziny. To jest jedna trzecia raty, którą spłacacie z trudem. Jednak nie o pieniądze tu chodzi najbardziej, choć to też skandal. Chodzi o to, że budujesz to małżeństwo na fałszu. Udajesz kogoś, kim nie jesteś. Myślisz, że miłość kupuje się truflami i złotym papierkiem?

– Chciałam, żebyś był dumny – wybuchnęłam, patrząc na Pawła. – Chciałam, żeby było wyjątkowo, bo ciągle tylko liczymy każdy grosz, ciągle żyjemy pod dyktando oszczędności! Chciałam jednej nocy bez zmartwień!

– Więc okłamałaś męża i wyrzuciłaś pieniądze w błoto? – teść nie odpuszczał. – To jest niedojrzałość. Dziecinada. Masz trzydzieści osiem lat, a zachowujesz się jak nastolatka, która podkradła rodzicom kartę kredytową. Wstyd mi za ciebie. Wstyd mi, że mój syn ma żonę, która nie potrafi docenić wartości pieniądza i szczerości.

Każde jego słowo było jak uderzenie biczem. Czułam się mała, bezwartościowa i obnażona. Teściowa siedziała ze spuszczoną głową, nie śmiąc się odezwać. Paweł patrzył na mnie z rozczarowaniem. To było najgorsze. Nie złość teścia, ale ten wzrok męża, który właśnie zrozumiał, że jego idealny walentynkowy wieczór był farsą.

Zrozumiałam swój błąd

– Tato, wystarczy – odezwał się nagle Paweł, choć głos mu drżał. – Przesadziła. Wiem. Jednak to nasze pieniądze i nasza sprawa.

– Wasze pieniądze? – prychnął Edward. – Dopóki prosicie mnie o pomoc przy każdej większej awarii, to są też moje pieniądze. Dopóki nie potraficie zarządzać budżetem, mam prawo interweniować.

Wstał, poprawił marynarkę i spojrzał na mnie z góry.

– Mam nadzieję, że ten sandacz był wart tego upokorzenia, Sylwio. Następnym razem, gdy zechcesz zaimponować mężowi, spróbuj ugotować pomidorową.

Wyszli chwilę później. Zostaliśmy z Pawłem sami w ciszy, która dzwoniła w uszach. Na stole wciąż leżał ten przeklęty paragon, symbol mojej klęski.

Dlaczego mi nie powiedziałaś? – zapytał Paweł po długiej chwili.

Nie krzyczał. Był po prostu smutny.

– Bałam się, że uznasz, że nie jestem wystarczająco dobra – przyznałam, siadając obok niego. – Że jeśli nie zrobię czegoś spektakularnego, to nasza codzienność nas zje. Że twój ojciec ma rację, uważając mnie za beznadziejną panią domu.

Paweł objął mnie ramieniem.

Mój ojciec to trudny człowiek. Nie dogodzisz mu, choćbyś ugotowała ambrozję. Tylko że mi nie musisz nic udowadniać. Wolałbym pizzę z mrożonki, byle byśmy byli szczerzy wobec siebie.

To był moment, w którym zrozumiałam swój błąd. Nie chodziło o pieniądze, choć ich strata bolała. Chodziło o to, że pozwoliłam, by presja bycia idealną zniszczyła coś prawdziwego. Chciałam stworzyć bajkę, a stworzyłam koszmar, w którym główną rolę grał mój teść. Od tamtego dnia stosunki z teściem są chłodne, ale poprawne. Nigdy nie przeprosił za swoje słowa, a ja nigdy więcej nie próbowałam udawać kogoś, kim nie jestem. W kuchni nadal rządzę rzadko, ale kiedy już coś robię, jest to proste i moje. I choć tamte walentynki wspominam z piekącym rumieńcem wstydu, to była to lekcja, której potrzebowałam. Nauczyłam się, że najgorsza prawda, smakuje lepiej niż najdroższe kłamstwo podane na złotej tacy.

Sylwia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama