Reklama

W Dzień Babci od rana krzątałam się po kuchni, chociaż bolały mnie już plecy. Sernik stygł na parapecie, schabowy czekał w lodówce, ziemniaki tylko obrać. W międzyczasie starłam kurz z półek, przetarłam klamki, wytrzepałam dywanik w przedpokoju. Wyjęłam ze skrzyni obrus na święta i rozłożyłam go na stole. Dzień Babci miał być uroczyście obchodzony.

Czekałam na nich

Od tygodnia powtarzałam sobie, że w tym roku nie będę miała oczekiwań. Wnuki wyrosły, Marta z Tomkiem zawsze mają pełno pracy, a przecież ja też kiedyś miałam życie pełne obowiązków. Ale wystarczyło, że zobaczyłam śnieg za oknem i pomyślałam, jak ładnie wyglądałby ten dom z ich w sercu i tak czekałam.

Jeszcze kilka lat temu Dzień Babci oznaczał śmiech, gwar, radość. Marta przynosiła sernik, a dzieci rysowały dla mnie laurki. Teraz jestem sama. Niby niezależna, niby w dobrej formie, ale coraz częściej nie wiem, do czego służą niektóre przyciski na pilocie. Coraz trudniej mi się odnaleźć w rozmowach, które toczą się jakby obok mnie.

Staram się być „na czasie”, żeby nie zostać w tyle, ale to męczy. Moje żarty nie śmieszą już wnuków, moje zdania są przerywane przez powiadomienia na telefonie. A przecież pamiętam, jak bardzo cieszyli się, kiedy przyjeżdżali. Kiedyś dzwonili kilka co dni, pytali, czy mają coś przywieźć, czy babcia czegoś nie potrzebuje. Teraz nie pytają.

Kręcili nosami

Wpadli jak zwykle – bez słowa, jakby wchodzili do sklepu, nie do czyjegoś domu. Julka rzuciła torbę pod lustro i od razu sięgnęła po telefon. Kacper z kolei kopnął swoje buty tak, że jeden uderzył w ścianę.

– Eee, tu zawsze tak śmierdzi? – rzucił, marszcząc nos.

Udawałam, że nie słyszę. Marta weszła za nimi, telefon w jednej ręce, torebka w drugiej. Tomek wlókł się z tyłu jak cień. Niby uśmiechnięty, ale bez życia w oczach.

– Babciu, mówiłam, że nie jem mięsa i glutenu. Nie wiem, co tu gotujesz… – Julka otworzyła lodówkę i od razu ją zamknęła, jakby znalazła tam trutkę na szczury.

– Babcia się stara. Zjedz chociaż trochę – powiedziała Marta bez przekonania, rzucając mi krótkie spojrzenie, które miało znaczyć „nie bierz tego do siebie”.

– Może zjecie chociaż ziemniaków? Bez sosu… – odezwałam się łagodnie, choć gardło miałam ściśnięte.

– A jest cola? – zapytał Tomek, jakby to był jedyny powód, dla którego tu przyjechali.

– Nie mam, ale jest kompot z wiśni. Bez cukru – dodałam, próbując jeszcze zachować resztki gościnności.

Czuli się swobodnie

Julka skrzywiła się, Kacper już siedział na kanapie z grą w ręku, Marta usiadła przy stole i zaczęła przeglądać jakieś papiery. Tomek wszedł do kuchni i zaczął zaglądać do szafek. Nikt nie zapytał, jak się czuję, czy potrzebuję pomocy. Jakby cała ta wizyta była obowiązkiem, który trzeba szybko odbębnić. Widziałam to już wiele razy, ale dzisiaj, akurat dzisiaj, bolało bardziej. Może dlatego, że tak się starałam, że to był mój dzień, moje święto. I nawet jeśli nic nie powiedziałam, we mnie wszystko wrzało.

Zbierając talerze ze stołu, miałam ochotę nimi rzucić o podłogę. Kacper beknął głośno, nawet nie powiedział „przepraszam”. Julka pisała coś w telefonie, z nogami na fotelu, jakby to był jej własny pokój. Marta i Tomek siedzieli w kącie, rozmawiając półgłosem – jakby to było ważniejsze niż wszystko, co przygotowałam.

Ignorowali mnie

Stałam chwilę przy zlewie, patrząc w okno. W śniegu odbijały się światła samochodów. Zastanawiałam się, czy gdybym zniknęła, ktoś by się w ogóle zorientował? Wróciłam do salonu, wytarłam dłonie o fartuch. Przez moment nikt nawet nie zauważył, że weszłam. Tomek skakał po kanałach w telewizji, a Kacper rzucił:

– Babciu, a czemu tu zawsze tak zimno?

Spojrzałam na nich, na te moje „kochane” wnuki i dzieci, które nie zauważały, że człowiek się stara, że się zmusza do pieczenia, do gotowania, do bycia kimś, kogo oni już dawno przestali potrzebować. I wtedy powiedziałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

– A może następnym razem spotkamy się w KFC?

Martwa cisza na sekundę, a potem:

– Haha, mamo, ty jesteś niemożliwa – Marta zaśmiała się, jakby to był jakiś dowcip. Kacper aż podskoczył:

– Ej, super pomysł!

– No, przynajmniej byłaby cola – rzuciła Julka zadowolona.

Myśleli, że żartuję

Patrzyłam na nich i czułam, że mnie w środku rozrywa. To nie był żart, to była granica. Zmęczyło mnie udawanie, że wszystko jest w porządku, że to mi nie przeszkadza i nie czuję się jak służąca, która powinna się cieszyć, że ktoś w ogóle raczył wpaść. Wyszłam do kuchni, usiadłam na taborecie i przez dłuższą chwilę gapiłam się w podłogę. I wtedy przyszła mi do głowy myśl, która najpierw była jak iskra, a potem stała się decyzją: następnym razem mnie tu nie będzie.

Gdy wróciłam do salonu, Marta wciąż coś mamrotała do telefonu, Tomek błąkał się po mieszkaniu jak duch, a dzieci darły się jedno przez drugie o ładowarki i buty. Ja w tym czasie zapakowałam resztki obiadu do plastikowych pojemników i wręczyłam im siatkę.

– Proszę, zabierzcie. Może w domu znajdzie się jakiś głodny pies albo sąsiad, który nie ma uczulenia na ziemniaki.

Julka spojrzała na torbę, jakby było tam coś radioaktywnego.

– Bez glutenu, bez laktozy i bez smaku. Dokładnie tak, jak lubisz.

– Eee, nie trzeba – mruknęła pod nosem.

Miarka się przebrała

Tomek się uśmiechnął niepewnie, ale nawet nie próbował zabrać głosu. Marta się wyprostowała, to był zły znak.

– Mamo…

Kacper już miał coś odburknąć, ale widocznie zrozumiał, że lepiej się nie wychylać.

– A może i ja spróbuję tej nowoczesności? Zamiast Dnia Babci zafunduję sobie za rok weekend w hotelu. Tam nikt się nie czepia i można leżeć cały dzień w ciszy. Luksus.

– Mamo, o co ci chodzi? – zapytała Marta w końcu, lekko zbita z tropu.

– O nic. Po prostu nie chcę wam przeszkadzać w tym rodzinnym cieple i wzruszeniu, które tu dziś wybuchło.

Otworzyłam im drzwi i uśmiechnęłam się szeroko, z przesadną uprzejmością.

– Miłego wieczoru. Uważajcie, żeby nie przesiąknąć starością. Trzyma się wyjątkowo długo.

Zamknęłam drzwi zanim zdążyli odpowiedzieć. Potem zdjęłam fartuch, wzięłam kalendarz i wpisałam dużymi literami: „Ciechocinek. Turnus”.

Hela, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama