„Podczas chrztu rozpętała się afera, ile należy dać do koperty. To, co wtedy zrobił dziadek, było cenniejsze niż złoto”
„Szymon westchnął ciężko. Pieniądze, które chcieliśmy przeznaczyć na remont łazienki, miały pójść na najbardziej ekskluzywny lokal w okolicy. Ale ja byłam nieugięta. Chciałam udowodnić wszystkim, a zwłaszcza teściowej i szwagierce, że my też potrafimy żyć na poziomie. Że nas stać”.

- Redakcja
Marzyłam o tym dniu od miesięcy. Każda serwetka, każdy kwiat na stole i każdy element menu były przeze mnie zatwierdzone z pedantyczną dokładnością. Chciałam, żeby chrzciny mojego synka były idealne, żeby rodzina oniemiała z zachwytu, a zdjęcia w albumie wyglądały jak wycięte z żurnala.
Nie przewidziałam tylko jednego – że w blasku kryształowych żyrandoli i przy suto zastawionych stołach, zamiast miłości, zobaczę chciwość i małostkowość moich najbliższych. To miał być dzień Leosia, a stał się areną walki o pieniądze, wpływy i urażoną dumę. I kiedy myślałam, że już nic nie uratuje tej katastrofy, zdarzył się cud.
To miało być przyjęcie jak z bajki
Wszystko zaczęło się od mojej chorobliwej ambicji. Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, obiecałam sobie, że mojemu dziecku niczego nie zabraknie. Wychowałam się w domu, gdzie się nie przelewało, a każda uroczystość była skromna, wręcz ascetyczna. Może dlatego, gdy nadszedł czas planowania chrzcin Leosia, wpadłam w szał organizacyjny.
– Ewelina, czy my na pewno potrzebujemy tej sali bankietowej? – zapytał pewnego wieczoru mój mąż, Szymon, patrząc z przerażeniem na wstępny kosztorys. – Przecież to tylko obiad dla rodziny. Możemy to zrobić w domu albo w tej małej restauracji za rogiem.
Spojrzałam na niego, układając na stole próbki zaproszeń ze złotym tłoczeniem.
– W domu? – prychnęłam. – Czy ty wiesz, ile to jest roboty? A poza tym, chcę, żeby było pięknie. Twoja siostra miała przyjęcie w pałacyku, pamiętasz? Nie będziemy gorsi. Mamy oszczędności.
Szymon westchnął ciężko. Pieniądze, które chcieliśmy przeznaczyć na remont łazienki, miały pójść na najbardziej ekskluzywny lokal w okolicy. Ale ja byłam nieugięta. Chciałam udowodnić wszystkim, a zwłaszcza teściowej i szwagierce, że my też potrafimy żyć na poziomie. Że nas stać.
Przygotowania trwały tygodniami. Wybierałam kolor obrusów, smak tortu i rodzaj winietek. Moja mama kręciła nosem, że to przesada, że chrzest to sakrament, a nie wesele, ale puszczałam to mimo uszu. Wydawało mi się, że jeśli wszystko będzie wyglądać idealnie, to i nasze życie rodzinne magicznie stanie się doskonałe. Jak bardzo się myliłam, miałam się przekonać wkrótce po wyjściu z kościoła.
Myślałam, że dopięłam swego
Uroczystość w kościele była wzruszająca. Leoś w swoim białym ubranku wyglądał jak aniołek i przespał większość mszy. Czułam dumę, gdy trzymałam go na rękach, ale już pod kościołem wyczułam dziwne napięcie. Moja teściowa, Barbara, zamiast zachwycać się wnukiem, od razu zaczęła komentować stroje mojej rodziny.
– Widzę, że twoja kuzynka Kasia postawiła na odważną kreację – szepnęła mi do ucha. – Trochę krótka jak na kościół, nie sądzisz?
Zignorowałam to. W drodze do lokalu Szymon milczał, nerwowo bębniąc palcami o kierownicę.
– O co chodzi? – zapytałam, poprawiając kocyk na foteliku Leosia.
– O nic – mruknął. – Po prostu mama dzwoniła wczoraj. Pytała, ile płacimy za talerzyk.
– I co jej powiedziałeś?
– Prawdę.
– Szymon! – krzyknęłam szeptem. – Przecież wiesz, że ona zaraz zacznie przeliczać to na emerytury, leki i nie wiadomo co jeszcze.
– Ewelina, to moja matka. Nie będę jej okłamywał. Poza tym, sama chciałaś wystawnego przyjęcia, więc teraz musisz się zmierzyć z komentarzami.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, sala wyglądała obłędnie. Wielkie okna, bukiety świeżych hortensji na stołach, kelnerzy w białych rękawiczkach. Przez chwilę czułam triumf, widząc, jak mojej szwagierce, Marcie, opadła szczęka. Tak, dopięłam swego. Ale czar prysł, gdy tylko usiedliśmy do stołu. Zamiast radosnych rozmów, zaczęły się szepty.
Nagle wybuchła afera
Rosół ledwo wjechał na stoły, a ja już czułam, że atmosfera gęstnieje. Siedziałam obok Szymona, naprzeciwko teściów i moich rodziców. Dziadek Antoni, ojciec mojej mamy, siedział na szczycie stołu, cichy i uśmiechnięty, zapatrzony w prawnuka śpiącego w wózku.
– No, powiem wam, że rosół wyśmienity – zaczęła głośno ciotka Jadwiga. – Ale słyszałam, że w tym lokalu to liczą sobie jak za zboże. Ewelinko, nie szkoda wam pieniędzy? Przecież dziecko rośnie, wydatki będą.
Poczułam, jak pieką mnie policzki.
– Ciociu, chcieliśmy, żeby ten dzień był wyjątkowy – odpowiedziałam, starając się zachować spokój.
– Wyjątkowy, wyjątkowy – wtrąciła się teściowa, odkładając łyżkę. – Ale rozsądek też trzeba zachować. Szymon mówił, że zrezygnowaliście z remontu łazienki. A tam przecież kafelki już odpadają. Dziecko w grzybie będziecie kąpać, byle się pokazać przed rodziną?
Zamarłam. Szymon spuścił wzrok.
– Mamo, to nasza decyzja – bąknął bez przekonania.
Wtedy do rozmowy włączyła się moja mama, która zawsze czuła się w obowiązku mnie bronić, choć robiła to w najgorszy możliwy sposób.
– Basiu, nie zaglądaj im do portfela. My daliśmy sowitą kopertę, więc na pewno część im się zwróci. A wy? Słyszałam, że u was w rodzinie to się raczej oszczędza na prezentach.
Zrobiło się tak cicho, że słychać było brzęk sztućców przy sąsiednim stoliku. To był cios poniżej pasa.
– Że co proszę? – Teść poczerwieniał na twarzy. – My daliśmy tyle, na ile nas stać. Ale przynajmniej nie wypominamy tego przy stole!
– A kto tu wypomina? – oburzyła się mama. – Ja tylko mówię, że jak kogoś nie stać na gest, to niech nie krytykuje wydatków młodych!
Paraliżował mnie wstyd i żal
Zaczęła się jatka. Marta, moja szwagierka, dorzuciła swoje trzy grosze o tym, że „niektórzy muszą leczyć kompleksy drogimi imprezami”. Po chwili ruszyła licytacja na to, kto ile dał do koperty, kto ile pomógł przy wnuku i kto ma większe prawo do decydowania o naszych finansach. Awantura trwała w najlepsze. Siedziałam tam, ściskając serwetkę.
Patrzyłam na te piękne hortensje, na wykwintne jedzenie, którego nikt już nie smakował. Mój idealny dzień rozpadał się na kawałki. Byłam sparaliżowana wstydem i żalem. Szymon próbował interweniować:
– Przestańcie! To nie jest miejsce na takie rozmowy!
– A kiedy mamy rozmawiać? – fuknęła teściowa. – Skoro wy nie macie grosza szacunku do pieniądza, to ktoś wam musi przemówić do rozsądku!
– Szacunku do pieniądza? – zaśmiała się moja kuzynka. – Basiu, nie przesadzaj, po prostu zazdrościsz, że Ewelina ma taki znakomity gust.
Hałas narastał. Kelnerzy chodzili między stołami, udając, że nic nie słyszą, ale widziałam ich wymowne spojrzenia. Byłam skończona. To przyjęcie miało być dowodem mojego sukcesu, a stało się dowodem porażki całej rodziny. I wtedy to się stało. Dźwięk uderzania widelcem o kieliszek przebił się przez gwar kłótni. Raz, drugi, trzeci. Wszyscy powoli umilkli, odwracając głowy w stronę szczytu stołu.
Wstał dziadek Antoni. Miał osiemdziesiąt pięć lat. Przez całe przyjęcie nie odezwał się ani słowem, tylko obserwował. Teraz stał, opierając się jedną ręką o blat, a w drugiej trzymał kieliszek z wodą. Jego ręka lekko drżała, ale wzrok miał jasny i przenikliwy. Wszyscy umilkli, czekając na to, co powie.
Dziadek nie przebierał w słowach
– Patrzę tak na was… – zaczął cichym, chrapliwym głosem. – Patrzę na te półmiski pełne mięsa, którego połowę wyrzucą. Patrzę na te wasze eleganckie ubrania. Na te telefony, którymi robicie zdjęcia. I słucham. Słucham, jak kłócicie się o papierki. O cyfry na koncie. O to, kto jest lepszy, bo dał więcej.
Moja mama spuściła wzrok. Teściowa zaczęła nerwowo poprawiać serwetkę.
– Kiedy chrzciłem twoją matkę, Ewelinko – dziadek zwrócił się do mnie – to był rok pięćdziesiąty dziewiąty. Bieda piszczała w każdym kącie. Nie mieliśmy sali, nie mieliśmy kelnerów. Chrzciny były w naszej małej izbie. Wiecie, co było do jedzenia? Ziemniaki okraszone skwarkami i chleb, który upiekła moja żona, świętej pamięci Helena.
Uśmiechnął się lekko do wspomnień.
– Ale wiecie co? Pamiętam ten dzień jako jeden z najszczęśliwszych w życiu. Śpiewaliśmy do rana. Sąsiedzi przynieśli, co kto miał. Nikt nie pytał, ile to kosztowało. Nikt nie zaglądał drugiemu do kieszeni. Byliśmy razem. Cieszyliśmy się, że nowe życie przyszło na świat, że ród przetrwa.
Dziadek przesunął wzrok po zebranych, zatrzymując go na teściowej, mojej mamie, a w końcu na mnie i Szymonie.
– A wy? Macie wszystko. Stoły się uginają, a wy jesteście głodni. Głodni szacunku, głodni miłości, głodni uwagi. Żrecie się nawzajem o pieniądze, a obok leży ten mały człowiek – wskazał drżącą ręką na wózek z Leosiem. – On nie zapamięta, czy jadł łososia, czy kartofle. On nie zapamięta, czy ciotka dała tysiąc złotych, czy sto. Ale, nie daj Boże, zapamięta ten chłód, który teraz tu panuje.
W sali zapadła absolutna cisza.
– Dziecku nie jest potrzebny pałac – kontynuował, a jego głos nabrał mocy. – Dziecku potrzebna jest zgodna rodzina. Rodzina, która stoi za sobą murem, a nie taka, co buduje mury między sobą. Jeśli myślicie, że te piękne dekoracje przykryją waszą zawiść, to się mylicie. Dziecko wyczuje fałsz szybciej niż pies wyczuje strach.
Uniósł wyżej kieliszek.
– Nie wznoszę toastu za bogactwo tego chłopca, bo widzę, że pieniądze wam tylko w głowach przewracają. Wznoszę toast za to, żeby Leoś miał przy sobie ludzi, a nie kalkulatory. Żebyście się opamiętali, zanim będzie za późno. Bo jak mnie zabraknie, jak nas starych zabraknie, to co wam zostanie? Rachunki do zapłacenia?
Wypił łyk wody i z trudem usiadł.
To był najcenniejszy podarunek
Słowa dziadka wisiały w powietrzu ciężkie jak ołów. Czułam palący wstyd. Spojrzałam na Szymona – po jego policzku spływała pojedyncza łza. Moja mama siedziała zgarbiona, z jej twarzy zniknęła cała buta. Teściowa dyskretnie wytarła oczy.
– Przepraszam – szepnęła nagle moja mama łamiącym się głosem. – Masz rację, tato. Przepraszam was wszystkich. Zachowałam się jak jędza.
Teściowa pociągnęła nosem.
– Ja też… ja też nie powinnam była wypominać tego remontu. Chciałam dobrze, ale wyszło jak zawsze. Przepraszam, Szymon. Przepraszam, Ewelina.
Napięcie pękło. Wstałam i podeszłam do dziadka. Objęłam go mocno, chowając twarz w jego marynarce pachnącej starym drewnem.
– Dziękuję, dziadku – szepnęłam.
– Dziecko, nie dziękuj. Tylko pamiętaj. Życie jest za krótkie na pokazówki.
Reszta przyjęcia wyglądała zupełnie inaczej. Zniknęła sztuczna poza. Marta przesiadła się bliżej mnie i zaczęła pytać o kolki Leosia, zamiast komentować ceny. Teść z moim tatą zaczęli wspominać dawne czasy, śmiejąc się z własnych błędów. Temat pieniędzy przestał istnieć. W pewnym momencie Szymon złapał mnie za rękę pod stołem.
– Miał rację – powiedział cicho. – Wiesz co? Dajmy spokój z tym remontem. Zrobimy go sami, powoli. Ważne, że jesteśmy tu razem.
– Tak. To jest najważniejsze.
Kiedy wracaliśmy do domu, samochód był pełen kwiatów, ale to słowa dziadka Antoniego wiozłam jako najcenniejszy podarunek. Zrozumiałam, że wpadłam w pułapkę świata, gdzie wszystko musi być „naj”. Zapomniałam, że chrzest to powitanie człowieka we wspólnocie, a nie premiera filmowa.
Od tamtego dnia minęło trochę czasu. Nadal lubię ładne rzeczy i pewnie jeszcze nie raz pokłócimy się o pieniądze – taka jest ludzka natura. Ale ilekroć patrzę na stół przygotowany do uroczystości, przypominam sobie drżącą rękę dziadka i jego słowa o głodzie miłości przy pełnym stole. I wtedy odpuszczam. Bo wiem, że nawet najdroższy kawior nie smakuje tak dobrze, jak święty spokój.
Ewelina, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój mąż nie wiedział, ile kosztuje chleb, ale wiedział, ile kosztuje jego nowy zegarek. Miałam dość jego egoizmu”
- „W sanatorium w końcu stanęłam na nogi. Przestałam się płaszczyć przed rodziną i w naszych relacjach nastała odwilż”
- „Wziąłem na siebie remont domu rodziców, bo chciałem im pomóc. A oni to wykorzystali i zrobili ze mnie popychadło”