„Podczas ferii nakryłam matkę na zdradzie. Myślała, że jestem naiwna, ale po powrocie zobaczyła, na co mnie stać”
„Zostały nam już tylko dwa dni pobytu. Czekałam niecierpliwie, aż wrócimy do domu. Bo chociaż nienawidziłam tego, co się wydarzyło, to wiedziałam, że nie potrafię już udawać, że nic nie wiem. Ojciec musiał się dowiedzieć. Ktoś musiał przestać milczeć”.

- Redakcja
Mama zawsze powtarzała, że jesteśmy idealną rodziną. Że jesteśmy silni, zgrani, że się wspieramy. I może ktoś z boku faktycznie by tak pomyślał. Ojciec – spokojny, zamknięty w sobie, ale czuły. Matka – zawsze energiczna, uśmiechnięta, zorganizowana do granic możliwości. A ja? Cóż. Niby zbuntowana nastolatka, ale grzeczna. Skryta. Po cichu układająca swoje światy w pamiętnikach, które chowałam pod łóżkiem.
Nasz dom był pełen zapachu kawy, niedzielnych ciast i wspólnych kolacji. Tylko że… między tym wszystkim była też cisza. Taka, której nikt nie słyszy, jeśli nie wie, gdzie szukać. Cisza między pytaniami, które nie padają. Między spojrzeniami, które odwracają się zbyt szybko.
Od jakiegoś czasu miałam przeczucie, że coś w naszym domu się nie zgadza. Że coś jest nie tak. Ale nie miałam dowodów. Może to był sposób, w jaki mama czasem patrzyła na telefon. Może to był sposób, w jaki ojciec zamykał się w sobie jeszcze bardziej niż zwykle. Dlatego kiedy mama zaproponowała tydzień u cioci Marty, pod hasłem „babskiego oderwania od rzeczywistości”, poczułam iskierkę nadziei. Może to będzie czas, żeby porozmawiać. Może nawet się do siebie zbliżymy.
Bo choć nasza relacja z mamą była napięta – ciągła kontrola, wieczne pytania, „czy masz czapkę?”, „czy zjadłaś?”, „kiedy wrócisz?” – to gdzieś pod tym wszystkim była też bliskość. I tęsknota. Może nie za nią – ale za wersją nas, która mogłaby być prawdziwa. I tak, spakowałyśmy się. Ona z torbą wypchaną planami, ja z torbą pełną nadziei. Nie wiedziałam, że wrócę z czymś zupełnie innym.
Stanęłam jak wryta
– No dziewczyny, do dna! – zaśmiała się ciocia Marta i stuknęła się kieliszkiem z moją mamą.
Ja siedziałam przy stole z kubkiem herbaty, udając, że nie krępuje mnie to, że mam dopiero osiemnaście lat i że tak naprawdę nie pasuję do ich dorosłego świata. Mama była w świetnym humorze. Śmiała się głośno, opowiadała anegdoty z pracy, czasem żartowała z taty, ale tak... ciepło. Jakby tęskniła. Jakby wszystko było normalnie.
Byłam zaskoczona tym, jak dobrze się bawi. Przez chwilę nawet pomyślałam: może ten wyjazd naprawdę coś zmieni? Może uda nam się pogadać, tak serio. Bez napinania, bez fochów, bez tej kontroli, która dusiła mnie od lat. Mama tylko co chwilę sięgała po telefon. Uśmiechała się do siebie, raz nawet westchnęła z takim rozmarzeniem, jakby słuchała romantycznej piosenki. Pomyślałam, że to może tata coś napisał. Albo że ogląda jakieś filmiki z psami, jak zwykle.
Nie komentowałam. Nie miałam prawa, nie chciałam znowu słyszeć: „Dorota, przestań się zachowywać jak policjant. Wyluzuj”. Rano wstałam wcześnie. Weszłam do kuchni po wodę, jeszcze w piżamie, z rozczochranymi włosami. Telefon mamy leżał na blacie. Ekran się zaświecił i przyszła wiadomość. Zobaczyłam dokładnie to powiadomienie. Jasne litery na ciemnym tle. Jedno zdanie. „Tęsknię za tobą. Myślę o tej nocy”.
Stanęłam jak wryta. Przez chwilę próbowałam wmówić sobie, że to jakaś pomyłka. Że może to od cioci Marty? Że żart? Ale nie, to nie był żart. To nie był przypadek. To był ktoś, kto pisał do mojej matki, w taki sposób. Mama weszła do kuchni zaraz potem, uśmiechnięta, zadowolona, nawet nie zauważyła, że zbladłam.
– Dorotka, zrobię ci jajecznicę? – zapytała jak gdyby nigdy nic.
Pokręciłam głową. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Czułam, jak pod żebrami zbiera się coś ciężkiego. Coś, co zaraz mnie rozszarpie od środka. Wieczorem już się nie odzywałam. Siedziałam z nimi przy kolacji, słuchałam, udawałam. Ale coś we mnie już pękło. Mur milczenia zaczął rosnąć.
– Wszystko okej? – zapytała mama, zerkając na mnie znad kieliszka.
– Jest super. Tak jak miało być – odpowiedziałam, z lekkim uśmiechem, którego sama się przestraszyłam.
Ironia w moim głosie była jak nóż, ale mama tego nie zauważyła. Albo udawała, że nie zauważa. A ja… zaczęłam się oddalać. Czułam, że właśnie kończy się jakaś historia. Może nawet zaczyna inna. Tylko nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo ta nowa będzie bolała.
Przepełniała mnie nienawiść
Przez kolejne dni prawie się nie odzywałam. Rano wstawałam wcześniej i wychodziłam na spacer, udając, że potrzebuję świeżego powietrza. Wieczorami zaszywałam się w pokoju i twierdziłam, że boli mnie głowa. Mama początkowo próbowała coś z siebie wykrzesać – rzucała komentarze, pytała, czy wszystko w porządku, robiła żarty, które zazwyczaj mnie bawiły. Ale teraz nie było mi do śmiechu.
Udawała, że nie rozumie, o co chodzi. Albo naprawdę nie miała pojęcia, że widziałam wiadomość. Uśmiechała się do mnie jak do dziecka, próbując rozładować atmosferę, tylko że ja nie byłam już dzieckiem. Siedziałam naprzeciw niej i patrzyłam, jak trzyma telefon pod stołem, jak odczytuje coś i odpowiada jednym palcem, ukrywając uśmiech.
Nagle wszystko zaczęło mnie od niej odrzucać. Jej ton głosu, sposób, w jaki się śmiała, jak poprawiała włosy, jak mówiła do cioci. Przyglądałam się jej uważnie. Każdy jej gest był dla mnie podszyty kłamstwem. To było obrzydliwe i trudne do zniesienia.
Ciocia Marta coś zauważyła, ale nie komentowała. Czasem tylko spoglądała na mnie dłużej, jakby chciała zrozumieć, co się we mnie zmieniło. Mama myślała, że przechodzę „okres buntu”. Powiedziała raz przy śniadaniu: „Dorota ostatnio stroi fochy jakby miała trzynaście lat, nie osiemnaście”. Uśmiechnęła się do cioci, licząc, że ją to rozbawi. Mnie nie bawiło.
Podniosłam wzrok znad talerza i spojrzałam na nią chłodno.
– A ty jak? Jak ktoś, kto nie ma niczego na sumieniu?
Mama zmarszczyła brwi, zupełnie zbita z tropu.
– Dorota, przestań dramatyzować – rzuciła tonem, który miał zakończyć temat.
– Jasne. Przecież to tylko wiek – odpowiedziałam cicho, ale wystarczająco wyraźnie, by zrozumiała.
Nie dodałam nic więcej. Po prostu wstałam i wyszłam z kuchni. Nie obchodziło mnie, co sobie pomyślała. Ten wyjazd miał nas zbliżyć, a wystarczył jeden poranek, bym poczuła, że nie mamy już wspólnego języka.
Zostały nam dwa dni pobytu. Czekałam tylko, aż wrócimy do domu. Bo chociaż nienawidziłam tego, co się wydarzyło, to wiedziałam, że nie potrafię już udawać, że nic nie wiem. Ojciec musiał się dowiedzieć. Ktoś musiał przestać milczeć.
Nie chciałam już udawać
Wracałyśmy w niedzielę po południu. Mama prowadziła, nucąc pod nosem jakąś piosenkę z radia, jakby tydzień u cioci był tylko lekką przerwą od obowiązków. Patrzyłam na jej dłonie na kierownicy i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz czułam wobec niej coś czystego. Bez podejrzeń, bez napięcia, bez tej myśli, która krążyła mi po głowie jak uparta mucha.
W domu ojciec czekał w progu. Uśmiechnął się szeroko, objął mamę i pocałował ją w skroń, a potem spojrzał na mnie tak, jak zawsze, kiedy chciał mnie przywitać delikatnie, ale nie za długo. W jego oczach było ciepło. I coś jeszcze. Może ulga, że wróciłyśmy całe i zdrowe. Może przywiązanie, które u niego nigdy nie potrzebowało słów.
– No, moje dziewczyny. Jak było? – zapytał, kiedy mama wniosła torby do przedpokoju.
– Świetnie – odpowiedziała szybko mama. – Odpoczęłyśmy. Marta przesyła ci pozdrowienia.
Ojciec skinął głową, jakby to miało znaczyć więcej niż naprawdę znaczyło. Spojrzał jeszcze raz na mnie.
– A ty, Dorota? Też odpoczęłaś?
Nie odpowiedziałam. Wzruszyłam tylko ramionami i przeszłam obok, niby zajęta zdejmowaniem butów. Czułam, że każde jego pytanie rozcina mnie od środka, bo w nim nie było gry. On był prawdziwy. A ja miałam mu za chwilę wbić w serce coś, co nie powinno nigdy mu się przytrafić.
Wieczorem zjedliśmy kolację. Mama mówiła dużo, opowiadała o cioci, o sklepach, o tym, że „musimy kiedyś pojechać tam razem”. Ojciec słuchał uważnie, uśmiechał się, czasem zadawał pytania. Ja jadłam powoli i czułam, jakbym siedziała przy stole z obcymi ludźmi. Mama co chwilę zerkała na telefon, ale robiła to dyskretnie, jak ktoś, kto już ma wypracowaną technikę.
Kiedy poszła do łazienki, w domu zrobiło się cicho. Ojciec zbierał talerze ze stołu. Pomogłam mu, choć nigdy tego nie robiłam. Stałam przy zlewie i przez chwilę słuchałam szumu wody. Nie miałam planu. Miałam tylko jedno zdanie, które czekało we mnie jak kamień. Odwróciłam się do niego i powiedziałam:
– Sprawdź jej telefon.
Zamarł. Trzymał talerz w rękach i patrzył na mnie, jakbym powiedziała coś w obcym języku.
– Co? Dorota, o co chodzi? – zapytał cicho.
Serce biło mi mocno, ale głos miałam równy. Bałam się, że jeśli zacznę tłumaczyć, jeśli wpadnę w emocje, to się wycofam. A nie mogłam.
– Po prostu to zrób – powtórzyłam.
Ojciec wciąż nie ruszał się z miejsca. Widziałam w jego twarzy konsternację i rosnący lęk, jakby mózg próbował mu dopasować moje słowa do świata, w którym żył. W świecie, który znał, ja nie mówiłam takich rzeczy. W świecie, który znał, mama nie mogła robić niczego, co wymagałoby sprawdzania telefonu.
Odsunęłam się od zlewu, nie spojrzałam już na niego. Poszłam do swojego pokoju, zamknęłam drzwi na klucz i przekręciłam go powoli, świadomie. Włączyłam muzykę głośno, tak żeby nie słyszeć, co się dzieje na korytarzu. A mimo to słyszałam wszystko.
Najpierw kroki, potem cisza. Później dźwięk przesuwanego krzesła. I znów cisza, ciężka, jakby dom przestał oddychać. Usiadłam na łóżku i przycisnęłam dłonie do ud. Czułam ulgę, ale była to ulga, która bolała. Miałam wrażenie, że zdradziłam kogoś, choć to nie ja kłamałam. Powtarzałam sobie w myślach jedno zdanie, jak modlitwę.
To nie jest moja tajemnica. To jej zdrada. Nie byłam już tą, która wie i milczy. Nawet jeśli od tej chwili wszystko miało się rozpaść, nie mogłam udawać, że nie widziałam.
Była we mnie pustka
Rano obudziłam się wcześniej niż zwykle. W domu panowała cisza, ale nie ta spokojna, weekendowa, tylko zupełnie inna – napięta, nienaturalna, jak przed burzą. Przeszłam powoli do kuchni. Ojciec siedział przy stole z pustym kubkiem przed sobą. Patrzył w okno, ale wzrok miał nieruchomy, jakby nawet nie widział, co jest za szybą.
Nie odezwał się, kiedy weszłam. Tylko skinął głową, powoli, jakby miał w środku jakiś ciężar, którego nie da się już z siebie zdjąć. Mama weszła chwilę później. Włosy miała związane, oczy podpuchnięte. Była ubrana jak zwykle, ale jej twarz wyglądała inaczej. Prawie jej nie poznawałam.
– Dzień dobry – powiedziała cicho, jakby była gościem we własnym domu.
Ojciec nie odpowiedział. Wstał, wziął kurtkę i wyszedł bez słowa, a my patrzyłyśmy za nim przez okno. W końcu mama zaczęła krzątać się po kuchni, jakby mogła przykryć ciszę dźwiękiem talerzy i otwieranych szafek. Nie odezwałam się. Usiadłam na krześle i obserwowałam ją, jak co chwilę poprawia rękaw, dotyka włosów, porusza się nerwowo. Wiedziała, że wiem. Nie musiała pytać.
Wieczorem ojciec wrócił dopiero po zmroku. Zdjął buty, odwiesił kurtkę, przeszedł do kuchni, jakby szukał jakiejś odpowiedzi. Mama siedziała przy stole, czekała na niego. Ja stałam w przedpokoju, ale nikt nie zwrócił na mnie uwagi.
– Musimy porozmawiać – powiedział spokojnie, ale bez cienia ciepła w głosie.
Usiadł naprzeciwko niej. Widziałam ich profile, nie słyszałam wszystkiego, ale nie musiałam. Mama zaczęła coś tłumaczyć. Najpierw cicho, potem coraz bardziej rozpaczliwie. Mówiła o tym, że „to się po prostu stało”, że tego „nie planowała”, że „wszystko się wymknęło spod kontroli”. Nie krzyczała, ale głos jej drżał.
Ojciec słuchał. Nie przerywał, nie krzyczał. Nie zareagował na żadną z jej prób ratowania sytuacji. Był jak mur, jak chłód, którego nie da się ogrzać słowami. Kiedy w końcu wstał i spojrzał na nią, powiedział tylko jedno zdanie, którego nie dosłyszałam, ale widziałam, jak mama się po nim skuliła. Jakby coś w niej zgasło.
Weszła do mojego pokoju późnym wieczorem. Zatrzymała się w progu, jakby nie była pewna, czy może wejść.
– Dorota… – zaczęła, ale jej głos się załamał.
Spojrzałam na nią. Stała przy drzwiach, blada, przygarbiona, inna. Nie była już tą kobietą z winem przy stole, z uśmiechem nad telefonem. Teraz była matką, która zniszczyła coś, czego nie da się naprawić.
– Wiesz, że to nie mnie zdradziłaś. Ale boli, jakbyś to zrobiła właśnie mnie – powiedziałam.
Zamilkła. Przesunęła dłonią po framudze drzwi, jakby szukała oparcia.
– To skomplikowane, nie wszystko jest takie, jak ci się wydaje.
– Nie muszę rozumieć. Wystarczy, że nie jesteś już tą samą osobą.
– Dorota, jestem twoją matką.
– I chyba właśnie przez to boli to tak bardzo.
Odeszła bez słowa. Nie płakałam. Była we mnie pustka, jakby wszystkie emocje wypaliły się do dna.
Nie umiałam jej zaufać
Ojciec wyprowadził się trzy dni później. Spakował torbę, zabrał tylko kilka rzeczy. Nie było krzyków, nie było pożegnania. Mama patrzyła za nim przez okno, ja stałam za jej plecami i nic nie mówiłam.
W domu zrobiło się cicho. Nie tak, jak wcześniej – nie była to cisza zwykła, tylko martwa. Jakby coś się skończyło i nie miało już wrócić. Mama chodziła po mieszkaniu, udając, że wszystko jest normalnie. Gotowała, sprzątała, mówiła o pogodzie. Ale nikt jej nie odpowiadał.
W szkole udawałam, że wszystko gra. Nauczyłam się tego szybko – uśmiech, przytaknięcie, zadanie zrobione. Ale wewnątrz miałam chaos. Wieczorem podeszłam do niej. Siedziała na kanapie, z telefonem w ręku. Spojrzałam na nią i powiedziałam:
– Nie chcę cię nienawidzić. Ale nie wiem, jak mam ci ufać.
Opuściła wzrok.
– Popełniłam błąd.
– Zraniłaś mnie. I nie jestem pewna, czy to się zagoi.
Nie odpowiedziała. Może zrozumiała, że nie da się cofnąć tego, co zrobiła. A ja... po prostu poszłam do swojego pokoju. Sama.
Dorota, 18 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Byłem na samym dnie, gdy niespodziewanie przyszło wybawienie. Nie jestem dumny z tego, co zrobiłem, ale nie żałuję”
- „Teść myśli, że jestem potulną synową i będę żyć pod jego dyktando. Grubo się myli, bo ja nie dam sobie w kaszę dmuchać”
- „Myślałam, że z teściową nadajemy na tych samych falach. Wystarczyło 1 zdanie, abym szybko odkryła jej prawdziwą twarz”