„Podczas kolędy pomyliłam koperty dla księdza i zrobiłam z siebie pośmiewisko. Sąsiedzi szybko mi tego nie zapomną”
„Kiedy odwróciłam się do wnętrza mieszkania, jeszcze raz zajrzałam do torebki – chciałam do koperty dla Kubusia dołożyć kartkę urodzinową z życzeniami. Otworzyłam ją i… zamarłam. W środku leżało pięćdziesiąt złotych”.

Mam sześćdziesiąt osiem lat i od dziesięciu lat jestem wdową. Mieszkam sama w bloku na skraju naszego małego miasta, gdzie życie płynie powoli, a każdy dzień wygląda niemal tak samo. Lubię tę rutynę. Rankiem wypijam kawę przy kuchennym stole, patrzę przez okno na topole szumiące za oknem, potem podlewam pelargonie na balkonie. Moje kwiaty są powodem do dumy – nie raz słyszałam na klatce: „Pani Halinko, czym pani je podlewa, że tak pięknie kwitną?”. Uśmiecham się wtedy pod nosem i powtarzam sobie, że życie jest lepsze, gdy ma się coś swojego, nawet jeśli to tylko kilka doniczek.
Od śmierci męża trzymam się tych małych przyzwyczajeń. Raz w tygodniu wizyta na targu, prawie codziennie spacer do kościoła, czasem kawa z sąsiadką, ale najważniejsze są dla mnie wizyty wnuka. Kubuś – moje oczko w głowie. Ostatnio wyznał mi, że marzy o nowych butach sportowych, takich, jakich nie ma żaden chłopak w klasie. Odkładałam dla niego po trochu, aż w końcu uzbierało się równe pięćset złotych. Banknoty schowałam do koperty, żeby na urodziny wręczyć mu je razem z życzeniami i czekoladą. Oprócz tego – jak co roku – przygotowałam drugą kopertę, tę „na Kościół”, na kolędę, pięćdziesiąt złotych. Zawsze staram się pomagać parafii. Tym razem nie było inaczej.
Wszystko poszło sprawnie
To był zwykły poranek – taki, jakich przeżyłam setki. Kawa, śniadanie, ostatni rzut oka na balkon, potem wybieranie torebki na wyjście z domu i przekładanie wszystkiego z jednej do drugiej. Na stole leżały dwie identyczne koperty. Jedna na urodziny Kubusia, druga dla księdza na kolędę – nawet napisy miałam zrobić później, bo jakoś się spieszyłam. Zgarnęłam je obie i schowałam do torebki, pilnując, żeby się nie pogniotły.
Popołudniu miała się odbyć kolęda. Miałam wszystko przygotowane, wyciągnęłam kopertę z torebki. Kiedy ksiądz przyszedł do mojego mieszkania, już czułam, jak mi serce bije mocniej – zawsze się denerwuję, kiedy muszę coś załatwić „oficjalnie”.
Ksiądz stał przy drzwiach, przeglądał jakiś notes. Potem się pomodliliśmy, poświęcił mieszkanie, chwilę porozmawialiśmy. Trochę się speszyłam, bo nie lubię robić zamieszania, ale podeszłam, uśmiechnęłam się grzecznie i wręczyłam kopertę.
– To na parafię, proszę księdza – powiedziałam, ściskając mu rękę.
Ksiądz podziękował, uśmiechnął się życzliwie, jeszcze nawet pogadaliśmy o kwiatach w kościele. Zamykałam za nim drzwi do domu w dobrym humorze, dumna z siebie, że wszystko poszło sprawnie.
Kiedy odwróciłam się do wnętrza mieszkania, jeszcze raz zajrzałam do torebki – chciałam do koperty dla Kubusia dołożyć kartkę urodzinową z życzeniami. Otworzyłam ją i… od razu zamarłam. W środku leżało pięćdziesiąt złotych.
– Nie… nie, nie, nie… tylko nie to – wyszeptałam, kręcąc głową.
Poczułam, jak robi mi się słabo. Oparłam się o stół i patrzyłam na kopertę, jakby miała zaraz sama wytłumaczyć mi, co się stało. „Ksiądz musi pomyśleć, że zwariowałam! Co on sobie pomyśli? Że chcę go oszukać?” – kołatało mi się w głowie.
Jeszcze raz zajrzałam do torebki. Wszystko było jasne: wręczyłam księdzu kopertę z pięciuset złotymi, a dla wnuka została mi ta niepozorna z drobniakami. Przyszedł wstyd, złość, bezradność. Głupio mi było samej przed sobą, nie mówiąc już o księdzu. Wiedziałam jedno: muszę to naprawić, choćby nie wiem co.
Próbowałam go złapać
Jeszcze przez chwilę siedziałam przy stole, wpatrzona w kopertę, jakbym liczyła, że banknoty same się rozmnożą i wszystko wróci do normy. Niestety, rzeczywistość nie zamierzała mi odpuścić. W końcu zerwałam się z miejsca, zarzuciłam płaszcz i wybiegłam na klatkę schodową. Nawet nie zamknęłam porządnie drzwi, tak bardzo mi się śpieszyło.
Na korytarzu rozglądałam się nerwowo. Już było pusto, nawet ministranci zniknęli. Ruszyłam szybkim krokiem w stronę wyjścia, choć dobrze wiedziałam, że moje tempo to już raczej spacer niż pościg. Po drodze spotkałam sąsiadkę Zosię, która wyprowadzała psa.
– Nie widziałaś księdza po kolędzie? Już poszedł do drugiego bloku? – zapytałam, próbując ukryć nerwowość.
Zosia zmrużyła oczy, spojrzała na mnie podejrzliwie.
– A co się stało? Po co za nim gonisz?
– Bo… bo zapomniałam mu czegoś powiedzieć – wymamrotałam, uciekając wzrokiem.
Sąsiadka wzruszyła ramionami.
– Przed chwilą widziałam go, jak szedł w stronę klatki 28, może jeszcze tam go złapiesz…
Przyspieszyłam, a serce waliło mi jak młotem. Doszłam pod klatkę – cisza, ciemno, tylko w oknie na parterze świeciło się światło. Zadzwoniłam na numer znanej mi stamtąd sąsiadki, Teresy.
– Przepraszam… czy jest u was ksiądz? – wydusiłam z siebie.
Pani Teresa zamilkła, pewnie zaskoczona.
– Ksiądz? A, u nas już był, ale chyba gdzieś tu jest u sąsiadów…
Otworzyła mi drzwi, a ja zaczęłam wspinać się po schodach. Musiałam jednak minąć się z księdzem, bo nie spotkałam go ani na klatce, ani przed wyjściem. Wstyd mnie zżerał od środka. „No pięknie, Halina, na stare lata robisz z siebie wariatkę. Jeszcze będziesz musiała się tłumaczyć, a wnukowi… Jak mu to wytłumaczysz?”. Napisałam do Kubusia, że prezent się przesunie o jeden dzień. „Babcia trochę się pogubiła, wybacz mi, kochanie” – dodałam, starając się zamaskować prawdę żartem.
Całą noc przewracałam się z boku na bok, bo zamiast spać, rozważałam: może lepiej odpuścić? Może te pieniądze to znak, żebym się nie szarpała? Ale serce matki i babci nie dało mi spokoju. Postanowiłam: jutro pójdę do kancelarii parafialnej i wyjaśnię sprawę.
Chciałam się zapaść pod ziemię ze wstydu
Następnego dnia od rana byłam w takim stanie, jakbym szła na egzamin do szkoły, nie do księdza. Przez pół śniadania nie mogłam przełknąć ani kęsa, choć teoretycznie miałam już gotowy plan, co powiem. Wsunęłam kopertę z 50 złotymi głęboko na dno torebki. Poprawiałam fryzurę w lustrze, jakby to mogło cokolwiek zmienić. Przede wszystkim chciałam wyglądać… normalnie, jak zwykła parafianka, a nie jak kobieta, która właśnie narobiła sobie wstydu.
Kancelaria parafialna otwierała się o dziesiątej. Przyszłam punktualnie, ale już przed drzwiami kłębiło się kilka osób, każdy z jakąś sprawą do księdza. Czekałam niecierpliwie, przebierając nogami i ściskając w dłoni torebkę. Nagle zrobiło mi się gorąco, miałam wrażenie, że każdy patrzy na mnie i wie, po co przyszłam. W końcu przyszła moja kolej.
Ksiądz siedział za biurkiem, pochylony nad papierami. Kiedy mnie zobaczył, od razu się uśmiechnął.
– O, pani Halinko, dzień dobry! Jak się dziś czujemy?
Chciałam coś odpowiedzieć, ale głos mi się załamał. Odetchnęłam głęboko.
– Proszę księdza… ja przez pomyłkę… dałam księdzu nie tę kopertę. Tam były… większe pieniądze, dla wnuka, na prezent… Przepraszam bardzo, jestem taka roztrzęsiona.
Ksiądz spojrzał na mnie najpierw zaskoczony, potem serdecznie się uśmiechnął.
– Oj, pani Halinko, zdarza się każdemu. Proszę się nie przejmować. Zaraz coś zaradzimy. Tylko… ja nie podpisuję kopert, więc będziemy musieli przejrzeć, co już jest.
Zawstydzona po uszy, usiadłam na krzesełku. Razem otwieraliśmy kolejne koperty, a moje policzki płonęły. Nagle ksiądz wyjął banknot pięćset złotych.
– O, jest! To chyba ta zguba?
Skinęłam głową, nie wiedząc, czy się cieszyć, czy płakać. Ksiądz oddał mi kopertę z ciepłym uśmiechem, bez żadnych wyrzutów. Podałam mu tę właściwą w zamian.
– Proszę się nie martwić. Pani serce jest szczere, a kto nie robi bałaganu w życiu, niech pierwszy rzuci kamieniem – zażartował.
Wychodziłam stamtąd z ogromną ulgą, ale i poczuciem totalnego wstydu. Obiecałam sobie: już nigdy więcej bałaganu w kopertach.
Plułam sobie w brodę
Wyszłam z kancelarii jak po wyroku, choć przecież wszystko skończyło się dobrze. Słońce świeciło mocniej niż dzień wcześniej, ale mnie jeszcze przez chwilę trzymał cień własnego zażenowania. Szłam powoli przez rynek, a w głowie tłukły mi się te wszystkie minuty upokorzenia: że ksiądz musiał otwierać koperty przy mnie, że inni mogli słyszeć, jak się tłumaczę. Zawsze uważałam się za kobietę poukładaną, a tu… wystarczyło jedno roztargnienie, by świat się wywrócił.
W domu usiadłam przy stole, zapatrzyłam się w okno i po raz pierwszy od dawna poczułam, że tak naprawdę jestem po prostu zwyczajna. Wcale nie mądrzejsza od innych, nie bardziej doświadczona, tylko – jak każdy – zdolna do gafy. Było mi wstyd, ale i jakoś… lżej. Może to naprawdę był jakiś znak? Może Pan Bóg czasem popycha nas w stronę kompromitacji, żebyśmy przypomnieli sobie o pokorze?
Przez chwilę nawet przeszło mi przez myśl, że powinnam oddać te pieniądze na Kościół, skoro tak się wszystko pomieszało. Jednak przecież to prezent dla Kubusia – wnuk czekał, a ja nie chciałam, żeby ucierpiał przez moją nieuwagę. Wiedziałam jednak jedno: nie skończę na tej jednej kopercie wrzucanej od niechcenia. Chciałam zrobić coś więcej, niż tylko „zaliczać obowiązek”. Może zapiszę się do grupy pomocy biednym? Albo pomogę przy dekoracjach w kościele na święta? Może komuś naprawdę się przydam.
Zrobiłam sobie mocną herbatę, usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam przepisywać na nowo życzenia dla Kubusia. Zamyśliłam się: co właściwie powinnam mu napisać? Że nawet babciom zdarzają się pomyłki? Że każdy z nas może czasem stracić głowę? Może właśnie o to chodzi, by umieć się z tego śmiać, wyciągnąć lekcję i iść dalej. Schowałam banknot do nowej, dokładnie podpisanej koperty i obiecałam sobie – już nigdy więcej dwóch takich samych.
Dostałam swoją nauczkę
W dzień urodzin Kubusia byłam gotowa na wszystko. Przyszło mi do głowy, że może on się domyślił, że coś było nie tak – przecież zna mnie jak nikt inny, wyczuwa moje zmieszanie nawet po samym głosie przez telefon. Kiedy przyszli z córką po południu, wszystko było już przygotowane: tort na stole, baloniki, świeczki i oczywiście – koperta leżała na honorowym miejscu, tym razem starannie opisana, z rysunkiem piłki i napisem „dla mistrza świata”.
Kubuś rzucił mi się na szyję z radością, jak zawsze, gdy się widzimy. Kiedy dostał prezent, nie rozrywał koperty łapczywie, tylko spojrzał mi w oczy i szepnął:
– Babciu, dziękuję… Ty to jesteś najlepsza na świecie.
Patrzyłam, jak zagląda do środka, jak rozpromienia się na widok wymarzonego banknotu. Nie powiedziałam rodzinie ani słowa o całym zamieszaniu, o swoim wstydzie i bieganiu po mieście. Po co mieliby się martwić? Uśmiechnęłam się tylko pod nosem, myśląc, jak kruche jest to nasze poczucie kontroli – jak jeden drobiazg może sprawić, że wszystko na moment się posypie.
Wieczorem siedziałam sama z herbatą i własnymi myślami. Pomyślałam o tym, jak wiele zależy od naszej umiejętności przyznania się do błędów. Przecież nie sztuka być idealnym, sztuka – nie bać się własnej śmieszności i potknięć. Obiecałam sobie więcej ostrożności, więcej serca, więcej odwagi do bycia po prostu sobą, nawet jeśli czasem oznacza to kompromitację. Od tej pory każda moja koperta ma podpis. A modlitwa – trochę więcej sensu niż tylko rutynowe „zdrowaśki”.
Halina, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pieniądze zawsze były dla nas ważniejsze niż bliskość. Nasz syn dorastał bez ciepła, bo my chcieliśmy żyć w luksusie”
- „Obiad na Dzień Babci do dziś odbija mi się czkawką. To wtedy przejrzałam na oczy, że rodzina ma mnie w nosie”
- „Mój brat ukradł z szuflady babci 500 zł i stwierdził, że mu się należy. Tego dnia stracił coś więcej niż zaufanie”