Reklama

Gdzie tkwi sekret mojego powodzenia? Bez wątpienia w sumiennej i wytrwałej pracy. Niestety, triumfy na polu zawodowym i finansowym przyszły mi z niemałym trudem, bo w pogoni za sukcesem poświęciłam życie prywatne. Wiecznie zabiegana, nie miałam kiedy umówić się na kawę czy kolację we dwoje, a co dopiero mówić o poważnym związku czy budowaniu relacji.

Reklama

Przyznam, że nie miałam z tym większego problemu. Fakt, zdarzało się, że samotność dawała mi się we znaki podczas wieczorów, ale zazwyczaj byłam zbyt zajęta, by roztrząsać swoje smutki. Zresztą, nie do końca byłam sama. Towarzyszył mi Tofik, który trafił do mnie jako malutki, zaledwie kilkutygodniowy kotek. Pamiętam, jak mieścił mi się na dłoni! Bardzo szybko się do niego przywiązałam, a przyjaciele wręcz twierdzili, że oszalałam na jego punkcie.

Po wypadku rodziców kompletnie poświęciłam się pracy

– Czas znaleźć sobie faceta. Kisisz się w domu z tym kotem zupełnie jak stereotypowa stara panna – nieustannie nabijała się Aga, moja najbliższa kumpela.

Ignorowałam jej rady. Całą energię wkładałam w rozwój zawodowy. Obecnie jestem szefową sporej poznańskiej spółki, ale wspięcie się na szczyt hierarchii służbowej wiązało się z licznymi wyrzeczeniami, szczególnie że nie miałam dobrego początku. Moi rodzice pracowali na kiepskich etatach, kasy wiecznie brakowało, a do tego nie mieli żadnych kontaktów, które pomogłyby ich dziecku w zrobieniu kariery.

Bardzo ich kochałam. Niestety, los odebrał mi ich jednocześnie. Odeszli z tego świata w tragicznych okolicznościach – rozpędzony tir wjechał w naszego wysłużonego renaulta, nie dając im najmniejszej szansy na przeżycie. Mimo że byłam już dorosła, ta strata wstrząsnęła mną do głębi. Wtedy to postanowiłam pogrążyć się w obowiązkach zawodowych. Nawet nie spostrzegłam, jak szybko upłynęły kolejne dni, miesiące, lata...

Nie mam w zwyczaju rozczulać się nad czymkolwiek (wyjątkiem jest Tofik), ale nie mogłam zdecydować się na sprzedaż domu rodziców położonego pod Poznaniem. Ten niezadbany budynek z niewielkim podwórkiem wymagał sporych nakładów finansowych i mnóstwa miłości, by wreszcie stać się niemal pałacem. Powiększyłam posesję, skupując grunty od ludzi mieszkających obok, rozbudowałam i odnowiłam budynek, odświeżyłam antyki odziedziczone po dziadkach, a na koniec zatrudniłam ludzi dbających o zieleń wokół domu. Obecnie mój dom rodzinny prezentuje się imponująco.

– Nigdy nie sądziłam, że jestem aż tak podatna na emocje – zwierzyłam się pewnego razu mojej kumpeli, Agnieszce.

Być może chłodna szefowa wcale nie jest taka oziębła, po prostu podoba jej się taka poza – parsknęła śmiechem.

Wydawało mi się, że panuję nad wszystkim zarówno w pracy, jak i w życiu osobistym, ale tego, co miało nadejść, nie byłam w stanie przewidzieć.

Ktoś wetknął niedużą, białą kopertę pod drzwi mieszkania

Okres poprzedzający Nowy Rok zawsze obfituje w mnóstwo zadań: podsumowania, kwitowanie zrealizowanych projektów, wystawianie rachunków, a także planowanie wydatków na najbliższe miesiące. Godziny spędzone w biurze zdają się nie mieć końca. Wpadałam do mieszkania tylko po to, by złapać kilka godzin snu, przebrać się w świeże ciuchy, napełnić Tofikowi miskę i po prostu rzucić okiem, czy wszystko jest w porządku. I właśnie w trakcie jednego z takich zwariowanych tygodni przydarzyło się coś niespodziewanego.

Po powrocie z pracy do domu byłam wykończona i ledwo trzymałam się na nogach, ale czekało mnie jeszcze trochę roboty papierkowej, którą zabrałam ze sobą. Przygotowałam sobie w związku z tym solidną kawę, a następnie chwyciłam opakowanie z kocim żarciem i nasypałam go do miseczki mojego pupila. Z reguły momentalnie się zjawiał, gdy tylko to robiłam. Ale nie tym razem...

– Tofik! – krzyknęłam, jednak futrzak się nie pojawił, dlatego ruszyłam na poszukiwania.

Przeszukałam każdy zakamarek domu i ogrodu. Nigdzie nie mogłam go znaleźć. W pewnym momencie dostrzegłam małą, białą kopertę, która była wetknięta pod drzwi wejściowe. Kiedy trzymałam ją w dłoni, nadal zaklejoną, ogarnął mnie niepokój. Chyba gdzieś w głębi duszy przeczuwałam, że to coś niedobrego, bo z reguły rozdzieram koperty, a tę postanowiłam otworzyć przy pomocy noża, żeby nie uszkodzić tego, co było w środku. Sama nie wiem, czemu. Po prostu przeczucie. Chwilę potem dotarło do mnie, że dobrze postąpiłam. Wewnątrz znajdowała się karteczka, złożona na pół. Rozwinęłam ją i...

„Co tu się wyprawia?!” – zastanawiałam się, wpatrując się w litery wycięte z gazet, ułożone przez kogoś w dwa zdania:

"5 tysięcy albo koniec z twoim kotem. Skontaktuję się”.

Kompletnie zdezorientowana tkwiłam bez ruchu, wlepiając oczy w kartkę. W głowie miałam totalny mętlik. „Trzeba powiadomić policję” – to był mój pierwszy odruch.

Ale najpierw zadzwoniłam do Agnieszki. Powiedziała, że zaraz do mnie wpadnie.

– Słuchaj, ktoś porwał Tofika! – powiedziałam z przejęciem, siadając obok przyjaciółki na sofie w pokoju dziennym. – Spójrz tutaj – wskazałam na kopertę, którą położyłam na stoliku.

– Kiedy dostałaś ten list? – zapytała zaciekawiona.

– Trudno powiedzieć. Chyba dzisiaj, w czasie gdy byłam w pracy, bo jeszcze z samego rana Tofik hasał po podwórku, a później… O kurczę! – uświadomiłam sobie z przerażeniem, że nie wpuściłam go do środka. – To przeze mnie! – załkałam.

Daj spokój, nie zadręczaj się tym. Skąd mogłaś przypuszczać, że w okolicy grasuje koci porywacz – próbowała mnie podnieść na duchu. – Musimy coś wymyślić…

Obie przez moment uważnie studiowałyśmy jaskrawe litery wycięte z rozmaitych czasopism. Zauważyłyśmy, że część z nich pochodzi z fontów typowych dla miejscowej cotygodniowej gazetki.

To na pewno ktoś stąd, skoro zna twój adres i ma w zasięgu ręki nasze pisemko. W stolicy raczej by go nie nabył – oceniła Agnieszka. – Kto wie, może nawet cię zna. No bo jeśli żąda aż 5 tysi za pospolitego kociaka, to chyba zdaje sobie sprawę, jak dużo dla ciebie znaczy…

– Pójdę na komisariat – powiedziałam, ale mnie powstrzymała.

– Jeśli im powiesz, że jakiś ktoś ukradł ci kociaka dla pieniędzy, uznają, że zwariowałaś. Zaczekaj, aż się skontaktuje i usłyszymy, co ma do powiedzenia. W końcu napisał, że da znać, zgadza się?

Miała rację.

Rozmawiałam z nim przez telefon

Gdy Aga poszła, zadecydowałam się na relaksującą kąpiel, a następnie poszłam do łóżka. Sen długo nie nadchodził. Przewracałam się z boku na bok w ciemnym pokoju, rozmyślając o tym, w jakim miejscu przebywa teraz mój biedny kiciuś i czy aby na pewno nic złego go nie spotyka. Zdecydowałam, że jeżeli do kolejnego dnia kidnaper nie da znaku życia, tak czy inaczej skontaktuję się z glinami.

Dopiero co otworzyłam oczy, aż tu nagle usłyszałam dźwięk dzwoniącej komórki. I to mojego prywatnego telefonu. Mało kto wiedział, jak się ze mną skontaktować pod tym numerem... Spojrzałam na ekran, a tam widniało: „numer zastrzeżony”.

– Dzień dobry, zauważyłem, że wczorajszej nocy niezbyt długo spałaś – odezwał się mężczyzna, który, sądząc po brzmieniu głosu, był raczej młody.

– Przepraszam? Z kim rozmawiam?

– Moja tożsamość nie jest istotna, liczy się to, czego pragnę. Ale chyba się już domyślasz, o co mi chodzi.

Przeszył mnie chłód. To był szantażysta. „Kurczę, co teraz?” – gorączkowo zastanawiałam się, ogarnięta paniką.

– Gdzie jest Tofik? – ledwo wydusiłam z siebie. – Jak mu coś zrobisz, to cię wykończę, słowo!

Ty mi grozisz? – zapytał kpiąco. – Chyba nie jesteś w sytuacji, żeby… Okej, kot to jedno, ale powinnaś się przejmować też własną skórą. Bo jak nie dostanę szmalu, to ty polecisz następna… Znam twój adres, wiem, że mieszkasz sama i masz kupę kasy.

Strach mnie sparaliżował.

– Co teraz? – głos mi drżał, kiedy zadawałam to pytanie.

– Słuchaj uważnie. Podejdź do wyjścia na taras, ale pod żadnym pozorem nie rozłączaj się. Czeka tam na ciebie coś specjalnego – powiedział tajemniczo, a ja poczułam, jak przechodzą mnie ciarki.

Najwyraźniej wyczuł moje przerażenie.

– Spokojnie, nic złego ci się nie stanie. No już, śmiało.

Podjęłam wskazane kroki i nacisnęłam na klamkę, by otworzyć drzwi. Tuż przy progu spoczywała plastikowa torebka. Niczym niewyróżniająca się, przeźroczysta, typowa torba ze sklepu. Coś było w środku umieszczone. Chwyciłam torbę i wyjęłam rzecz ze środka. W moich dłoniach znalazł się szalik, bardzo charakterystyczny – biały, usłany czerwonymi kropkami.

– Mam – oznajmiłam.

– W porządku, a teraz uważnie posłuchaj tego, co ci powiem. Zgodnie z tym, co już ci przekazałem, żądam pięciu kawałków, bo jak nie, to z twojego mruczka nic nie zostanie, rozumiesz? Nawet skórka z futerkiem. Daję ci jeden dzień do namysłu. Kiedy już zdecydujesz, co robić, zawiąż ten szalik na lampie, która jest na ganku. To będzie dla mnie znak, żebym zadzwonił i powiedział ci, jak przekazać kasę. Dotarło? – zapytał.

– Yhm, jasne.

– I lepiej nie zapomnij, bo jak jutro nie zobaczę tam tego szalika, to będę zmuszony podjąć pewne kroki. Chyba wiesz, o czym mówię, co?… – zagroził i… przerwał połączenie!

Muszę przyznać, że po tej rozmowie nie potrafiłam na chłodno podejść do całej sprawy. Wręcz przeciwnie. Kiedy tylko usłyszałam, w jaki sposób mówił ten typ, jego oziębły ton, od razu dotarło do mnie, że Tofik może mieć przeze mnie poważne kłopoty, a i ja sama mogę oberwać. Zdawałam sobie sprawę, że ktoś musi mi pomóc, i to szybko. Nie miałam jednak pewności, czy zgłoszenie się na policję to dobry pomysł. Przecież wiadomo, jacy oni są gdy trzeba im ruszyć tyłki do roboty. Wtedy nagle przyszło olśnienie.

Jakiś czas temu nawiązaliśmy współpracę z jedną z firm świadczących usługi ochrony. W trakcie finalizowania formalności miałam okazję poznać osobiście dyrektora, niejakiego Janusza. Od razu zrobił na mnie wrażenie zdecydowanego faceta, który wie, czego chce i potrafi działać efektywnie. Poza tym dowiedziałam się, że kiedyś pracował w policji. Gdzieś w notatkach wyszukałam jego kontakt i bez wahania chwyciłam za słuchawkę.

Karina, cóż za miła niespodzianka! – wykrzyknął radośnie po tym, jak powiedziałam, kim jestem.

Streściłam Januszowi całą historię – o liście bez podpisu, groźbach, rozmowie z wymuszającym okup typkiem i jego żądaniach. Janusz przesłuchał mnie trochę, a potem zapewnił, że weźmie to na siebie.

– Dam radę zorganizować dla ciebie ochronę, ale nie sądzę, żeby to był dobry pomysł – stwierdził. – Facetowi zależy na kasie, więc do jutra na pewno będziesz bezpieczna. Twój kociak też. Tylko wiesz, jak pilnuje domu, to wypatrzy nowych. I może być wtedy kiepsko...

Najwyraźniej dotarło do niego, że nie powinien był tego powiedzieć, bo dorzucił już łagodniejszym tonem:

– Nie martw się, wszystko będzie okej. To pewnie jakiś wariat, co się naoglądał kryminałów. Jeszcze się odezwę.

Ten szantażysta popełnił zasadniczy błąd...

Telefon zadzwonił, gdy było już ciemno.

– Gadałem z kumplami z policji, zajęli się tą sprawą, ale dzisiaj chyba niewiele zdziałają, dopiero jutro od samego rana zabiorą się za robotę – wyjaśniał Janusz.

Ale mnie nurtowało inne pytanie.

– Jak mam się zachować, gdyby zadzwonił?

– Raczej nie będzie dzwonił z samego rana, bo będzie czekał na sygnał z szalikiem. Ale jakby co, to przeciągaj rozmowę. Mów, że musisz jechać do banku w Poznaniu po gotówkę, to powinno go powstrzymać – ocenił Janusz.

Tej paskudnej nocy miałam mnóstwo koszmarów. Gdy się obudziłam, czułam się dosłownie jak zombie. Dopiero po wzięciu prysznica i wypiciu kawy poczułam się trochę lepiej, ale nadal byłam strasznie zestresowana. Przez cały czas trzymałam telefon w dłoni, jakby był do niej przyklejony.

Tuż przed południem wreszcie zadzwonił telefon. To był Janusz!

– No w końcu, bo już chyba całkiem osiwiałam! – wykrzyknęłam.

– Nie będziesz musiała się więcej martwić siwymi włosami – odpowiedział szybko, wyraźnie zadowolony z siebie. – Udało się, mają tego typa.

– Naprawdę?! – bardzo mnie to ucieszyło.

– Gliniarzom udało się wytropić szantażystę. Parę minut temu go zgarnęli. Zaraz się u ciebie pojawię, to sobie wszystko spokojnie obgadamy.

Faktycznie, po jakichś piętnastu minutach był na miejscu. W towarzystwie dwóch funkcjonariuszy policji. Nasza rozmowa przebiegała dosyć nerwowo i chaotycznie, przepełniona emocjami, więc streszczę ją w kilku słowach. Szantażysta wpadł w ręce stróżów prawa tak szybko, bo popełnił kardynalny błąd. Mając mój numer telefonu, „kryminalni” skontaktowali się z siecią komórkową, a tam ekspresowo namierzyli, z jakiego numeru wykonano do mnie połączenie.

Dzieciak to był, nie pomyślał pewnie, że tak łatwo go znajdą – stwierdził Janusz. – Albo myślał, że ze strachu nic nikomu nie powiesz, tylko bez gadania dasz mu te pieniądze...

– Dzieciak? – zdziwiłam się.

– Jacek W. Jego dom jest o trzy numery dalej – wyjaśnił, a ja oniemiałam.

– Jacek? Od Wiktorii? – nie chciałam wierzyć własnym uszom.

Jacek to chłopak, którego rodzice są moimi dobrymi znajomymi. Swego czasu, gdy poważnie podupadł na zdrowiu, wspierałam ich materialnie. Byli zmuszeni szukać prywatnej opieki medycznej, a to wiązało się z dużymi kosztami. Teraz Jacek jest już prawie dorosły, ale z tego, co słyszałam, podobno nie jest łatwo mu wyjść na prostą.

– A co z Tofikiem? – to była najważniejsza kwestia.

– Nie ma powodów do obaw – ton głosu policjanta był kojący. – Chował kota w piwnicy, żeby ukryć go przed matką, ale dbał o niego i regularnie karmił, więc zwierzak ma się dobrze.

Kolejnego dnia odwiedziła mnie Wiktoria wraz ze swoim mężem. Serdecznie mnie przepraszali i błagali, żebym nie składała doniesienia na policję. Zgodziłam się, choć teraz zastanawiam się, czy postąpiłam słusznie. Ten młody chłopak próbował wyłudzić ode mnie gotówkę, bo wplątał się w długi przez swoje uzależnienie od hazardu. Ani razu mnie nie przeprosił za swoje zachowanie. Być może powinien otrzymać solidną lekcję, żeby wyciągnąć wnioski na przyszłość?

Reklama

Karina, 39 lat

Reklama
Reklama
Reklama