Reklama

Nigdy nie zapomnę dnia, w którym oddałam mu pierścionek. Był dla mnie wtedy symbolem porażki, skromnym krążkiem ze srebra, na który ledwo było go stać po miesiącach oszczędzania. Patrzyłam na niego z wyższością, przekonana, że zasługuję na świat pełen blichtru, egzotycznych wakacji i nieograniczonych możliwości finansowych.

Był biedny

Tomek był moją pierwszą wielką miłością. Poznaliśmy się na studiach. On studiował architekturę, ja zarządzanie. Był typem marzyciela z głową w chmurach. Potrafił godzinami opowiadać o strukturze gotyckich katedr albo o tym, jak światło wpada do wnętrza panteonu. Kochałam go za jego pasję, za to, jak na mnie patrzył – jakbym była jedynym cudem świata.

Problem polegał na tym, że pochodził z bardzo ubogiej rodziny, a jego start w dorosłość był pasmem finansowych przeszkód. Nasze randki to były spacery po parku, bo nie stać nas było na kino czy restauracje. Czasami kupował mi polne kwiaty od starszej pani na rogu, a ja udawałam zachwyt, choć w głębi duszy pragnęłam bukietów z drogich kwiaciarni.

Wtedy, w mojej młodej i niedoświadczonej głowie, zrodziło się przekonanie, że miłość bez pieniędzy jest ułomna. Że to tylko wegetacja. Moje koleżanki zaczynały wychodzić za mąż za prawników, lekarzy, przedsiębiorców. Oglądałam ich zdjęcia z podróży poślubnych na Malediwach, widziałam ich nowe domy pod miastem i czułam ukłucie zazdrości.

Wstydziłam się

– Znowu jemy makaron z sosem pomidorowym? – zapytałam pewnego wieczoru, gdy Tomek z dumą postawił przede mną talerz.

– To mój specjalny przepis, dodałem bazylię, którą sam wyhodowałem na balkonie – uśmiechnął się, nie wyczuwając mojego chłodu.

– Chciałabym kiedyś wyjść do ludzi. Zjeść coś, czego nie musimy gotować sami, bo jest taniej – westchnęłam, odsuwając talerz.

Jego uśmiech zgasł. W jego oczach pojawił się ból, który wtedy zignorowałam.

– Staram się. Wiesz, że dopiero zaczynam staż. Płacą grosze. Za rok, może dwa, wszystko się zmieni.

– Za rok, za dwa… – przedrzeźniłam go. – Życie toczy się teraz. Nie chcę czekać w nieskończoność, aż łaskawie zaczniesz zarabiać na poziomie.

Najgorsze były spotkania ze znajomymi. Pamiętam jeden wieczór, który stał się początkiem końca. Moja przyjaciółka Malwina zaprosiła nas na swoje urodziny do modnej restauracji w centrum. Wiedziałam, że to będzie dla nas wydatek, na który nas nie stać, ale uparłam się, że pójdziemy. Chciałam pokazać, że też bywamy w takich miejscach.

Tomek przez cały wieczór siedział spięty. Kiedy przyszło do zamawiania, wszyscy wybierali owoce morza i drogie przystawki. Mój narzeczony zamówił najtańszą sałatkę i wodę. Czułam, jak pieką mnie policzki.

Miałam dosyć

Widziałam te wymowne spojrzenia chłopaków Malwiny i Kaśki. Patrzyli na jego wytartą marynarkę, na to, jak nerwowo przeliczał gotówkę w portfelu pod stołem, zanim poprosił o rachunek.

– Nie musiałeś robić z nas dziadów – warknęłam, gdy wyszliśmy na zewnątrz.

– Zamówiłem to, na co miałem ochotę – skłamał, próbując zachować twarz.

– Nie kłam! Zamówiłeś sałatkę, bo bałeś się, że nie starczy ci na czynsz! To upokarzające. Wszyscy widzieli. Patrzyli na nas z litością.

– Czy dla ciebie naprawdę liczy się tylko to, co myślą inni? – zapytał, stając w strugach deszczu.

– Liczy się komfort! Bezpieczeństwo! Chcę mężczyzny, który zapewni mi byt, a nie takiego, z którym muszę liczyć każdy grosz przy kasie – wykrzyczałam mu prosto w twarz.

Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że to nie ma sensu. On mnie ciągnie w dół. Z moimi ambicjami i wyglądem zasługuję na kogoś lepszego, kogoś z wyższej półki.

Rozstanie nastąpiło trzy miesiące później. Tomek oświadczył mi się. Zrobił to w swoim stylu – romantycznie, ale skromnie. Zabrał mnie na dach kamienicy, gdzie rozłożył koc i przyniósł butelkę napoju musującego udającego szampana. Wyciągnął pierścionek. Był srebrny, z małym oczkiem.

Powiedziałam „nie”

Patrzyłam na ten pierścionek i zamiast wzruszenia, czułam gniew. To miało być to? Po trzech latach związku? Moje koleżanki dostawały brylanty, platynę, oświadczyny w Paryżu czy Rzymie. A ja dostałam dach brudnej kamienicy i pierścionek, który wyglądał jak z sieciówki za rogiem.

– Nie mogę tego przyjąć – powiedziałam chłodno.

– Co? – Zbladł, a jego ręka zadrżała.

– Nie mogę. Spójrz na nas. Spójrz na swoje życie. Nie masz nic. Żyjesz marzeniami, a ja potrzebuję konkretów. Nie chcę spędzić życia, martwiąc się o rachunki.

– Ale ja cię kocham. Będziemy budować wszystko razem. Awansuję, obiecuję ci…

– Obietnice nie opłacą kredytu na mieszkanie! – przerwałam mu gwałtownie. – Jesteś nieudacznikiem. Przykro mi to mówić, ale tak to widzę. Jesteś dobrym człowiekiem, ale nie nadajesz się do życia, o jakim ja marzę. Męczę się z tobą.

Zabrał pierścionek, schował go do kieszeni i wstał.

– Masz rację – powiedział głosem wypranym z emocji. – Męczysz się. Zasługujesz na kogoś, kto kupi ci ten twój wymarzony świat. Mam nadzieję, że będziesz w nim szczęśliwa.

Odszedł bez słowa pożegnania. Zostawił mnie na tym dachu samą. Czułam wtedy ulgę, jakbym zrzuciła wielki ciężar. Byłam wolna. Mogłam wreszcie zacząć polować na sukces.

Zrobiłam karierę

Przez kolejne lata realizowałam swój plan z żelazną konsekwencją. Skupiłam się na karierze. Pracowałam po kilkanaście godzin dziennie, brałam dodatkowe zlecenia, uczyłam się języków. Szybko pięłam się po szczeblach korporacyjnej drabiny. Moje zarobki rosły, a wraz z nimi standard mojego życia.

Zaczęłam spotykać się z mężczyznami, o jakich marzyłam. Pierwszy był Paweł, właściciel firmy deweloperskiej. Przystojny, bogaty, szarmancki. Zabierał mnie do najlepszych restauracji, na weekendy lataliśmy do Mediolanu na zakupy. Byłam zachwycona. Przez pierwsze pół roku czułam się jak księżniczka. Czar prysł, gdy zachorowałam na ciężką grypę. Leżałam w łóżku z wysoką gorączką, nie mając siły wstać po szklankę wody. Zadzwoniłam do Pawła.

– Kochanie, mam ważne spotkanie z inwestorami – rzucił do słuchawki. – Zamówię ci jedzenie z dowozem, a klucze zostaw u portiera, bo wpadnę dopiero za trzy dni. Nie chcę się zarazić przed wyjazdem do Dubaju.

Wtedy zrozumiałam, że dla niego jestem tylko ozdobą. Trofeum, które ma dobrze wyglądać u jego boku na bankietach. Kiedy przestałam być funkcjonalna, stałam się problemem. Rozstaliśmy się krótko potem.

Nie układało mi się

Potem był Michał, bankier inwestycyjny. Ten z kolei traktował związek jak transakcję biznesową. Wszystko musiało być zaplanowane, skalkulowane. Nawet nasze zbliżenia wpisywał w kalendarz. Nie było w tym pasji, ciepła, ani grama spontaniczności. Kiedy dostałam awans i zaczęłam zarabiać prawie tyle co on, jego ego tego nie zniosło. Zaczął mnie umniejszać, krytykować przy znajomych. Odeszłam.

I tak zostałam sama z moim apartamentem, luksusowym autem i szafą pełną ubrań z metkami projektantów. Miałam to, czego chciałam – niezależność finansową i prestiż, ale wieczorami, gdy wracałam do pustego domu, cisza dzwoniła mi w uszach tak głośno, że musiałam włączać telewizor, byle tylko słyszeć czyjś głos.

Dwa tygodnie temu wybrałam się na wernisaż do jednej z modnych galerii sztuki. Szukałam obrazu do salonu, czegoś, co ożywiłoby te zimne, szare ściany. Chodziłam między gośćmi z kieliszkiem wody mineralnej w dłoni, wymieniając uprzejme uśmiechy z ludźmi.

Nagle przy jednym z głównych eksponatów zobaczyłam znajomą sylwetkę. Serce podeszło mi do gardła. To był Tomek. Wyglądał inaczej, a jednocześnie tak samo. Miał na sobie dobrze skrojoną marynarkę, ale wciąż ten sam lekki nieład na głowie. Nie wyglądał na milionera, ale biła od niego pewność siebie i spokój, którego ja nie zaznałam od lat.

Poznałam go

Obok niego stała kobieta. Miała na sobie prostą sukienkę, niewiele makijażu, włosy związane w luźny kok. Trzymała go pod rękę, a drugą dłonią głaskała swój wyraźnie zaokrąglony brzuch. Byli wpatrzeni w projekt wielkiego, nowoczesnego osiedla ekologicznego. Podeszłam bliżej, nie mogąc się powstrzymać.

– Tomasz? – zapytałam cicho.

Odwrócił się. Przez ułamek sekundy widziałam w jego oczach zaskoczenie, może cień dawnego bólu, ale zaraz potem pojawił się uprzejmy uśmiech.

– Judyta. Kopę lat – powiedział spokojnie. Jego głos był niski, męski.

– Co tu robisz? – zapytałam głupio, lustrując go wzrokiem.

– To mój projekt – wskazał na makietę. – W końcu udało mi się zrealizować wizję architektury zrównoważonej. Długo to trwało, ale warto było czekać.

– Gratuluję – wydukałam. – Wygląda imponująco.

Wtedy kobieta u jego boku uśmiechnęła się do mnie ciepło.

– Jestem Ania, jego żona.

Żona. To słowo uderzyło mnie jak policzek.

– Miło mi – skłamałam. – Widzę, że wam się układa.

– Nie narzekamy – zaśmiał się Tomek, obejmując Anię czule. – Nie jesteśmy krezusami, wciąż spłacamy kredyt za dom pod miastem i jeździmy rodzinnym kombi, ale mamy wszystko, czego nam trzeba. Czekamy na Stasia, ma się urodzić za dwa miesiące.

Zazdrościłam im

Patrzyłam na nich i widziałam to, czego szukałam przez całe życie w niewłaściwych miejscach. Widziałam intymność, wsparcie. Widziałam, jak on poprawia jej szal, jak ona kładzie głowę na jego ramieniu. Nie mieli na sobie ubrań za tysiące złotych. Ania nie miała torebki od projektanta, ale mieli siebie. I wyglądali na najszczęśliwszych ludzi na ziemi.

– A co u ciebie? – zapytał Tomek, patrząc mi prosto w oczy. – Wyglądasz na kobietę sukcesu. Osiągnęłaś to, co planowałaś?

Chciałam mu powiedzieć, że jestem dyrektorem, mam apartament, że byłam na wakacjach na Bali, ale słowa uwięzły mi w gardle. W obliczu ich prostego szczęścia moje osiągnięcia wydawały się nagle puste i bezwartościowe.

– Tak – powiedziałam tylko. – Mam wszystko, co zaplanowałam.

Tomek pokiwał głową.

– To dobrze. Cieszę się.

I wtedy to zrozumiałam. On naprawdę się cieszył. Nie czuł do mnie nienawiści, nie chciał się mścić. Po prostu był szczęśliwy beze mnie. Znalazł kogoś, kto uwierzył w niego wtedy, gdy nie miał nic. Kogoś, kto kochał go za to, kim jest, a nie za to, co może kupić.

Jestem samotna

Ania przetrwała z nim trudne początki i teraz zbierała owoce tej miłości. A ja zostałam z niczym, mimo że moje konto bankowe pękało w szwach.

– Musimy już iść, Ania jest trochę zmęczona – powiedział Tomek. – Wszystkiego dobrego.

Odeszli powoli w stronę wyjścia. Patrzyłam za nimi, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Rozmazały mi ten idealny makijaż, nad którym pracowałam rano pół godziny.

Wróciłam do mojego apartamentu, rzuciłam drogą torebkę na podłogę i osunęłam się na sofę. Nie włączyłam światła. Siedziałam w ciemności, patrząc na miasto. Zrozumiałam swój błąd. Przez lata goniłam za iluzją. Myślałam, że pieniądze dadzą mi wolność i szczęście. Dały mi wygodę, owszem, ale zabrały coś znacznie cenniejszego – szansę na prawdziwą bliskość.

Dostałam nauczkę

Odrzuciłam Tomka, bo bałam się biedy. Bałam się przeciętności. A teraz jestem bogata, ale moje życie emocjonalne jest uboższe niż kiedykolwiek. Tęsknię za czasami, gdy jedliśmy makaron z sosem pomidorowym przy świecach. Tęsknię za jego entuzjazmem, za jego wiarą w przyszłość. Dziś wiem, że prawdziwa bieda to nie brak pieniędzy na koncie. Prawdziwa bieda to brak kogoś, z kim możesz podzielić się swoimi sukcesami i porażkami. To powrót do pustego domu, gdzie jedynym dźwiękiem jest szum klimatyzacji.

Wybrałam inną drogę. Drogę wyłożoną złotem, ale prowadzącą donikąd. I choć inni zazdroszczą mi kariery i statusu, ja zazdroszczę Ani. Zazdroszczę jej tego, że potrafiła dostrzec w Tomku skarb, na który ja byłam ślepa, zaślepiona blaskiem fałszywych pragnień.

Judyta, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama