„Pojawiłem się w Dzień Babci tylko po gotówkę. Żałuję, bo już nie zdążyłem babuni za to przeprosić”
„Nie płakałem od lat. Ale teraz łzy spływały mi po policzkach bezwstydnie. Usiadłem na podłodze, przytrzymując kartkę jak coś świętego. Przypominałem sobie, jak z nią siedziałem w parku, jak dawała mi lizaki po kryjomu, jak zasypiałem na jej kanapie z bajką w tle”.

Wiem, jak zarządzać czasem, zadaniami i ludźmi – ale kompletnie nie umiem zarządzać relacjami. Zwłaszcza z rodziną. Mam matkę, z którą rozmawiam rzadko. Ojca, który jest, ale jakby go nie było. I babcię – Halinę – którą kiedyś kochałem, a teraz… teraz głównie odwiedzam raz w roku. W Dzień Babci.
Nie jestem dumny z tego, ale tak wygląda rzeczywistość. Wpadam, daję buziaka, zjadam ciasto, biorę kopertę z kasą i znikam. Szybko, sprawnie, bez zbędnych emocji.
– Serio tam idziesz? – rzucił Grzesiek, mój współlokator, kiedy zakładałem kurtkę.
– No, muszę. Tradycyjna akcja – odpowiedziałem.
– Tradycja brania kasy od emerytki, rozumiem.
Zaśmiałem się.
– Piętnaście minut. Sernik, buziak, koperta. Odhaczone.
Nie czułem wtedy absolutnie nic. Ani wyrzutów sumienia, ani żalu. To była po prostu formalność. Nie wiedziałem, że to będzie ostatni raz, kiedy ją zobaczę.
Odwiedziłem babcię
– O, Tomeczku! – babcia Halina otworzyła drzwi i od razu wyciągnęła do mnie ramiona. Pachniała jak zawsze – czymś słodkim, pudrowym, znajomym.
Przytuliłem ją szybko, bez większego zaangażowania.
– Cześć, babciu. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci – rzuciłem, wręczyłem jej kwiatki i wszedłem do środka.
W kuchni było ciepło i pachniało pieczonym ciastem. Sernik. Mój ulubiony – kiedyś. Stał już pokrojony na talerzykach, dwa kubki z herbatą parowały na stole. Wszystko przygotowane, jakby spodziewała się wizyty prezydenta.
– Usiądź, usiądź, zaraz podgrzeję ci obiad, zrobiłam twoje ulubione mielone...
– Nie, babciu, serio, nie trzeba. Ja tylko na chwilkę – przerwałem jej szybko i spojrzałem na telefon.
Usiadłem, wziąłem kawałek sernika. Dobry. Ale jadłem jak z obowiązku. Babcia opowiadała coś o sąsiadce, która „znowu złamała biodro”, o tym, że w piecu coś szwankuje... A ja tylko kiwałem głową i zerkałem na ekran, czekając na wiadomość od Igi.
– No i... to dla ciebie – powiedziała, podając mi kopertę. – Wiem, że pewnie ci się przyda...
– Dzięki, babciu. Naprawdę. – Wstałem.
– Zostań jeszcze chwilkę. Upiekłam też kruche ciasteczka, takie, jak lubiłeś.
– Innym razem, okej? Mam jeszcze sporo na głowie, ale dzięki – rzuciłem, całując ją w policzek.
Stała w drzwiach, patrząc za mną, gdy schodziłem po schodach. Taka drobna. Wyszedłem i odetchnąłem. Szybko, sprawnie, zrobione. Poczułem lekki ucisk w żołądku. Ale stłumiłem go natychmiast.
– No i z głowy – mruknąłem do siebie.
Byłem w szoku
Telefon zadzwonił tydzień później, w poniedziałek rano. Zaspany, ledwo żywy po weekendzie, odebrałem nie patrząc nawet na wyświetlacz.
– Tomek, babcia nie żyje – usłyszałem głos mamy.
– Co? – usiadłem jak oparzony. – Co ty mówisz?
– W nocy. Zawał. Nie zdążyli jej nawet zabrać do szpitala. Sąsiedzi wezwali karetkę...
Zamilkłem. Nie potrafiłem nic powiedzieć. Przez chwilę słyszałem tylko szloch matki.
– Mówiłam ci, żebyś do niej częściej dzwonił, żebyś wpadł czasem tak po prostu. Ale ty zawsze zajęty, zawsze coś ważniejszego! – wyrzuciła.
– Byłem u niej... przecież byłem w Dzień Babci! – broniłem się.
– Siedziałeś krótko. I nawet nie zjadłeś obiadu. Wiem, bo mówiła mi potem przez telefon, że „Tomek był, ale się spieszył”.
Zamilkłem. Nagle przypomniała mi się jej twarz, gdy odwracała się w drzwiach. Ciepłe oczy, w których tliła się nadzieja, że może jednak zostanę. Że zapytam o coś więcej niż tylko „co słychać”.
– Ona cię kochała – mówiła mama ciszej. – Nawet jak zapominałeś o niej, nawet jak przychodziłeś tylko po pieniądze.
Zrobiło mi się duszno. Podszedłem do okna, otworzyłem je. A potem usiadłem na krześle i pierwszy raz od dawna poczułem coś więcej niż obojętność. Żal. Pustkę. I dziwny wstyd, który wbijał się we mnie jak szpilki.
To mnie przerosło
Pogrzeb był w czwartek. Dzień pochmurny, zimny, jakby niebo też chciało zapłakać za babcią. Stałem między matką a ojcem, w garniturze, którego nie cierpiałem, i patrzyłem, jak trumna znika w ziemi. Wszystko działo się jakby za szybą. Kwiaty, modlitwy, szloch ciotki Renaty, której nie widziałem od lat. Czułem się jak intruz.
Po wszystkim matka podeszła do mnie, wciskając mi do ręki szarą kopertę.
– Znaleźliśmy to w jej szufladzie. Z tyłu było napisane: „Dla Tomka”. Chyba chciała ci to dać, ale... może się nie odważyła.
– Co to? – spytałem odruchowo.
– List. Nie czytałam. Twoja sprawa.
W domu długo nie mogłem się zebrać, by ją otworzyć. Przenosiłem ją z kieszeni na biurko, potem na półkę, potem znowu do kurtki. W końcu, późnym wieczorem, kiedy byłem sam, zapaliłem lampkę i usiadłem przy biurku.
Koperta była lekko pogięta. Drżały mi palce, gdy ją otwierałem. W środku – kartka w kratkę, zapisane znajomym, okrągłym pismem. Tyle razy widziałem te litery na kartkach świątecznych, na pudełkach z ciastem. Przeczytałem pierwsze zdanie – i poczułem, jak coś ściska mi gardło.
„Tomeczku, wiem, że jesteś już dorosły, że masz swoje sprawy. Ale dla mnie zawsze będziesz tym chłopcem, co kradł mi cukierki z szafki i chował się pod stołem...”
Nie byłem gotów. Ale czy można być gotowym na własne spóźnione pożegnanie?
Byłem złym wnukiem
„Wiem, że teraz jesteś zapracowany, zajęty, zakochany albo zmęczony. I wszystko to rozumiem, naprawdę. Nie mam żalu, Tomeczku. Każdy musi żyć swoim życiem. Ale czasem siedzę w kuchni i myślę, czy pamiętasz jeszcze, jak razem robiliśmy pierogi. Jak śmiałeś się, że moje palce są pomarszczone jak rodzynki. Jak płakałeś, gdy zgubiłeś misia, a ja go potem znalazłam w pralce…”
Czytałem powoli, każde zdanie wchodziło we mnie głęboko, zostawiało ślad.
„Nie wiem, czy przyjdziesz w Dzień Babci, ale jak przyjdziesz, to nie musisz przynosić kwiatów. Wystarczy, że usiądziesz ze mną, wypijesz herbatę, opowiesz, jak ci idzie na uczelni. Nie chcę dużo, naprawdę nie chcę. Chcę tylko czasem wiedzieć, że jestem ci jeszcze potrzebna. Chociaż troszkę.”
Zacisnąłem zęby. Gardło miałem ściśnięte. Kartka zaczęła się lekko trząść – nie wiedziałem, czy to przez moje ręce, czy przez emocje.
„Wiem, że mnie kochasz, nawet jak nie mówisz tego głośno. Ja cię też kocham. Na zawsze. Twoja babcia Halina.”
Nie płakałem od lat. Ale teraz łzy spływały mi po policzkach bezwstydnie. Usiadłem na podłodze, przytrzymując kartkę jak coś świętego. Przypominałem sobie, jak z nią siedziałem w parku, jak dawała mi lizaki po kryjomu, jak zasypiałem na jej kanapie z bajką w tle.
Wyszedłem z mieszkania, w dresie i kurtce, bez celu. Nogi same mnie zaprowadziły pod jej blok. Usiadłem na starej ławce. Tam, gdzie kiedyś karmiliśmy gołębie. Wokół cisza. A ja w końcu poczułem, jak naprawdę bardzo jej brak.
Poszedłem na cmentarz
Grób babci był jeszcze świeży. Ziemia nierówna, wilgotna, przykryta kwiatami, które powoli traciły kolor. Uklęknąłem. W rękach ściskałem list. Ten sam. Przeczytałem go już chyba z dziesięć razy. Ale wciąż czułem, że nie zrobiłem wystarczająco wiele.
– Babciu… – zacząłem cicho, jakby się miała obudzić i mnie poprawić, jak dawniej. – Przepraszam, że cię nie słuchałem. Przepraszam, że nie przychodziłem. Że myślałem tylko o sobie.
Zamilkłem. Głos mi zadrżał. Otarłem rękawem łzę, ale kolejne już płynęły.
– Wiem, że pewnie wolałabyś, żebym ci to powiedział wcześniej. Na żywo. Ale ja... nie umiałem. Nie rozumiałem. I teraz to wszystko brzmi jak... za późno.
Obok zaszurały buty. Podniosłem wzrok – ciotka Renata. Stała z rękami w kieszeni płaszcza, patrząc na mnie łagodnie.
– Mogę? – zapytała, wskazując miejsce obok.
Skinąłem głową.
– Mama dużo o tobie mówiła – zaczęła. – Tęskniła. Nie narzekała nigdy. Tylko czekała.
– Byłem egoistą – wydusiłem. – Zostawiłem ją. Myślałem, że jeszcze będzie czas.
– Wszyscy tak myślimy – powiedziała cicho. – Ale ona ci wybaczyła. Jeszcze zanim zdążyłeś o to poprosić.
– Napisała mi list – szepnąłem.
Renata uśmiechnęła się smutno.
– Wiedziała, że potrzebujesz czasu. I że się kiedyś obudzisz.
Patrzyliśmy razem na grób. Po raz pierwszy nie czułem się w tym wszystkim sam.
Tomek, 21 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wnuki wpadły na Dzień Babci, ale tylko po pieniądze, bo przecież im się należy. Myślą, że jestem studnią bez dna”
- „Wnuczka zapomniała złożyć mi życzenia na Dzień Babci. O tym, kiedy przychodzi emerytura, pamięta doskonale”
- „Przez 40 lat byliśmy z żoną jak papużki nierozłączki. Na starość znalazła sobie kochanka i chce mnie puścić z torbami”