Reklama

To miał być tydzień jak z bajki. Wyobrażałam sobie parujący kubek gorącej czekolady, widok na ośnieżone szczyty Tatr i roześmiane buzie moich dzieci, które grzecznie lepią bałwana. Rzeczywistość uderzyła mnie w twarz szybciej niż mroźny wiatr na Kasprowym. Zamiast relaksu w strefie spa, dostałam maraton histerii, walkę o każdą łyżkę zupy i poczucie winy, które ważyło więcej niż mój bagaż. Wróciłam do domu jako cień człowieka i zadaję sobie jedno, zakazane pytanie: czy jestem wyrodną matką, skoro marzę o ucieczce na bezludną wyspę?

Popłakałam się ze szczęścia

Zaczęło się klasycznie. Media społecznościowe karmiły mnie zdjęciami idealnych rodzin w dopasowanych swetrach, pijących kakao przy kominku. Algorytm doskonale wiedział, że jestem zmęczoną życiem korporacyjnym trzydziestolatką, która pragnie tylko chwili oddechu. Kiedy więc mój mąż, Paweł, rzucił pewnego wieczoru: „A może pojedziemy w góry na ferie? Dzieciaki będą miały frajdę, a my trochę odetchniemy”, niemal popłakałam się ze szczęścia. W mojej głowie wyświetlił się film, w którym ja – wypoczęta, w nienagannym makijażu – czytam książkę na leżaku, podczas gdy nasze pociechy, siedmioletni Kubuś i czteroletnia Lenka, bawią się w najlepsze pod okiem animatora. O, ja naiwna!

Pierwsze pęknięcia na tym krystalicznym obrazie pojawiły się już dwa dni przed wyjazdem. Pakowanie czteroosobowej rodziny na zimowy wyjazd to logistyczny koszmar, który powinien być dyscypliną olimpijską. Nie chodzi tylko o wrzucenie ubrań do walizki. To jest strategia wojenna. Ile par rajstop potrzebuje czterolatka? Czy brać syrop na kaszel, na gorączkę i na ból brzucha, czy zaufać górskiemu powietrzu? A co, jeśli przemoczą buty? Paweł, w swoim stoickim spokoju, spakował swoje rzeczy w piętnaście minut i usiadł przed telewizorem.

– Kochanie, nie przesadzasz z tą ilością toreb? – zapytał, widząc, jak upycham trzeci kombinezon zapasowy.

– Nie, Paweł, nie przesadzam – warknęłam, czując, jak pierwsza fala irytacji zalewa mi skronie. – Bo jak Lenka wyleje sok na jedyne spodnie narciarskie w połowie stoku, to ty będziesz biegał po sklepach w poszukiwaniu rozmiaru 104, a nie ja.

Już wtedy powinnam wiedzieć, że ten wyjazd będzie testem moich granic wytrzymałości. Ale tłumaczyłam sobie: „To tylko stres przed podróżą. Na miejscu będzie cudownie. Hotel ma cztery gwiazdki, basen i salę zabaw”. Mantra „będzie cudownie” towarzyszyła mi przez całą, sześciogodzinną drogę w samochodzie, przerywaną pytaniami „daleko jeszcze?” i kłótniami o to, kto ma trzymać tablet.

Musiałam ogarniać chaos

Dotarliśmy na miejsce. Hotel był piękny, nie zaprzeczę. Drewno, kamień, zapach drogich perfum w lobby. Przez chwilę poczułam się jak ta kobieta z netu. Zameldowaliśmy się, weszliśmy do pokoju i... czar prysł.

– Mamo, ja nie chcę tu spać! To łóżko jest dziwne! – Lenka rzuciła się na podłogę w geście rozpaczy godnym greckiej tragedii.

– Kuba, zostaw ten pilot! Nie włączamy telewizora, przyjechaliśmy podziwiać góry! – krzyknęłam, próbując jednocześnie rozebrać córkę z kurtki i znaleźć w torbie jej ulubionego pluszaka, bez którego świat by się zawalił.

Paweł w tym czasie stał na balkonie.

– Marta, chodź zobacz! Ale widok! Giewont jak na dłoni! – zawołał entuzjastycznie.

Spojrzałam na niego z morderczym błyskiem w oku. Stałam pośrodku pobojowiska z walizek, z wrzeszczącym dzieckiem u nogi, spocona w termicznej bieliźnie, która miała grzać na stoku, a grzała mnie w furii.

– Zaraz przyjdę – wycedziłam przez zęby. – Tylko ogarnę ten chaos, którego rzekomo nie ma.

To był motyw przewodni tego wyjazdu. Paweł był „tatą od atrakcji”, ja byłam „mamą od obsługi technicznej”. On zabierał dzieci na sanki, a ja w tym czasie biegałam suszyć przemoczone rękawiczki na kaloryferze, szukałam zagubionych czapek i rezerwowałam stolik na kolację, modląc się, żeby w menu były rosół i frytki, bo inaczej czeka nas kolejna awantura.

To była walka o przetrwanie

Co jest najgorsze w hotelowych feriach z dziećmi? Iluzja, że odpoczywasz, bo nie musisz gotować i sprzątać. Owszem, nie stałam przy garach. Ale każda wizyta w hotelowej restauracji to była walka o przetrwanie. Trzeciego dnia siedziałam nad wystygłą kawą. Obok mnie Lenka płakała, bo parówka „pękła w zły sposób”, a Kuba rozlał sok pomarańczowy na śnieżnobiały obrus, co skutkowało lepkim jeziorem, w którym zanurzyłam łokieć.

– Jedzcie, proszę – błagałam szeptem, czując na sobie wzrok innych gości.

Wtedy ich zobaczyłam. Rodzina Idealna. Siedzieli dwa stoliki dalej. Ona – wysoka blondynka, w kaszmirowym swetrze, bez śladu worów pod oczami. On – wpatrzony w nią jak w obrazek. Ich dzieci (na oko w wieku moich) siedziały prosto, jadły widelcem i nożem, a rozmowa toczyła się chyba o fizyce kwantowej, bo panował tam taki spokój.

– Widzisz ich? – syknęłam do Pawła, który właśnie scrollował wiadomości w telefonie. – Dlaczego my tak nie możemy?

– Ale o co ci chodzi? Przecież jest okej – mruknął, nie podnosząc wzroku. – Kuba, wytrzyj ten sok serwetką.

Czułam, jak rośnie we mnie gula zazdrości i frustracji. Dlaczego tamta kobieta pije ciepłą kawę i się uśmiecha, a ja czuję się, jakbym właśnie przebiegła maraton z przeszkodami? Dlaczego moje dzieci zachowują się jak stado dzikich małp wypuszczonych z klatki, mimo że w domu staramy się wprowadzać zasady? Czułam się oceniana. Czułam, że przegrywam jakieś niewidzialne zawody w macierzyństwo.

Jak kierownik kolonii karnej

Najgorsze miało jednak nadejść na stoku. To miał być ten moment chwały. Kuba uczył się jeździć na nartach, Lenka miała zjeżdżać na „jabłuszku”. Wyobrażałam sobie rumiane policzki i radość. Rzeczywistość? Ubieranie dzieci w stroje narciarskie to tortura. To jest walka wręcz. Wciskanie małych stópek w sztywne, plastikowe buty narciarskie przy akompaniamencie wrzasków „to mnie gniecie!”, „nie chcę!”, „gorąco mi!”, sprawiło, że byłam mokra od potu, zanim w ogóle wyszliśmy z narciarni. Na stoku wytrzymaliśmy 40 minut.

– Mamo, siku! – zawołała Lenka w momencie, gdy wjechaliśmy wyciągiem na samą górę.

– Teraz? Przecież pytałam na dole! – jęknęłam, patrząc z rezygnacją na ośnieżony stok.

– Ale teraz mi się chce bardzo!

Zjazd z czterolatką, która krzyżuje nogi, to wyzwanie ekstremalne. Oczywiście toaleta była na dole. Oczywiście była kolejka. Oczywiście kombinezon trzeba było zdjąć prawie cały. Kiedy wróciłyśmy na stok, Kuba leżał na śniegu i płakał, bo „narty są głupie”, a Paweł stał nad nim z miną męczennika.

– Masz, przejmij go – powiedział do mnie, wręczając mi kije. – Ja już nie mam siły. Mówiłem mu, żeby skręcał, a on jedzie prosto w siatkę.

– Ty nie masz siły? – wybuchłam. To był ten moment. Pękła tama. – Ty nie masz siły?! Ja od rana walczę z ich humorami, ubieraniem, sikaniem, jedzeniem i twoim „jakoś to będzie”! Przyjechałam tu odpocząć, a czuję się jak kierownik kolonii karnej!

Ludzie zaczęli się odwracać. Paweł spurpurowiał.

– Nie rób scen, Marta. Wszyscy patrzą.

– Niech patrzą! – krzyknęłam, czując, jak łzy napływają mi do oczu pod goglami. – Mam to gdzieś! Idę do hotelu. Sama.

Zostawiłam ich. Po prostu odwróciłam się na pięcie, wzięłam narty pod pachę i ruszyłam w stronę busa. Słyszałam za sobą wołanie „Mamo!”, ale nie odwróciłam się. Czułam się potwornie. Jak najgorsza matka świata. Ale wiedziałam, że jeśli zostanę tam jeszcze minutę, to wybuchnę tak, że echo poniesie się aż na Słowację.

Idealna Matka zaczęła płakać

Wróciłam do hotelu, trzęsąc się z emocji. Dzieci zostały z Pawłem – poradzą sobie, muszą. Poszłam prosto do strefy wellness. Była pusta, bo większość gości szusowała na stokach. Weszłam do sauny fińskiej, zamknęłam oczy i wreszcie, po raz pierwszy od czterech dni, usłyszałam ciszę. Gorące powietrze powoli rozpuszczało napięcie w moich ramionach, ale w środku wciąż buzowały wyrzuty sumienia. „Co ty zrobiłaś? Zostawiłaś rodzinę na stoku. Jesteś histeryczką”.

Drzwi skrzypnęły i ktoś wszedł do środka. Przez parę dostrzegłam sylwetkę. To była ona. Blondynka z Rodziny Idealnej. Ta od kaszmirowego swetra i grzecznych dzieci. „Świetnie”, pomyślałam. „Teraz jeszcze będę musiała oglądać ideał w ręczniku, żeby dobić swoje poczucie własnej wartości”. Siedziałyśmy w milczeniu przez kilka minut. Nagle usłyszałam dziwny dźwięk. Pociągnięcie nosem. Potem kolejne. Spojrzałam na nią dyskretnie. Idealna Matka płakała. Łzy mieszały się z potem na jej twarzy.

– Wszystko w porządku? – zapytałam odruchowo, zapominając o swojej antypatii.

Kobieta spojrzała na mnie przekrwionymi oczami i parsknęła gorzkim śmiechem.

– Nie. Nic nie jest w porządku. Mam dosyć. Po prostu mam, do cholery ciężkiej, dosyć – powiedziała, a przekleństwo w jej ustach brzmiało tak nienaturalnie i tak ludzko zarazem.

Zamurowało mnie.

– Ale... przecież wy wyglądacie tak... idealnie – wydukałam.

– Idealnie? – zaśmiała się znowu, ocierając twarz ręcznikiem. – Moja córka właśnie wpadła w szał w bawialni, bo inna dziewczynka wzięła jej lalkę. Ugryzła ją. Wstydziłam się tak bardzo, że uciekłam tutaj, zostawiając to wszystko mężowi, który zresztą od dwóch dni pije wieczorami za dużo wina, bo nie radzi sobie z ich wrzaskami. Zdjęcia na socialach? To sekundy. Pomiędzy nimi jest piekło. Ja nie odpoczywam. Ja pracuję na etacie animatora, sprzątaczki i negocjatora. Patrzyłam na nią i nagle poczułam, jakby ktoś zdjął mi z pleców wielki głaz.

– Uciekłam ze stoku – przyznałam się cicho. – Zostawiłam ich tam, bo mój syn nie chciał jeździć, a mąż stwierdził, że nie ma siły.

Popatrzyłyśmy na siebie i – przysięgam – w tym dusznym, gorącym pomieszczeniu nawiązała się nić porozumienia silniejsza niż jakiekolwiek więzy krwi. Wybuchnęłyśmy śmiechem. Śmiechem przez łzy, histerycznym, uwalniającym.

– Nienawidzę ferii – powiedziała Idealna Blondynka, która okazała się być Sylwią z Wrocławia, księgową, a nie celebrytką, jak podejrzewałam.

– Ja też. Marzę o powrocie do pracy – odpowiedziałam. – Marzę o poniedziałku, o zimnej kawie przy biurku i o tym, że nikt nie będzie mnie pytał, gdzie są jego rękawiczki.

Trochę nas to przerosło

Rozmawiałyśmy w tej saunie przez godzinę. O mężach, którzy „pomagają”, ale nie „współuczestniczą”. O presji, by dzieci miały „magiczne dzieciństwo”, nawet kosztem naszego zdrowia psychicznego. O tym, że wakacje z dziećmi to nie wakacje – to po prostu opieka nad dziećmi w innym, droższym miejscu, bez własnego zaplecza i wypracowanych rutyn. Kiedy wróciłam do pokoju, Paweł i dzieci już tam byli. Wyglądali na zmęczonych, ale spokojnych.

– Mamo! – Lenka rzuciła mi się na szyję. – Tata kupił mi gofra z bitą śmietaną!

Paweł spojrzał na mnie z lekką obawą.

– Przepraszam cię za ten stok – powiedział cicho, gdy dzieci zajęły się oglądaniem bajki (tak, poddaliśmy się z limitem ekranowym). – Trochę mnie to przerosło. Nie doceniałem tego, ile energii wkładasz w to, żeby to wszystko jakoś funkcjonowało.

Nie rzuciłam mu się w ramiona jak w filmie. Byłam wciąż zbyt zmęczona. Ale kiwnęłam głową.

– Następnym razem – powiedziałam stanowczo – jedziemy osobno. Albo bierzemy babcię. Albo nie jedziemy wcale.

– Zgoda – odpowiedział bez wahania.

Nie jestem złą matką

Wczoraj wróciliśmy do domu. Kiedy zamknęłam drzwi naszego mieszkania, poczułam ulgę, jakiej nie dał mi żaden masaż w hotelowym spa. Własne łóżko. Własny ekspres do kawy. Dzieci, które w swoim pokoju bawią się swoimi zabawkami i – o dziwo – nie krzyczą. Dziś rano poszłam do pracy. Usiadłam przy biurku, włączyłam komputer i poczułam błogi spokój. Koleżanka z działu zapytała:

– I jak tam urlopik? Wypoczęłaś? Wyglądasz na trochę zmęczoną. Uśmiechnęłam się tylko krzywo. – Było... intensywnie. Ale wiesz co? Cieszę się, że tu jestem.

Wniosek? Kocham moje dzieci nad życie. Oddałabym za nie życie. Ale prawda jest taka, że urlop z małymi dziećmi to oksymoron. To kłamstwo, które sprzedajemy sami sobie, by przetrwać zimę. Nie odpoczęłam. Jestem fizycznie i psychicznie wyprana. Moje plecy bolą od noszenia nart, a portfel jest lżejszy o małą fortunę.

Czy żałuję? Kiedy patrzę na zdjęcie, na którym Lenka i Kuba śmieją się z nosami umazanymi śniegiem, myślę, że może było warto. Ale kiedy przypomnę sobie saunę i Sylwię... wiem jedno. Prawdziwy urlop to taki, na którym jedyną osobą, którą muszę ubrać, nakarmić i umyć, jestem ja sama. I nie, nie jestem złą matką, że o tym marzę. Jestem po prostu człowiekiem. Jeśli też wróciłyście z ferii bardziej zmęczone niż przed wyjazdem – przybijam wam wirtualną piątkę. Nie jesteście same. I macie prawo marzyć o ucieczce. Byle nie w góry.

Marta, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama