„Pojechałam do kurortu w Karkonosze, leczyć serce po rozwodzie. Przekonałam się, że po 50. wciąż można czuć się młodo”
„Złapałam jego spojrzenie. Zamiast je odwrócić, jak zrobiłaby większość mężczyzn przyłapanych na gapieniu się, on się uśmiechnął. Nie był to uśmiech przepraszający. Szybko odwróciłam wzrok, czując, jak policzki mi płoną”.

To miał być wyjazd ostatniej szansy. Nie na ratowanie małżeństwa, bo to umarło w ciszy i papierach rozwodowych trzy miesiące wcześniej, ale na ratowanie resztek mojej kobiecości. Spakowałam najgrubsze swetry, jakie miałam, kilka książek, których i tak nie zamierzałam czytać, i tonę żalu do całego świata.
Zostałam sama
Jazda w Karkonosze zajęła mi sześć godzin. Sześć godzin gapienia się na szarą wstęgę autostrady i słuchania podcastów o odnajdywaniu siebie po pięćdziesiątce, które zamiast pomagać, tylko bardziej mnie dołowały. Robert, mój eksmąż, wymienił mnie na nowszy model. Klasyka gatunku.
Weszłam do pokoju hotelowego, rzuciłam walizkę na łóżko i podeszłam do lustra w łazience. Poprawiłam włosy. „Nie jest źle” – powiedziałam do siebie. Ale oczy nie kłamały. Był w nich smutek, którego nie dało się przykryć korektorem. Postanowiłam, że ten tydzień będzie dla mnie. Masaże, sauna, spacery i zero facetów.
Pierwsze dwa dni minęły mi w otępieniu. Byłam jak duch przemykający korytarzami hotelu. Jednak trzeciego dnia coś we mnie pękło. Może to kwestia górskiego powietrza, a może po prostu miałam dość użalania się nad sobą.
Był wtorek, wieczór. Spojrzałam na dresy, które miałam na sobie, a potem na wiszącą w szafie sukienkę. Zrzuciłam dresy. Wzięłam prysznic, wciągnęłam na siebie sukienkę. W lustrze nie widziałam już ofiary rozwodu. Widziałam kobietę. Dojrzałą, może nieco poturbowaną, ale wciąż atrakcyjną. Z tym przeświadczeniem zjechałam na dół. Bar tętnił życiem. Znalazłam wolne miejsce przy samym barze, na wysokim stołku. Barman, młody chłopak z brodą, uśmiechnął się do mnie uprzejmie.
Chciałam czegoś nowego
Siedziałam tam, sącząc wino i obserwując ludzi. Pary szeptające sobie do ucha, rodziny zmęczone po nartach. Czułam się obserwatorem z innej planety. I wtedy ich zauważyłam. Grupka czterech mężczyzn przy stoliku w rogu. Wyglądali na wyjazd integracyjny albo męski wypad na narty.
Wszyscy koło czterdziestki, dobrze ubrani. I on. Siedział naprzeciwko mnie, choć dzieliło nas kilka metrów. Miał na sobie białą koszulę z podwiniętymi rękawami i ciemną kamizelkę. Ciemne włosy, lekki zarost, oczy, które błyszczały nawet w tym półmroku.
Złapałam jego spojrzenie. Zamiast je odwrócić, jak zrobiłaby większość mężczyzn przyłapanych na gapieniu się, on się uśmiechnął. Nie był to uśmiech przepraszający. Szybko odwróciłam wzrok, czując, jak policzki mi płoną. „Uspokój się, stara wariatko” – skarciłam się w myślach. „On patrzy na ciebie jak na ciekawostkę przyrodniczą”. Minęło może dziesięć minut. Czułam na plecach jego wzrok. Udawałam, że jestem pochłonięta analizą etykiety na butelce. Nagle poczułam zapach.
– To miejsce jest wolne?
Odwróciłam się powoli, starając się zachować kamienną twarz. Stał tuż obok. Z bliska wyglądał jeszcze lepiej.
– Jest mnóstwo wolnych miejsc na sali – odpowiedziałam chłodno, wskazując ręką na puste stoliki.
– Ale żadne z nich nie jest obok ciebie – odparł bez mrugnięcia okiem i usiadł na stołku obok, nie czekając na moje pozwolenie.
Był bezczelny
To mnie zirytowało, ale i – ku mojemu przerażeniu – zaintrygowało.
– Michał – wyciągnął rękę.
– Małgorzata.
– Małgorzata… – powtórzył, jakby smakował to imię. – Pięknie. Pasuje do ciebie. Królewskie.
Parsknęłam śmiechem. To było silniejsze ode mnie.
– Daruj sobie te tanie teksty. Jesteś tu z kolegami, założyliście się, kto poderwie tę smutną panią przy barze? Czy może szukasz kogoś w wieku swojej matki, żeby porozmawiać o problemach z kręgosłupem?
Strzeliłam prosto z mostu. Chciałam go spłoszyć. Chciałam, żeby sobie poszedł i zostawił mnie w moim bezpiecznym kokonie. Michał jednak nie drgnął. Uśmiech nie zniknął z jego twarzy, wręcz przeciwnie – stał się szerszy.
– Moja matka ma na imię Teresa i nienawidzi czerwonego wina – powiedział spokojnie, skinieniem głowy wskazując na mój kieliszek. – A jeśli chodzi o zakład… jedyny zakład, jaki zrobiłem sam ze sobą, to ten, czy masz oczy w kolorze orzecha, czy koniaku.
Pochylił się nieco bliżej.
– I wiesz co? Chyba przegrałem. Są dużo głębsze.
Zaniemówiłam. To było tak gładkie, tak bezwstydnie flirtujące, że powinnam wstać i wyjść. Ale nie wstałam.
– Mam 50 lat – powiedziałam twardo, patrząc mu prosto w oczy. – Mam dorosłą córkę i męża… byłego męża. Nie jestem dziewczynką do zabawy na jeden wieczór.
Nie rezygnował
– A ja mam 38 lat, firmę w Warszawie i psa, który chrapie – odparł. – I nigdzie nie widzę napisu, że nie możemy wypić razem drinka. Dlaczego tak bardzo chcesz, żebym stąd poszedł? Boisz się mnie?
– Nie boję się ciebie – skłamałam.
Został. I zaczęliśmy rozmawiać. Początkowo byłam najeżona, odpowiadałam półsłówkami, rzucałam sarkastyczne uwagi. Ale Michał był niezmordowany. Miał niezwykły dar – potrafił słuchać. Zadawał pytania, które nie były banalne. Z każdym kolejnym kwadransem mój mur kruszał. Okazało się, że jest inteligentny, bystry i ma poczucie humoru. Nie traktował mnie jak starszej pani. Traktował mnie jak kobietę.
– Dlaczego uciekasz wzrokiem, kiedy na ciebie patrzę? – zapytał nagle.
– Nie uciekam.
– Uciekasz. Za każdym razem.
Poczułam falę gorąca uderzającą mi do głowy. Atmosfera zgęstniała w ułamku sekundy. Muzyka w barze wydawała się cichsza, rozmowy innych ludzi zlały się w szum. Zostaliśmy tylko my dwoje w bańce napięcia.
– Jesteś bardzo bezpośredni.
– Życie jest za krótkie na podchody. Widzę piękną kobietę, która próbuje schować się za murem kompleksów, których nie powinna mieć. To mnie wkurza. I fascynuje.
Intrygował mnie
– Kompleksów? – prychnęłam, próbując odzyskać rezon. – To nie kompleksy, to realizm. Mogłabym być twoją starszą siostrą.
– Mógłbym marzyć o takiej siostrze sąsiada – zaśmiał się, a potem spoważniał. – Wiek to liczba. Chemia to fizyka. A to, co czuję teraz, siedząc obok ciebie, to czysta biologia. Nie czujesz tego?
Czułam. Serce biło mi szybciej, dłonie się pociły. Zamówił kolejną kolejkę. Tym razem nie pytał. Dostałam drinka o skomplikowanej nazwie.
– Opowiedz mi o nim – powiedział nagle, patrząc na moją dłoń, na której nie było już obrączki, ale wciąż widniał blady ślad po niej.
– O kim?
– O tym idiocie, który sprawił, że myślisz, iż twój czas się skończył.
Wzięłam głęboki oddech. Opowiedziałam mu. Nie wszystko, ale wystarczająco dużo. Michał słuchał w milczeniu. Kiedy skończyłam, spojrzał na mnie.
– Jest ślepy – powiedział twardo. – I głupi.
– Jest młodsza – wzruszyłam ramionami. – Jędrniejsza. Mniej skomplikowana.
– Nuda – skwitował. – Młodość jest przereklamowana, jeśli nie idzie za nią to coś. Ty masz w oczach historię. Masz klasę. Siedzisz tutaj i połowa facetów w tym barze boi się do ciebie podejść, bo wyglądasz jak bogini, która może ich zniszczyć jednym spojrzeniem.
Tańczyłam z nim
Pochylił się i szepnął mi do ucha.
– Ja się nie boję. Lubię ryzyko.
Dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. To było zbyt wiele.
– Michał… – zaczęłam, próbując brzmieć rozsądnie. – Jesteś pijany.
– Wypiłbym jeszcze i wciąż wiedziałbym dokładnie, co robię.
Nagle wstał.
– Chodź. Zatańczymy.
– Nie tańczę – zaprotestowałam, kurczowo trzymając się stołka. – I tu nie ma parkietu.
– Jest kawałek podłogi przy pianinie. Chodź.
Nie wiem, jak to zrobił, ale chwilę później stałam na środku sali, w jego objęciach. Był wyższy ode mnie. Jego dłoń na moich plecach była pewna, mocna. Kołysaliśmy się w rytm. Ludzie patrzyli. Miałam to gdzieś. Przez tę jedną chwilę czułam się jak centrum wszechświata.
– Widzisz? – mruknął w moje włosy. – Pasujemy do siebie.
– To tylko taniec – odparłam słabo.
– To aż taniec. Twoje ciało mówi mi coś zupełnie innego niż twoje usta.
Kiedy muzyka ucichła, wiedziałam, że muszę uciekać. Teraz albo nigdy. Jeśli zostanę, zrobię coś, czego będę żałować – albo czego będę pragnąć tak bardzo, że mnie to zniszczy.
– Muszę iść – powiedziałam, odsuwając się od niego gwałtownie. – Jest późno.
– Odprowadzę cię – to nie było pytanie.
Poszedł ze mną
Szliśmy korytarzem w stronę wind w milczeniu. Michał szedł krok za mną. Weszliśmy do windy. Drzwi zasunęły się z cichym sykiem, odcinając nas od świata. Byliśmy sami w małej, lustrzanej klatce. Wcisnęłam przycisk trzeciego piętra. On nie wcisnął żadnego. Odwróciłam się do niego.
– Na którym piętrze mieszkasz? – zapytałam, starając się opanować drżenie głosu.
– Na drugim.
Winda ruszyła. Patrzył na mnie.
– To dlaczego nie wysiadłeś? – zapytałam szeptem, gdy minęliśmy drugie piętro.
Zrobił krok w moją stronę. Potem drugi. Stanął tak blisko, że musiałam zadrzeć głowę, by patrzeć mu w oczy.
– Bo nie skończyliśmy rozmawiać – powiedział cicho.
– O czym? – mój oddech przyspieszył.
– O tym, że próbujesz udawać, że cię to nie rusza.
Jego twarz była centymetry od mojej. Widziałam rozszerzone źrenice. Czułam ciepło jego oddechu na moich ustach.
– Jesteś za młody… – to był mój ostatni bastion obrony.
– Przestań myśleć o metryce. Pomyśl o tym, czego chcesz.
Wahałam się
Mogłam go odepchnąć. Ale winda zatrzymała się na trzecim piętrze. Drzwi rozsunęły się, Michał cofnął się o krok. Spojrzał mi głęboko w oczy. Był poważny. Nie było już w nim tego figlarnego chłopca z baru. Był mężczyzna, który dawał mi wybór.
– Twój pokój jest w prawo czy w lewo? – zapytał.
– W prawo – odpowiedziałam automatycznie. – 315.
Uśmiechnął się kącikiem ust. Nie był to uśmiech tryumfu, ale obietnicy.
– Dobranoc, Małgorzato.
I wysiadł. Nie poszedł ze mną. Nie wciągnął mnie do pokoju. Po prostu wysiadł, wcisnął guzik przywołania windy i zniknął za zamykającymi się drzwiami, zostawiając mnie samą na środku korytarza, z sercem walącym jak młot pneumatyczny.
Weszłam do pokoju i opadłam na łóżko. Moja głowa wirowała. Co to było? Dlaczego nie poszedł za mną? Czy to była tylko gra? A może test? Leżałam tak przez godzinę, analizując każde słowo, każdy gest. Po raz pierwszy od lat czułam, że żyję. Nagle mój telefon zawibrował. Nieznany numer. „Nie poszedłem za Tobą, bo wiedziałem, że rano będziesz tego żałować i zrzucisz winę na alkohol. Nie chcę być Twoim błędem. Chcę być Twoim wyborem. Jeśli jutro rano wciąż będziesz pamiętać o mnie wiesz, gdzie mnie znaleźć. Śniadanie? M.”.
Odzyskałam siebie
Czytałam tę wiadomość dziesięć razy. Uśmiech powoli rozlewał się na mojej twarzy. Ten bezczelny, pewny siebie facet właśnie zagrał va banque. I wygrał. Zmyłam makijaż, patrząc w lustro. Kobieta, która na mnie patrzyła, nie wyglądała na starą. Miała błyszczące oczy i zarumienione policzki. Wyglądała na kogoś, kto stoi na progu przygody.
Następnego ranka włożyłam dopasowane jeansy i sweter. Zeszłam na śniadanie z bijącym sercem. Siedział przy tym samym stoliku, co wczoraj jego koledzy, ale teraz był sam. Kiedy mnie zobaczył, wstał. Podeszłam do niego. Nie czułam się jak matrona. Nie czułam się jak ofiara.
– Twoja pewność siebie jest nie do zniesienia – powiedziałam zamiast powitania, siadając naprzeciwko.
– A twoja ucieczka wczoraj była urocza – odparł, dając znak kelnerowi. – Kawa?
– Kawa. I może rozmowa. Ale tym razem bez uciekania.
Michał uśmiechnął się.
– Cały jestem twój. Przynajmniej do końca tygodnia. A potem zobaczymy.
Tamten wyjazd nie skończył się romansem stulecia, po którym wzięliśmy ślub i żyliśmy długo i szczęśliwie. Dzielił nas wiek, styl życia i bagaż doświadczeń. Ale ten tydzień w górach zmienił wszystko. Wróciłam do domu inna. Nie dlatego, że miałam młodszego kochanka, ale dlatego, że on pokazał mi lustro, w którym wreszcie zobaczyłam siebie. Nie matkę, nie żonę, nie rozwódkę. Kobietę.
Małgorzata, 52 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek pączki z różą stały się powodem rozwodu. Nie dam się dłużej traktować jak śmieć we własnym domu”
- „Syn wrócił z ferii u taty i powiedział mi coś, co mnie kompletnie złamało. Czy ja naprawdę jestem aż tak złą matką?”
- „Gdy spotkałam dawnego kochanka, zrozumiałam, że zmarnowałam życie. Mój mąż był mdły jak pączek bez nadzienia”