Reklama

Od kilku lat miałam wrażenie, że w moim własnym domu chodzę na palcach. Najpierw oddałam synowi i synowej duży pokój, potem oszczędności na jego firmę, a na końcu – jak się okazało – spokój. Kiedy powiedział, że sanatorium dobrze mi zrobi, pomyślałam, że może naprawdę troszczy się o moje zdrowie. Dopiero wyjazd pokazał mi, jak bardzo się myliłam.

Uśmiechnęłam się wymijająco

– Mamo, musisz w końcu pomyśleć o sobie – powiedział Paweł, opierając się o kuchenny blat. – Tam będziesz miała rehabilitację, opiekę, towarzystwo. A tutaj… no sama widzisz.

Widziałam. Stosy dokumentów na stole, telefon dzwoniący bez przerwy, jego żonę krążącą między salonem a sypialnią z miną, która mówiła więcej niż słowa. Od kiedy wprowadzili się do mnie „na chwilę”, minęły trzy lata.

Przeszkadzam wam? – zapytałam cicho.

– Nie przesadzasz – westchnęła Marta. – Po prostu jest ciasno. Dzieci rosną, potrzebują przestrzeni. A ty ciągle siedzisz w tym fotelu i martwisz się wszystkim.

Zabolało mnie to „ciągle”. Gotowałam obiady, odbierałam wnuki z zajęć, płaciłam rachunki z emerytury, kiedy firmie Pawła zdarzał się słabszy miesiąc.

– To tylko trzy tygodnie – dodał syn łagodniejszym tonem. – Odpoczniesz. My też trochę odetchniemy.

Te słowa zabrzmiały jak wyrok. Nie zaprotestowałam. Spakowałam walizkę, jakbym rzeczywiście jechała na wakacje. W sanatorium przydzielono mi pokój z Ireną, energiczną wdową o bystrych oczach.

– Pierwszy raz? – zapytała, gdy rozkładałam sweter na półce.

– Tak. Syn uznał, że dobrze mi to zrobi.

– A ty co uznałaś?

Nie wiedziałam. Uśmiechnęłam się tylko wymijająco. Pierwsze dni mijały spokojnie. Zabiegi, spacery, herbaty w kawiarni. Wieczorami dzwoniłam do domu.

Wszystko w porządku? – pytałam.

– Jasne, mamo, nie przejmuj się – odpowiadał Paweł. – Skup się na sobie.

Któregoś popołudnia Irena wróciła z recepcji z gazetą w ręku.

– Masz zdolnego syna – rzuciła, siadając na łóżku. – To jego firma?

Spojrzałam na ogłoszenie. Nowe biuro, nowe logo, duże zdjęcie Pawła z podpisem „Dynamiczny rozwój, innowacyjne rozwiązania”.

– Wsparciu rodziny… – powtórzyłam.

– No widzisz, inwestycje, ekspansja. Musi mu się świetnie powodzić.

Zamarłam. Jeszcze miesiąc wcześniej tłumaczył, że ledwo wiążą koniec z końcem. Dlatego przekazałam mu resztę oszczędności, te odkładane „na czarną godzinę”.

Wieczorem zadzwoniłam.

Widziałam reklamę twojej firmy.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– A, to… marketing przesadza. Wiesz, jak to jest.

Mówiłeś, że brakuje wam pieniędzy.

– Mamo, proszę cię, nie zaczynaj. To skomplikowane.

Rozłączył się szybciej niż zwykle. Patrzyłam w telefon, jakby miał mi coś jeszcze wyjaśnić.

Coś jest nie tak – powiedziała Irena, obserwując mnie uważnie. – Wiesz, ja też kiedyś oddałam synowi wszystko. Myślałam, że to naturalne.

– I?

– A potem zrozumiałam, że łatwo przyzwyczaić się do czyjejś ofiarności.

Te słowa nie dawały mi spokoju. Następnego dnia postanowiłam sprawdzić konto. W sanatoryjnej świetlicy był komputer dla kuracjuszy. Zalogowałam się i zobaczyłam przelew, którego nie pamiętałam. Duża suma, przelana na firmę Pawła tydzień po moim wyjeździe. Serce zaczęło mi bić szybciej.

Zrobiło mi się gorąco

Patrzyłam na ekran, jakby cyfry miały się za chwilę zmienić. Data, kwota, numer konta – wszystko się zgadzało. Tylko ja nie pamiętałam, żebym cokolwiek zatwierdzała.

– Może się pomyliłaś? – Irena pochyliła się nad monitorem. – Czasem człowiek klika coś odruchowo.

– Nigdy nie robię przelewów bez zapisania w zeszycie – odpowiedziałam. – Mam wszystko spisane.

Zeszłam do pokoju i wyciągnęłam z walizki mały notes w kratkę. Każda wpłata, każdy rachunek. Ostatni wpis był sprzed wyjazdu. Po nim – nic. Ręce zaczęły mi drżeć. Zadzwoniłam do Pawła.

– Synku, czy korzystałeś z mojego konta?

Mamo, o co ci chodzi? – w jego głosie pojawiła się irytacja.

– Widziałam przelew na firmę. Zrobiony, kiedy byłam już tutaj.

Chwila ciszy.

– Prosiłaś mnie kiedyś o pomoc z bankowością, pamiętasz? Zostawiłaś mi dane, żebym mógł opłacać rachunki.

Zostawiłam. Jednak tylko do opłat, nie do takich sum.

To były moje oszczędności.

– Mamo, inwestycja się zwróci. Robię to dla nas wszystkich. Przecież i tak wszystko kiedyś będzie moje.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek wcześniej.

– Nie rozmawiajmy teraz – powiedziałam cicho. – Muszę to przemyśleć.

Rozłączyłam się i usiadłam na łóżku. Irena milczała przez chwilę, a potem zapytała:

Wiedziałaś, że ma dostęp do całego konta?

– Ufałam mu.

– Ufać to jedno. Oddać komuś kontrolę nad swoim życiem to drugie.

Wieczorem nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły się myśli. Przypominałam sobie sytuacje, które wcześniej zbywałam milczeniem. Marta sugerująca, że może powinnam przepisać mieszkanie „żeby uniknąć formalności w przyszłości”. Paweł mówiący, że seniorzy często padają ofiarą oszustw i najlepiej, żeby to on zarządzał finansami. Czy naprawdę chodziło o moje dobro? Następnego dnia poszłam do recepcji i poprosiłam o numer do banku. Rozmowa była rzeczowa.

– Przelew został wykonany z autoryzacją kodem SMS – poinformowała mnie konsultantka.

– SMS przyszedł na mój telefon?

– Nie, na numer zarejestrowany jako kontaktowy. Zmieniono go dwa miesiące temu.

Poczułam, jak robi mi się gorąco.

– Jaki to numer?

Podała mi ciąg cyfr. Znałam je na pamięć. To był numer Pawła. Wróciłam do pokoju w milczeniu.

– I? – zapytała Irena.

– Zmienił numer autoryzacyjny na swój. Bez mojej wiedzy.

– To już nie jest zwykłe „dla twojego dobra”.

Usiadłam przy oknie. Na dziedzińcu kuracjusze spacerowali, śmiali się, ktoś grał na akordeonie. Świat toczył się zwyczajnie, tylko mój nagle stanął w miejscu. Zadzwoniłam ponownie do syna.

– Dlaczego zmieniłeś numer w banku?

– Mamo, przesadzasz. Bałem się, że coś źle zatwierdzisz. Chciałem mieć kontrolę.

– Kontrolę nad czym? Nad moimi pieniędzmi?

– Nad sytuacją! – podniósł głos. – Nie rozumiesz, ile mam na głowie. Firma się rozwija, kredyty, pracownicy. To wszystko dla rodziny.

A ja nie jestem rodziną?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Jesteś, dlatego właśnie to robię – odpowiedział chłodno. – Lepiej, żebyś się tym nie przejmowała. Odpoczywasz, prawda?

Rozłączył się bez pożegnania. Tego wieczoru po raz pierwszy poczułam coś więcej niż smutek. Byłam wściekła.

– Co zamierzasz? – zapytała Irena.

– Jeszcze nie wiem. Wiem tylko, że nie jestem ciężarem. I nie pozwolę, żeby traktowano mnie jak bankomat.

Spojrzałam na telefon. Miałam spędzić trzy tygodnie w sanatorium. I po raz pierwszy pomyślałam, że może to nie ja zostałam tu wysłana, żebym odpoczęła. Może ktoś chciał mieć wolne pole do działania.

Też zawiniłam

Nie czekałam do końca turnusu. Następnego dnia po śniadaniu poszłam do dyrektorki i poprosiłam o wcześniejsze zakończenie pobytu. Irena patrzyła na mnie z uznaniem.

Wracasz walczyć? – zapytała półżartem.

– Wracam odzyskać swoje życie – odpowiedziałam.

W pociągu drżały mi ręce, ale głowa była zaskakująco jasna. Zadzwoniłam do banku i zastrzegłam dostęp internetowy. Umówiłam się też na spotkanie z doradcą w sprawie pełnomocnictw. Nie chciałam działać pod wpływem emocji, tylko spokojnie i zgodnie z prawem. Drzwi do mieszkania otworzyła Marta. Na mój widok zamarła.

– Mamo? Przecież miałaś wrócić za dwa tygodnie.

– Plany się zmieniły – powiedziałam, zdejmując płaszcz.

W salonie stało nowe biurko, a na ścianie wisiała tablica z logo firmy Pawła. Mój stary kredens zniknął.

Gdzie są moje rzeczy? – zapytałam.

Paweł wyszedł z pokoju wnuków, z telefonem przy uchu. Kiedy mnie zobaczył, zakończył rozmowę.

– Mogłaś uprzedzić – rzucił chłodno.

To mój dom – odpowiedziałam. – Nie muszę uprzedzać.

Zapadła niezręczna cisza.

Mamo, nie zaczynaj znowu – westchnął. – Wszystko robimy wspólnie. Przecież ustalaliśmy, że firma tu tymczasowo…

– Nie ustalaliśmy, że zmienisz numer w moim banku – przerwałam mu. – Ani że przelejesz moje pieniądze bez pytania.

Marta spuściła wzrok.

To była inwestycja – powiedział Paweł sztywno. – Oddam ci.

– Nie chodzi tylko o pieniądze. Chodzi o to, że potraktowałeś mnie jak przeszkodę. Wysłałeś do sanatorium, żeby mieć swobodę.

– To nieprawda.

– W takim razie powiedz mi prosto w oczy, że zrobiłeś to wyłącznie dla mojego dobra.

Milczał. To milczenie było bardziej wymowne niż jakiekolwiek wyznanie. Wyjęłam z torebki dokumenty.

– Zablokowałam dostęp do konta. Od dziś nie masz żadnych pełnomocnictw. A mieszkanie nie zostanie przepisane na nikogo. Jeśli chcecie tu mieszkać, będziemy mieć jasne zasady i umowę najmu. Jeśli nie, macie miesiąc na znalezienie czegoś swojego.

Wyrzucasz nas? – Marta podniosła głos.

– Nie. Stawiam granice.

Paweł patrzył na mnie tak, jakby widział mnie pierwszy raz.

Myślałem, że nam ufasz.

– Ufałam. Do momentu, kiedy zrozumiałam, że moje zaufanie stało się wygodne.

Rozmowa trwała długo. Były łzy, oskarżenia, próby przekonywania mnie, że przesadzam. Tylko że ja już nie drżałam. Mówiłam spokojnie, jasno. Po raz pierwszy od lat nie bałam się, że kogoś zawiodę. Tydzień później Paweł z rodziną wyprowadzili się do wynajętego mieszkania. Zabrał swoje biurko, tablicę z logo i część mebli, które kupił. Mój kredens wrócił na miejsce. Przez kilka dni chodziłam po cichym mieszkaniu i uczyłam się tej ciszy na nowo. Bolało, bo to przecież mój syn. A jednocześnie czułam coś jeszcze – ulgę. Paweł zadzwonił po miesiącu.

– Mamo… przepraszam – powiedział niepewnie. – Chyba za bardzo skupiłem się na firmie. Pogubiliśmy się.

– Ja też pozwoliłam na zbyt wiele – odpowiedziałam. – Jeśli mamy być rodziną, to na równych zasadach.

Nie było już łatwo ani beztrosko, ale było uczciwie. Spotykaliśmy się na obiadach, bez rozmów o pieniądzach. Wnuki wpadały po szkole, ale wiedziały, że babcia ma swoje sprawy. Sanatorium nie było ucieczką. Stało się momentem, w którym zobaczyłam wyraźnie to, czego wcześniej nie chciałam dostrzec. Nie byłam ciężarem. Byłam wygodnym rozwiązaniem. Dziś wiem, że troska nie polega na odbieraniu komuś decyzji. A miłość bez szacunku zamienia się w interes. I już nigdy nie pozwolę, by ktoś zarządzał moim życiem pod pretekstem dobra.

Halina, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama