Reklama

Cisza po śmierci męża była jak długi, zimny korytarz, z którego nie umiałam znaleźć wyjścia. Dlatego zdecydowałam się na sanatorium, choć wstydziłam się tej potrzeby ucieczki. Wśród obcych twarzy, zabiegów odmierzających dzień i śniegu skrzypiącego pod butami czułam się niewidzialna. Bal karnawałowy miał być tylko przerwą w tej rutynie, niczym więcej. A jednak bałam się, że obudzi we mnie nadzieję, na którą nie miałam już odwagi.

Mogłabym tak tańczyć bez końca

Sala balowa pachniała pastą do parkietu i słodkimi perfumami. Lampki zawieszone pod sufitem dawały miękkie światło, w którym twarze wydawały się łagodniejsze. Usiadłam pod ścianą, poprawiając rękawy sukienki. Granatowej, zbyt eleganckiej jak na sanatorium – tak przynajmniej myślałam.

Muzyka ruszyła powoli, melodia z dawnych lat, taka, przy której tańczyło się blisko, ale z umiarem. Patrzyłam na parkiet jak na coś, co już mnie nie dotyczy. Wtedy go zobaczyłam. Stał przy filarze, wyprostowany, w jasnej marynarce. Nie rozglądał się nerwowo jak inni, tylko obserwował salę z uwagą, jakby czekał na właściwy moment. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, skinął głową. Ten gest był zaskakująco naturalny.

Podszedł bez pośpiechu.

– Niech pani nie zmarznie. Tu zawsze przeciąg – rzucił z troską. – Czy mogę prosić?

Zawahałam się. Serce uderzyło mi szybciej, co wydało mi się śmieszne i nie na miejscu.

Dawno nie tańczyłam – odpowiedziałam, bardziej dla siebie niż dla niego.

– Tym lepiej. Dawne kroki najlepiej wracają – uśmiechnął się.

Podałam mu dłoń. Była ciepła i pewna. Poprowadził mnie tak, jakbyśmy znali się od lat. Nie ściskał, nie poprawiał, tylko delikatnie wskazywał kierunek. Parkiet przestał być obcy.

– Wiktor – przedstawił się w przerwie między taktami. – Ta melodia… pamięta pani potańcówki w domach kultury?

– Pamiętam orkiestrę w parku – odparłam. – I białe buty, które zawsze obcierały.

Zaśmiał się krótko, cicho.

– A jednak wszyscy tańczyli.

Czułam, jak prostują mi się plecy. Jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar ostatnich miesięcy. Ludzie wokół zniknęli, została tylko muzyka i jego głos, spokojny, uważny. Gdy utwór się skończył, nie puścił mojej dłoni od razu.

Może jeszcze jeden? – zapytał.

Kiwnęłam głową, zanim zdążyłam pomyśleć. I w tej chwili uwierzyłam, że coś się właśnie zaczyna.

Jego powściągliwość powinna mnie zaniepokoić

Po balu wszystko potoczyło się szybciej, niż bym przypuszczała. Następnego ranka spotkaliśmy się przy dzbanku z herbatą, zupełnie jakby to było umówione. Wiktor trzymał filiżankę w obu dłoniach i opowiadał o melodii, która nie dawała mu spokoju od nocy.

– To był stary foxtrot – mówił. – Takich już prawie się nie gra.

– A jednak ktoś go pamiętał – odpowiedziałam, czując dziwne ciepło w piersi.

Zaczęliśmy spacerować po alejkach wokół sanatorium. Śnieg topniał powoli, odsłaniając ławki i fragmenty trawnika. Rozmowy płynęły lekko. O książkach, które czytało się po kryjomu. O pierwszych wyjazdach bez rodziców. O muzyce, która potrafiła zatrzymać czas.

– A pani mąż? – zapytał kiedyś, nagle ciszej.

Zawahałam się, ale odpowiedziałam. Krótko. Nie dopytywał. Skinął tylko głową, jakby rozumiał więcej, niż powiedziałam.

Irena patrzyła na mnie uważnie, gdy wracałam ze spacerów z rumieńcami na twarzy.

– Dobrze cię widzieć taką… lżejszą – rzuciła jednego wieczoru.

– To tylko rozmowy – broniłam się, choć sama nie byłam już tego pewna.

Wiktor nie mówił wiele o sobie. Wspominał miasta, ale bez szczegółów. Zawsze był elegancki, punktualny, jakby każdy dzień miał swój plan. Gdy pytałam, jak długo tu zostaje, uśmiechał się wymijająco.

– Tyle, ile trzeba – odpowiadał.

Ten brak konkretów powinien mnie zaniepokoić. Zamiast tego czułam wdzięczność. Za uwagę. Za spojrzenie, które zatrzymywało się na mnie dłużej, niż wymagała uprzejmość. Za poczucie, że ktoś mnie widzi, nie jak wdowę, nie jak seniorkę, tylko jak kobietę. Wieczorami, leżąc w łóżku, wstydziłam się własnych myśli. A jednak zasypiałam z uśmiechem, jakby te kilka dni naprawdę należały do mnie.

Za dużo sobie obiecywałam

Pierwszy niepokój przyszedł nie od Wiktora, lecz od innych. Jakby cień pojawił się dopiero wtedy, gdy ktoś wskazał mi, gdzie patrzeć. Siedziałyśmy z Ireną w kawiarni, tej przy wejściu, gdzie zawsze było za głośno i za jasno. Mieszała herbatę dłużej niż zwykle.

– Ten twój znajomy… – zaczęła ostrożnie. – On tu jest pierwszy raz?

Podniosłam wzrok znad filiżanki.

– A dlaczego pytasz?

Wzruszyła ramionami.

– Tak tylko. Wydaje się bardzo… obyty.

To słowo zawisło między nami. Obyty. Uśmiechnęłam się sztucznie.

– Dużo czytał. Widać.

Irena już nic nie dodała, ale jej spojrzenie zostało ze mną na długo po rozmowie.

Kilka godzin później spotkałam Celinę na korytarzu. Zawsze głośna, zawsze w ruchu, tym razem zwolniła krok.

– Ty tańczysz z tym panem od walców? – zapytała, jakby mimochodem.

– Tak – odpowiedziałam, czując nagłe napięcie.

– Ma dryg do parkietu – uśmiechnęła się krzywo. – Takich się zapamiętuje.

Chciałam zapytać, co ma na myśli, ale już odchodziła, wołana przez kogoś z recepcji.

Wieczorem był kolejny wieczorek taneczny. Wiktor poprosił mnie jak zwykle. Tańczyliśmy, ale coś było inaczej. Jego uwaga na moment uciekła, spojrzał w stronę stolików. Zauważyłam kobietę w jasnym swetrze, która odwzajemniła to spojrzenie zbyt szybko.

– Znasz ją? – zapytałam, starając się, by głos brzmiał obojętnie.

– Skądże – odpowiedział natychmiast. – Tutaj twarze się mieszają.

Skinęłam głową, choć w środku coś się nie zgadzało. Muzyka grała, parkiet wirował, a ja pierwszy raz poczułam, że nie jestem prowadzona, tylko dopasowywana. Jakby ten taniec był jednym z wielu, zapamiętanym ruchem, a nie chwilą tylko dla mnie.

Wracając do pokoju, tłumaczyłam sobie wszystko zmęczeniem innych, zazdrością, własną nadwrażliwością. Przecież niczego mi nie obiecał. A jednak zasypiałam tej nocy niespokojnie, z myślą, że coś, co wydawało się wyjątkowe, zaczyna mieć rysy.

„W Krynicy też tak tańczył”

Prawda przyszła do mnie nie w dramatycznym geście, lecz w drobnych szczegółach, które zaczęły się układać w niepokojącą całość. Najpierw była rozmowa w szatni. Dwie kobiety stały obok mnie, poprawiały szaliki, nie zwracając uwagi na to, że słyszę każde słowo.

– …w Krynicy też tak tańczył – powiedziała jedna.

– Ten sam? – upewniła się druga.

– Elegancki, siwe włosy, zawsze te same melodie.

Zamarłam. Wyszłam szybciej, niż planowałam, z bijącym sercem i poczuciem, że podsłuchałam coś, czego nie chciałam wiedzieć.

Tego dnia spotkałam się z Bogdanem przy gabinecie zabiegowym. Zapytał, jak się czuję. Odpowiedziałam wymijająco, a potem, sama nie wiem czemu, zapytałam:

– Często trafiają tu ci sami kuracjusze?

Spojrzał na mnie uważnie.

– Owszem. Niektórzy traktują sanatoria jak stały punkt w kalendarzu.

To jedno zdanie wystarczyło. Przypomniałam sobie słowa Wiktora, jego ogólne odpowiedzi, brak konkretów. Te same opowieści, które słyszałam kilka razy, zawsze w tej samej formie. Jakby były gotowe.

Wieczorem zapytałam go wprost.

– Bywałeś tu wcześniej?

Nie zdziwił się.

– W różnych miejscach – odpowiedział spokojnie. – Lubię ruch.

– I ludzi? – dodałam.

Uśmiechnął się, ale nie odpowiedział. Wtedy wszystko runęło. Zobaczyłam te same gesty, którymi obdarzał inne kobiety. Ten sam sposób pochylania głowy, te same słowa, które brałam za wyjątkowe. Poczucie wstydu było gorsze niż gniew. Dałam się uwieść nie obietnicą, lecz uwagą.

Tamtej nocy długo siedziałam przy oknie. Śnieg znów padał, zasypując ślady. Zrozumiałam, że nie byłam pierwsza i nie będę ostatnia. A najbardziej bolało to, że tak bardzo chciałam wierzyć, iż tym razem jest inaczej.

Ostatni taniec bez muzyki

Zobaczyłam ich w holu późnym popołudniem. Stałam przy tablicy z ogłoszeniami, udając, że czytam plan zajęć, choć litery rozmazywały mi się przed oczami. Wiktor siedział w fotelu, lekko pochylony w stronę kobiety, której wcześniej nie znałam. Miała na sobie jasny płaszcz i śmiała się cicho, zakrywając usta dłonią. Ten śmiech był mi już znajomy.

– Tu zawsze jest przeciąg – powiedział do niej dokładnie tym samym tonem, jakiego użył kiedyś wobec mnie.

Poczułam, jak coś we mnie zastyga. Nie było w tym sceny, nie było złości, którą można by okazać. Tylko ciężar w klatce piersiowej i myśl, że właśnie obserwuję powtórzenie, w którym nie mam już roli. Przeszli obok mnie, nie zauważając mnie albo udając, że nie zauważają. Skinęłam głową odruchowo, on odpowiedział tym samym, uprzejmie, jak obcemu. Ten gest zabolał bardziej niż wszystko wcześniej.

Wieczorem odbył się ostatni wieczorek taneczny mojego turnusu. Muzyka grała, parkiet znów był pełen, ale ja zostałam przy stoliku. Irena usiadła obok, nic nie mówiąc. Czasem milczenie bywa największą troską. Wiktor tańczył. Prowadził inną kobietę pewnie, elegancko, jak zawsze. Patrzyłam na jego kroki i widziałam już nie czar, lecz wyuczone sztuczki. Zrozumiałam, że to nie ja byłam wyjątkowa. Wyjątkowy był tylko moment, który sobie dopisałam.

Gdy muzyka ucichła, wstałam i wyszłam, zanim ktoś zdążył mnie zatrzymać. Na korytarzu było cicho. Szłam powoli, prosto, z podniesioną głową. To był mój ostatni taniec z nim — bez muzyki, bez widowni, za to z decyzją, że nie oddam resztek godności za kolejną iluzję.

Pragnąć bliskości to żaden wstyd

Bal skończył się oficjalnie następnego dnia, gdy zaczęli wyjeżdżać pierwsi kuracjusze. Walizki sunęły po korytarzach, ktoś żegnał się zbyt głośno, ktoś inny odwracał wzrok. Wiktora widziałam jeszcze raz, z daleka. Stał przy recepcji, elegancki jak zawsze, gotowy do drogi. Nie podszedł do mnie. I ja też nie zrobiłam kroku w jego stronę.

Zostałam sama ze swoimi myślami. Z pytaniem, czy bardziej boli to, że dałam się oszukać, czy to, jak bardzo potrzebowałam tej iluzji. Przez kilka dni unikałam parkietu, ale nie ludzi. Rozmawiałam z Ireną dłużej niż wcześniej, słuchałam historii innych kobiet. Każda z nich niosła w sobie jakąś ciszę.

Zrozumiałam, że nie wstydem jest chcieć bliskości. Wstydem byłoby pozwolić, by jedno rozczarowanie odebrało mi resztę odwagi. Nie odzyskałam tamtej lekkości z pierwszego tańca, ale wróciłam do codzienności uważniejsza, mocniej stojąca na ziemi. Wyjeżdżałam z sanatorium bez obietnic i bez złudzeń. Za to z prawdą o sobie, która bolała, ale była moja. I z przekonaniem, że nawet jeśli druga młodość była tylko chwilą, to ta chwila przypomniała mi, że wciąż potrafię czuć.

Halina, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama