Reklama

Wyobrażałam sobie parującą herbatę z goździkami, widok na ośnieżone szczyty Tatr i ten błogi, niemal luksusowy spokój, na który czekałam cały rok. Mój syn roztaczał przed moimi oczami wizję ferii idealnych, gdzie babcia jest gościem honorowym, a nie darmową siłą roboczą. Rzeczywistość uderzyła we mnie szybciej niż mróz po wyjściu z pociągu w Zakopanem. Zamiast relaksu dostałam stosy brudnych pieluch, zamiast górskich spacerów – wielogodzinne stanie przy garach. To miała być rodzinna sielanka, a stała się szkołą przetrwania, z której musiałam uciec, by ocalić resztki szacunku do samej siebie.

Wzruszyłam się

Wszystko zaczęło się od telefonu. Za oknem leniwie prószył śnieg, przykrywając szarość miejskich chodników, a ja właśnie kończyłam czytać książkę, którą odkładałam na później przez ostatnie pół roku. W domu pachniało kawą. Kiedy zobaczyłam na wyświetlaczu imię syna, uśmiechnęłam się, choć głos Tomasza w słuchawce brzmiał nienaturalnie entuzjastycznie. Powinnam to potraktować jako sygnał ostrzegawczy. Mój syn rzadko dzwonił z taką energią, chyba że czegoś konkretnie potrzebował. Tym razem jednak brzmiał jak akwizytor sprzedający marzenia, których nie sposób odrzucić.

– Mamo, słuchaj, mamy genialny plan – zaczął bez zbędnych wstępów, a ja słyszałam w tle radosne piski wnuków. – Wynajęliśmy duży dom w górach na ferie. Jest kominek, wielki taras, widok na Tatry. Pomyśleliśmy z Anetą, że musisz z nami jechać. Absolutnie musisz!

– Synku, ja już mam swoje lata, wolę posiedzieć w cieple, nie dla mnie narty i te tłumy – próbowałam oponować, choć serce drgnęło na myśl o krystalicznym, górskim powietrzu i skrzypiącym śniegu pod butami.

– Ale mamo! – przerwał mi natychmiast, nie dając dojść do słowa. – To będzie dla ciebie czysty relaks. Zarezerwowaliśmy ci pokój z łazienką, taki apartament. Będziesz sobie spacerować, czytać, a wieczorami posiedzimy wszyscy razem przy kominku. Dzieciaki tęsknią za babcią. Lenka ciągle pyta, kiedy przyjedzie babcia Halinka.

Wspomnienie wnuczki, mojej małej, jasnowłosej Lenki i starszego, rezolutnego Kacpra, ostatecznie przełamało moje opory. Tomasz obiecywał złote góry: wspólne wyjścia do regionalnych restauracji, wizytę w termach, a nawet to, że Aneta – moja synowa, z którą relacje bywały różne – zapisała mnie na masaż. Czułam się doceniona, potrzebna. Przez lata po śmierci mojego męża przyzwyczaiłam się do bycia nieco na uboczu. Janusz zawsze powtarzał, że musimy dbać o siebie, bo dzieci wyfruną z gniazda i zapomną. Mylił się, pomyślałam wtedy z czułością, ocierając ukradkiem łzę wzruszenia. Pamiętają. Chcą mnie tam.

Spakowałam walizkę z największą starannością, jakbym szykowała się na bal. Zabrałam eleganckie swetry, których nie miałam okazji nosić w domu, nową książkę, którą planowałam czytać przy kominku, i oczywiście prezenty dla wnuków. W pociągu jadącym na południe czułam się jak dama. Nie wiedziałam jeszcze, że jadę do obozu pracy o zaostrzonym rygorze.

Nie tego się spodziewałam

Kiedy dotarłam na miejsce, dom rzeczywiście robił wrażenie. Drewniana, góralska willa stała na zboczu, oferując zapierający dech w piersiach widok na Giewont. Jednak czar prysł w ułamku sekundy po przekroczeniu progu. Nie powitał mnie zapach pieczonego ciasta czy aromatycznego drewna w kominku, ale duszna, ciężka woń gotowanych parówek, wilgoci i wszechobecny chaos. W przedpokoju potknęłam się o porzucone klocki lego, a z salonu dobiegał wrzask kłócących się dzieci. Tomasz wybiegł mi na spotkanie, ale zamiast pomóc matce z ciężką walizką, wcisnął mi w ramiona roczną, płaczącą Lenkę.

– O, jesteś wreszcie! – sapnął, ocierając pot z czoła, jakby właśnie przebiegł maraton. – Weź ją na chwilę, błagam. Aneta próbuje dokończyć projekt do pracy, a ja muszę rozpakować narty. Mała marudzi od rana, chyba zęby jej idą.

Zanim zdążyłam zdjąć płaszcz, szalik i buty, zostałam sama w korytarzu z wierzgającym dzieckiem na ręku i walizką blokującą drzwi wejściowe. Po chwili z głębi domu wyłoniła się Aneta. Wyglądała na zmęczoną, ale jej uśmiech był dziwnie napięty, niemal sztuczny.

– Mamo, cudownie, że jesteś! – rzuciła w biegu, niosąc otwartego laptopa. – Zrobisz nam coś do jedzenia? Lodówka jest pełna, ale nie mieliśmy czasu nic ugotować. Jesteśmy wykończeni, ta podróż nas dobiła.

Tak minął pierwszy wieczór moich wymarzonych ferii. Zamiast siedzieć przy kominku, stałam przy płycie indukcyjnej, smażąc stertę naleśników dla czteroosobowej rodziny. Dzieci biegały wokół mnie, domagając się uwagi, a Tomek i Aneta zniknęli w pokojach. Kiedy w końcu usiedliśmy do stołu, było już po dwudziestej. Byłam tak zmęczona podróżą i nagłym przejęciem obowiązków domowych, że ledwo widziałam na oczy.

– Pyszne, mamo – mruknął syn z pełnymi ustami, przeglądając coś w telefonie. – Jutro rano chcemy wyjść na stok skoro świt, żeby uniknąć kolejek przy wyciągach. Dasz radę ogarnąć dzieciaki do dziesiątej? Potem wrócimy i cię zmienimy, obiecuję.

Pokiwałam głową, nie mając siły na dyskusję. Pomyślałam, że to tylko jeden dzień. Że chcą skorzystać z nart, skoro już tu są, a ja przecież lubię wnuki. Nie przypuszczałam, że ten schemat stanie się naszą codziennością, a moje potrzeby zostaną zepchnięte na margines.

Miałam zbyt miękkie serce

O siódmej rano obudził mnie Kacper, skacząc po moim łóżku jak na trampolinie.

– Babciu, rodzice już wyszli! – krzyknął mi prosto do ucha. – Jestem głodny!

Z trudem otworzyłam oczy. Spojrzałam na zegarek, a potem na kartkę zostawioną na szafce nocnej. Pismo Anety było pośpieszne:

„Mamuś, wrócimy około południa. Śniadanie dla dzieci w lodówce. Lenka ma syrop na kaszel na blacie. Dzięki!”.

Żadnego „dzień dobry”, żadnego pytania, czy się wyspałam w nowym miejscu. Poczułam bolesne ukłucie w sercu, ale zrzuciłam to na karb ich młodzieńczego roztargnienia i chęci wykorzystania urlopu. Dzień ciągnął się niemiłosiernie. Lenka rzeczywiście ząbkowała i była potwornie marudna, płakała przy każdej próbie odłożenia jej do łóżeczka. Kacper nudził się, bo w domku nie było dobrego zasięgu internetu, a na zewnątrz wiał zbyt silny wiatr, bym mogła zaryzykować długi spacer z dwójką małych dzieci. Kiedy o trzynastej – godzinę później niż obiecali – w drzwiach stanął Tomek z Anetą, byli zarumienieni, roześmiani i pachnieli grzanym winem oraz mrozem. Wyglądali na wypoczętych.

– Ale było super! – Aneta rzuciła kask w kąt, promieniejąc energią, której ja nie miałam już za grosz. – Warunki idealne, śnieg jak puch. A jak tam u was? Mamo, poradziłaś sobie?

– Dzieci były trochę niespokojne – zaczęłam ostrożnie, masując obolały krzyż. – I jestem trochę zmęczona. Myślałam, że może po południu pójdę na ten obiecany spacer, chociaż do centrum.

– Ojej – skrzywił się Tomasz, wymieniając szybkie spojrzenie z żoną. – Wiesz, co, mieliśmy taki plan, żeby po południu skoczyć jeszcze do znajomych, są w pensjonacie obok. Mieliśmy się z nimi spotkać od lat, to głupio tak odmówić. Wytrzymasz jeszcze ze dwie godzinki? Wieczorem zrobimy ci tę kąpiel w pianie, obiecuję. Słowo honoru.

Zgodziłam się. Znowu. Czułam się jak w pułapce własnej dobroci i wychowania, które nakazywało stawiać rodzinę na pierwszym miejscu. Nie chciałam robić awantury przy wnukach, nie chciałam psuć im wyjazdu. Jednak w środku coś zaczynało we mnie pękać. Przypomniały mi się słowa męża, który zawsze mówił, że mam zbyt miękkie serce. Kolejnego dnia było to samo. Oni znikali pod pretekstem nart, zakupów, ważnych spotkań czy nawet „szybkiej pracy zdalnej w kawiarni”, a ja zostawałam z dziećmi, stertą prania i gotowaniem obiadów z produktów, które łaskawie przywozili. Mój kręgosłup odmawiał posłuszeństwa od noszenia Lenki, a dłonie miałam spierzchnięte od ciągłego zmywania w twardej wodzie. O obiecanym masażu czy wyjściu do restauracji nikt już nawet nie wspominał. Byłam darmową nianią z funkcją kucharki, zamkniętą w złotej klatce z widokiem na góry, których nie mogłam dotknąć.

Wylałam swoje żale

Czwartego dnia wydarzyło się coś, co zmieniło moje postrzeganie sytuacji. Udało mi się wyrwać na godzinę, dosłownie wymuszając to na synu. Tomek został z dziećmi, choć robił to z miną męczennika, a ja poszłam do pobliskiego sklepu po pieczywo. Postanowiłam jednak nie wracać od razu. Usiadłam na chwilę w małej, przytulnej cukierni po drodze. Zamówiłam czarną kawę i szarlotkę na ciepło. Przy stoliku obok siedziała kobieta w moim wieku. Miała na sobie profesjonalny, kolorowy strój narciarski, a jej twarz, mimo siateczki zmarszczek, promieniała witalnością i radością życia. Uśmiechnęła się do mnie znad filiżanki parującej herbaty.

Piękny dzień, prawda? – zagadnęła swobodnie. – Warunki na górze są dzisiaj wyśmienite. Słońce, zero wiatru. Jeździ pani?

– Ja? – zaśmiałam się gorzko, a ten śmiech zabrzmiał obco w moich uszach. – Ja jeżdżę tylko na szmacie po podłodze w wynajętym domku. Przyjechałam z synem i wnukami, rzekomo odpocząć.

Kobieta spojrzała na mnie z zainteresowaniem. Jej oczy były bystre, pełne zrozumienia.

– Rozumiem. Dyżurna babcia? – zapytała wprost, trafiając w sedno.

– Można tak powiedzieć – westchnęłam ciężko.

I nagle, zupełnie niespodziewanie, wylałam przed tą obcą kobietą wszystkie swoje żale. Opowiedziałam o niespełnionych obietnicach, o gotowaniu dla całej gromady, o tym, że nie widziałam gór z innej perspektywy niż przez zaparowane okno kuchni. Mówiłam o zmęczeniu, które wchodziło mi w kości. Kobieta słuchała uważnie, nie przerywając, jedynie kiwając głową. Kiedy skończyłam, odstawiła filiżankę z brzękiem na spodek.

– Moja droga – powiedziała stanowczo, patrząc mi prosto w oczy. – Mam trzech synów i siedmioro wnuków. Kocham ich nad życie, oddałabym za nich nerkę. Jednak na ferie jeżdżę sama albo z przyjaciółkami. Wiesz dlaczego? Bo kiedyś zrobiłam dokładnie to samo co ty. Pojechałam pomagać, być dobrą babcią. Wróciłam bardziej zmęczona niż przed wyjazdem. Szacunek to coś, co musisz sobie wziąć sama, bo nikt ci go nie da w prezencie. Nawet własne dzieci. Zwłaszcza one, bo przyzwyczaiły się, że mama zawsze jest i zawsze pomoże.

Jej słowa dźwięczały mi w uszach przez całą drogę powrotną, głośniej niż skrzypienie śniegu pod butami. Kobieta miała rację. Stałam się dla nich niewidzialna. Byłam sprzętem AGD z funkcją przytulania. Wchodząc do domu, usłyszałam beztroski śmiech Anety i Tomka dobiegający z salonu. Dzieci oglądały bajkę, a oni siedzieli na kanapie z telefonami.

O, babcia wróciła! – zawołał Kacper, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Super – powiedział Tomasz, nawet nie podnosząc głowy. – Mamo, zrobisz herbaty? I weź Lenkę, bo coś jej pielucha chyba przeciekła, czuć na kilometr.

W tym momencie coś we mnie ostatecznie umarło, a na zgliszczach mojej naiwności narodziło się coś nowego. Chłodna, twarda jak skała determinacja.

Miałam tego dość

Punkt kulminacyjny nastąpił w piątek wieczorem, dzień przed naszym wyjazdem. Synowa od rana chodziła podenerwowana, szepcząc coś do Tomka. W końcu, przy obiedzie ogłosili nowinę.

– Mamo, słuchaj, sprawa jest – zaczął syn, unikając mojego wzroku i grzebiąc widelcem w ziemniakach. – Dostaliśmy zaproszenie na ekskluzywną kolację od znajomego, który ma tu hotel. To wielka szansa biznesowa dla mnie, wiesz, jak jest teraz na rynku. Nie możemy odmówić.

– To świetnie – powiedziałam spokojnie, krojąc kotleta. Serce biło mi szybciej, bo czułam, co nadchodzi. – O której wracacie?

– No... to może potrwać – wtrąciła szybko Aneta. – To jest kolacja połączona z imprezą taneczną, taki bankiet. Pewnie wrócimy późno w nocy, może nad ranem. Dzieci i tak idą spać o dwudziestej, więc po prostu sobie posiedzisz, obejrzysz serial, wypoczniesz.

Spojrzałam na nich. Widziałam, jak bardzo są pewni swego. Byli przekonani, że się zgodzę. Że jak zawsze westchnę, powiem „dobrze, dzieci, bawcie się” i wezmę ten ciężar na siebie. Przypomniałam sobie kobietę z kawiarni, wolną i szczęśliwą. Przypomniałam sobie obietnicę term i masażu, których nigdy nie zobaczyłam.

– Nie – powiedziałam cicho, ale wyraźnie.

Zapadła absolutna cisza. Słychać było tylko brzęk widelca Kacpra uderzającego o talerz.

– Co „nie”? – zapytał syn, mrużąc oczy, jakby nie zrozumiał słowa w ojczystym języku.

– Nie zostanę z dziećmi – powtórzyłam głośniej, patrząc mu prosto w oczy. – Jestem zmęczona. Bolą mnie plecy. Przyjechałam tu odpocząć, a od pięciu dni pracuję ciężej niż w domu. Obiecaliście mi spacery, a nie widziałam nawet centrum miasteczka. Miałam być gościem, a jestem służącą.

– Ale mamo, to jest dla nas ważne! – Aneta podniosła głos, a w jej tonie brzmiała nieproszona pretensja. – Nie możemy tego odwołać w ostatniej chwili! Przecież i tak nic nie robisz wieczorami! Siedzisz w domu!

To zdanie uderzyło mnie jak policzek. „I tak nic nie robisz”. Cały mój wysiłek, te nieprzespane noce, noszenie, gotowanie, sprzątanie ich bałaganu – to wszystko było dla nich „niczym”.

– Nic nie robię? – wstałam od stołu gwałtownie, aż krzesło zachrobotało o podłogę. Moje dłonie drżały z emocji. – Od świtu do nocy piorę wasze ubrania, gotuję wasze obiady i zajmuję się waszymi dziećmi, podczas gdy wy „pracujecie” na stoku i w kawiarniach. Mam tego dość. Wychodzę.

– Gdzie wychodzisz? – Tomasz był zszokowany, jego twarz wyrażała kompletne niedowierzanie.

– Do term. Tych, które mi obiecaliście pierwszego dnia. Taksówka będzie za dziesięć minut. A wy radźcie sobie sami. To wasze dzieci i wasz „biznes”.

Wyszłam do swojego pokoju, wzięłam przygotowaną wcześniej torebkę ze strojem kąpielowym, który leżał na dnie walizki i zeszłam na dół. Syn stał w korytarzu, blokując drzwi ciałem.

Mamo, nie wygłupiaj się. Nie możesz nas tak zostawić. To nieodpowiedzialne!

– Mogę – odparłam chłodno, czując przypływ niezwykłej siły. – I właśnie to robię. Jeśli chcecie iść na imprezę, zamówcie opiekunkę. Płacicie za ten dom krocie, stać was.

Wyminęłam go, nie zważając na jego protesty i wyszłam w mroźną noc. Powietrze było ostre, ale cudowne. Taksówka już czekała z włączonym silnikiem. Kiedy wsiadałam do samochodu, widziałam w oknie wykrzywioną złością twarz Anety. Była wściekła, ale ja czułam tylko ulgę, jakby ktoś zdjął mi z ramion stukilogramowy ciężar.

Nie było mi ich żal

Tamtego wieczoru w termach bawiłam się wyśmienicie. Nie, nie bawiłam się w sensie tańców i głośnych śmiechów. Siedziałam w gorącej, parującej wodzie termalnej na zewnątrz, z widokiem na rozgwieżdżone niebo i zarys gór. Piłam kolorowy koktajl owocowy i po raz pierwszy od tygodnia słyszałam własne myśli, a nie płacz dziecka czy żądania synowej. Wyłączyłam telefon. Wiedziałam, że będą dzwonić, prosić, grozić albo – co gorsza – manipulować poczuciem winy, grając na emocjach. Nie chciałam tego słuchać. Ten wieczór był dla mnie. Wróciłam do domu po dwudziestej drugiej, zrelaksowana i pachnąca balsamem, a nie smażonym olejem. W salonie panowała grobowa cisza. Na kanapie siedział Tomek. Był wpatrzony w wygaszony telewizor, wymięty i smutny. Anety nie było widać, drzwi do sypialni były zamknięte.

– Nie poszliśmy – powiedział sucho, nie patrząc na mnie. – Nie znaleźliśmy nikogo do dzieci na ostatnią chwilę. Wszyscy zajęci.

Przykro mi – odpowiedziałam, choć wcale tak nie czułam. – Ale to była wasza odpowiedzialność, nie moja. Ja swoją część umowy wypełniałam z nawiązką przez cały tydzień.

– Aneta jest wściekła – dodał, w końcu podnosząc wzrok. – Mówi, że zepsułaś nam wyjazd. Że jesteś egoistką.

– Ja zepsułam? – zaśmiałam się krótko, bez wesołości. – Synu, spójrz na to uczciwie, choć raz bądź mężczyzną. Zaprosiliście mnie tu jako darmową pomoc domową. Okłamaliście mnie wizją wspólnego czasu. Czy tak traktuje się matkę? Czy tak chciałbyś, żeby twoje dzieci traktowały Anetę na starość?

Tomek milczał przez długą chwilę. W świetle lampy widziałam, jak walczy ze sobą. W końcu spuścił wzrok i zobaczyłam w jego postawie coś na kształt wstydu. Może po raz pierwszy dotarło do niego, co zrobili. A może po prostu był zły, że plan idealnej eksploatacji babci nie wypalił do końca. Nie miało to już dla mnie znaczenia. Następnego ranka spakowałam się, zanim ktokolwiek wstał. Nie chciałam słuchać wyrzutów ani patrzeć na nadąsane miny. Zostawiłam kartkę na stole kuchennym, obok nieumytych kubków po kawie:

„Wracam do domu. Kocham Was i wnuki, ale muszę pokochać też siebie. Następnym razem przyjadę, kiedy zaprosicie mnie na kawę i rozmowę, a nie do sprzątania i niańczenia”.

Zamówiłam taksówkę na dworzec. Pociąg powrotny był prawie pusty. Patrząc na przesuwające się za oknem ośnieżone krajobrazy, nie czułam żalu, który zazwyczaj towarzyszy rodzinnym kłótniom. Czułam głęboki spokój. Wiedziałam, że relacje z synem i synową będą teraz napięte. Pewnie przez jakiś czas będą się dąsać, może nawet ograniczą kontakty, karząc mnie ciszą. Wiedziałam też, że postawiłam granicę, której nie wolno im już nigdy przekroczyć. Mąż byłby ze mnie dumny. W końcu zrobiłam coś dla siebie, nie oglądając się na innych. Kiedy wysiadłam z pociągu, odetchnęłam głęboko. Miejskie powietrze nie było tak czyste, jak w górach, ale smakowało czymś o wiele lepszym – wolnością. Wyjęłam telefon i wybrałam numer do mojej przyjaciółki, Basi.

– Cześć, Baśka. Pamiętasz, jak mówiłaś o tym sanatorium nad morzem w marcu? Masz jeszcze to miejsce w pokoju? Tak, jadę. Definitywnie. Bez dzieci, bez wnuków, bez telefonów. Tylko my, zabiegi i morze.

To była najlepsza decyzja tych ferii. Zrozumiałam, że bycie babcią to wspaniały przywilej, a nie obowiązek służbowy wpisany w grafik młodych rodziców. I nikt nie ma prawa odbierać mi radości z życia, nawet ci, których kocham najbardziej na świecie.

Danuta, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama