Reklama

Nie planowałam niczego wielkiego. Ferie w górach miały być tylko chwilą oddechu od miasta, samotnym prezentem dla siebie po trudnym roku. Znajomi nie mogli jechać, więc pojechałam sama. Narty, herbata z prądem, cisza. Chciałam odpocząć, pomyśleć o życiu, może się wyspać. Nie spodziewałam się, że ten wyjazd tak mocno przewróci mój świat do góry nogami. A już na pewno nie sądziłam, że wrócę z niego w zupełnie innym stanie. Z brzuchem. I choć wcale tego nie planowałam, dziś wiem, że właśnie wtedy zaczęło się coś wielkiego. Coś, co zmieniło mnie na zawsze.

Coś we mnie drgnęło

Ośrodek nazywał się „Dolina Ciszy” i dokładnie taki był – cichy, trochę odosobniony, z dala od zgiełku i komercji. Śnieg skrzypiał pod butami, a powietrze szczypało w policzki jakby przypominało, że tu nikt niczego nie udaje. Już pierwszego dnia poczułam, że to miejsce mnie przytula. Przez pierwsze godziny tylko chodziłam – po okolicy, po lesie, bez celu. Chciałam odpocząć od ludzi, od wszystkiego, co ostatnio mnie rozczarowało. Po południu poszłam na stok. Nie jeździłam od liceum, ale ciało jakimś cudem pamiętało. Po kilku niezdarnych zjazdach nagle zderzyłam się z nim – dosłownie. Upadłam jak długa, a on pomógł mi się podnieść.

– Wszystko gra? – zapytał, przytrzymując mnie za ramię. Miał czapkę w kolorze butelkowej zieleni i ciepłe spojrzenie.

– Chyba tak... – odpowiedziałam, próbując się nie uśmiechać zbyt szeroko. – To moja wina, zjechałam jak dzik w malinach.

Roześmiał się cicho.

– Może i dzik, ale całkiem zgrabny. Ja jestem Wojtek.

Podał mi rękę. Podałam mu swoją. I coś we mnie drgnęło.

Nie potrafiłam przestać

Od tamtego momentu zaczęliśmy się spotykać codziennie. Najpierw przypadkiem – w jadalni, przy stoku, w wypożyczalni. Potem już celowo. Czasem podchodził, rzucał jakiś komentarz o mojej jeździe albo częstował gorącą czekoladą. Ja śmiałam się trochę za głośno, trochę zbyt długo patrzyłam na jego usta, a potem wyrzucałam to sobie w pokoju, jak jakaś nastolatka na zimowisku. Wojtek był starszy ode mnie może o pięć lat, miał coś w sobie – spokój, pewność siebie, ale bez arogancji. Jego spojrzenie było takie, że czułam się, jakby naprawdę mnie widział. Nie moje ciało, nie uśmiech, ale to, co w środku. I właśnie to było najbardziej niebezpieczne.

– Masz kogoś? – zapytał, gdy spacerowaliśmy wieczorem po skrzypiącym śniegu.

– Nie. – Zawahałam się. – Znaczy, miałam, ale... Nie wyszło.

Skinął głową. Nie dopytywał. Ujął moją dłoń, jakby to było oczywiste. Jakbyśmy znali się dłużej niż kilka dni. I ja też nie protestowałam. Może dlatego, że od dawna nikt mnie tak nie trzymał. To było głupie. Naiwne. Ale nie potrafiłam przestać. W jego obecności czułam się po prostu... chciana.

Zbyt dużo, jak na tydzień

Byliśmy nierozłączni. Śniadania, zjazdy na stoku, kolacje. Nawet się nie zorientowałam, kiedy zaczęliśmy jeść przy jednym stoliku, wracać razem z nart, wieczorami przesiadywać na jego balkonie z herbatą i kocem, pod którym nasze kolana zaczęły się stykać trochę za często. Śmialiśmy się, wygłupiali, ale między słowami unosiło się coś gęstszego. Pragnienie? Tęsknota? Sama nie wiedziałam. Pocałował mnie czwartego dnia. Stałam przy barierce na tarasie, zmarznięta i zmęczona. Po prostu podszedł, objął mnie od tyłu i pocałował w szyję. Odwróciłam się i nasze usta się spotkały. Tak delikatnie, jakby to miało się nie wydarzyć. A jednak się wydarzyło.

– Nie pytaj, czy to ma sens – wyszeptał. – Po prostu bądź ze mną teraz.

Nie miałam siły być mądrzejsza. Pokochałam ten wyjazd. Tego mężczyznę. Tę iluzję, że można coś poczuć głęboko i szybko, i że to nie musi być złe. Zostaliśmy u niego na noc, pierwszy raz. Leżał na boku, patrzył mi w oczy, dotykał mojej twarzy.

– Jesteś piękna – powiedział.

Zamiast odpowiedzieć, przyciągnęłam go do siebie. To był szalony tydzień. Za intensywny. Za szybki. Za piękny.

Pożegnanie bez pożegnania

W dzień wyjazdu spakowałam się szybko, mechanicznie. Plecak, termos, czapka – wszystko wracało na swoje miejsce. Tylko ja już nie byłam na swoim. Niby wciąż ta sama ja, ale jednak trochę inna. Trochę bardziej naga, jakby ten tydzień zdjął ze mnie warstwy, które zbierałam przez lata. Wojtek miał wracać dzień później. Mówił, że jeszcze chce pojeździć, nacieszyć się ciszą. Stałam z walizką przy recepcji, a on przyszedł w ostatniej chwili, jakby wiedział, że nie może mnie nie pożegnać.

– Szkoda, że już – rzucił, próbując się uśmiechnąć.

– Wiem.

Patrzyliśmy na siebie długo. Chciałam go zapytać: „Co teraz?”, „Zadzwonisz?”, „To było coś, czy tylko ferie?”. Ale nic nie powiedziałam. On też nie. Zamiast słów – szybki pocałunek w czoło. I uścisk, który trwał za krótko. W drodze powrotnej do domu płakałam. Cicho, bez histerii. Nie wiedziałam, za czym bardziej – za nim, za sobą z tamtego tygodnia, czy za tym, że coś tak kruchego potrafi tak mocno zostawić ślad. Telefon milczał. Nie napisał. Nie zadzwonił. Może to było właśnie to. Ferie. Przygoda. Nic więcej. Tak myślałam wtedy.

Dwie kreski i tysiąc pytań

Spóźniał mi się okres. Trzy dni, potem tydzień. Stres, mówiłam sobie. Hormony po górach. Zmiana klimatu. Klasyka. Ale coś we mnie szeptało: sprawdź. Nie czekałam dłużej. Kupiłam test. Zwykły, najtańszy. Wróciłam do domu, wypiłam szklankę wody, usiadłam na krawędzi wanny. I patrzyłam. Dwie kreski. Bez wahania, bez cienia wątpliwości. Ciąża.

Najpierw ścisnęło mnie w żołądku. Potem w sercu. Złapałam się za brzuch, jakby już teraz chciał mi uciec, jakby miał się rozpaść. Zadzwoniłam do przyjaciółki. Płakałam, mówiłam, że to niemożliwe. Że to tylko tydzień, kilka nocy, że nie tak miało być. A ona tylko słuchała i oddychała razem ze mną. Nie odezwał się. Wojtek – zniknął z mojego życia jak śnieg z dachów, gdy przychodzi wiosna. Myślałam, żeby do niego napisać. Napisałam nawet wiadomość, kilka razy. I kasowałam. To nie był czas na szukanie winnych. To był czas decyzji. I podjęłam ją.

– Będziesz chciał, to będziesz. Nie – dam sobie radę – powiedziałam do siebie w lustrze.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że już zaczęłam kochać. Że ten strach wcale nie przeszkadza mi być szczęśliwą.

Nowy początek w pojedynkę

Minęły trzy miesiące. Brzuch powoli się zaokrągla, choć jeszcze da się ukryć pod swetrem. Przestałam go ukrywać. Przestałam udawać, że nic się nie zmieniło. Codziennie rano kładę dłoń na skórze, jakby chciała dotknąć ciebie – mojego dziecka – przez czas, przez ciało, przez lęk. I codziennie mówię, że jestem tutaj. Dla ciebie. Nie napisałam do niego. Nie chcę, żeby chciał mnie z litości. Chcę, żeby kiedyś, jeśli się pojawi, było to jego „chcę”, nie „muszę”. I wiem, że mogę to unieść sama. Mam wsparcie. Mam przyjaciółkę, mam mamę, mam pracę i pokój, który już zaczyna pachnieć czymś nowym.

Czasem wracam myślami do tamtych ferii. Do jego rąk, do śmiechu, do pocałunku na stoku. Czasem nienawidzę tej naiwnej mnie, która dała się uwieść. A czasem ją przytulam. Bo przecież dzięki niej jesteś ty. Nie planowałam cię. A jednak jesteś największym planem mojego życia. Zaczynamy od zera. Bez niego. Bez pewności. Ale z nadzieją. I z tobą pod sercem. A może kiedyś opowiem ci, jak to się wszystko zaczęło. Zima, góry i trochę za dużo szalonej jazdy w moim życiu.

Izabela, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama