Reklama

Siedząc na tylnym siedzeniu w drodze powrotnej, patrzyłam na mijane drzewa pokryte szronem i czułam w gardle gulę, której nie potrafiłam przełknąć. Jechałam tam z sercem na dłoni, z planem ułożonym w najdrobniejszych szczegółach i naiwną wiarą, że po pięciu latach małżeństwa zasłużę wreszcie na miano rodziny. Zamiast tego, przez tydzień odbijałam się od ściany uprzejmej obojętności. To miał być czas pojednania, a stał się ostatecznym dowodem na to, że w ich domu zawsze będę tylko dziewczyną, która ukradła im syna.

Żołądek ścisnął się ze stresu

Pakowanie walizek przypominało przygotowania do wyprawy na biegun, choć jechaliśmy tylko w Bieszczady, do rodzinnego domu mojego męża. Każdy sweter składany w równą kostkę, każda para grubych skarpet, miała być moją zbroją. Paweł biegał po mieszkaniu z entuzjazmem małego chłopca wracającego do krainy dzieciństwa.

– Zobaczysz, w tym roku będzie inaczej – przekonywał, upychając do torby prezenty. – Mama dzwoniła dwa razy, pytała, co lubisz jeść na śniadanie. Starają się. Naprawdę się starają.

Chciałam mu wierzyć. Nasze małżeństwo było udane, pełne szacunku i czułości, ale cieniem kładły się na nim moje relacje z Jadwigą i Stefanem. Od dnia ślubu czułam się przy nich jak uczennica na egzaminie. Tym razem jednak miałam strategię: być idealną synową. Pomocną, uśmiechniętą, niewchodzącą w drogę. Droga minęła na wspominaniu początków naszego związku, a Paweł tryskał humorem. Gdy jednak zjechaliśmy na ośnieżony podjazd ich starego, drewnianego domu, mój żołądek ścisnął się ze stresu. Dom teściów był piękny, ale dla mnie zawsze emanował chłodem. W oknach nie było widać nikogo.

Pewnie czekają w kuchni – rzucił Paweł, gasząc silnik.

Wysiedliśmy w mroźne powietrze. Cisza była absolutna, przerywana tylko skrzypieniem śniegu. W sieni uderzył mnie zapach, który zawsze kojarzył mi się z tym miejscem: mieszanka pasty do podłóg, gotowanej kapusty i starego drewna.

Jesteście wreszcie – głos teściowej dobiegł z głębi korytarza.

Nie wyszła nas przywitać. Wycierała ręce w ścierkę, stojąc w progu kuchni.

– Myśleliśmy, że zgubiliście drogę.

Podeszłam, uśmiechając się najszerzej, jak potrafiłam.

– Dzień dobry, mamo. Warunki na drodze były trudne, ale jechaliśmy ostrożnie.

Teściowa pozwoliła się przytulić, ale jej ciało pozostało sztywne. Odsunęła się szybko.

– Wyglądasz na zmęczoną – powiedziała z fałszywą troską, którą znałam tak dobrze. – I schudłaś znowu. W mieście chyba nie macie czasu na porządne jedzenie.

– Czuję się świetnie – zapewniłam, choć w środku zaczynałam się kulić. – Po prostu dużo pracowaliśmy ostatnio.

– Praca, praca... – westchnęła, odwracając się do syna. – Pawełku, chodź, tata czeka w kotłowni, coś się z piecem dzieje, tylko ty to umiesz ustawić.

Zostałam sama w przedpokoju.

Czułam się bezużyteczna

Pierwsze dwa dni upłynęły pod znakiem desperackich prób bycia użyteczną. Wiedząc, że teściowa jest królową swojej kuchni, starałam się robić tylko to, o co prosiła.

Może obiorę ziemniaki na obiad? – zapytałam drugiego dnia, widząc, jak teściowa wyciąga wielki worek warzyw.

– Zostaw, pobrudzisz sobie ręce – mruknęła, nie patrząc na mnie. – Ty masz takie delikatne dłonie, nieprzyzwyczajone do roboty.

Zabolało, ale nie dałam po sobie poznać.

– Naprawdę, chętnie pomogę. W domu też gotuję – zaśmiałam się lekko, biorąc obieraczkę.

Teściowa obserwowała mnie kątem oka. Po chwili, gdy wrzuciłam trzeciego ziemniaka do garnka, podeszła i wyjęła mi go z ręki.

– Za grubo obierasz – stwierdziła sucho. – Tyle dobra się marnuje. Widać, że nie musiałaś nigdy oszczędzać. Idź lepiej do pokoju, odpocznij sobie. Paweł zaraz wróci ze spaceru z ojcem.

Czułam się bezużyteczna. Siedziałam w salonie przed wyłączonym telewizorem, słuchając stukotu garów i czując się jak gość. Najgorsze były wieczory. Teść ograniczał komunikację do mruknięć i pytań skierowanych wyłącznie do Pawła. O polityce, samochodzie, naprawach. Moje próby włączenia się kończyły niezręczną ciszą.

– A co tam u ciebie w firmie? – zapytał niespodziewanie trzeciego wieczoru.

Ożywiłam się. To była moja szansa.

– Właśnie kończymy duży projekt renowacji starej kamienicy w centrum. To fascynujące wyzwanie, bo musimy zachować historyczne detale, a jednocześnie wprowadzić nowoczesne instalacje...

Mówiłam z pasją o architekturze i konserwatorze zabytków. Wydawało mi się, że słuchają. Kiedy skończyłam, Stefan przeżuł kęs chleba i spojrzał na Pawła.

– A ten twój kolega, Marek, co to ma warsztat, to w końcu kupił tę nową maszynę?

Krew odpłynęła mi z twarzy. Moja opowieść, moje życie zawodowe – to wszystko zostało zignorowane. Paweł spojrzał na mnie przepraszająco. To jednak nie wystarczyło.

Byłam z siebie dumna

Czwartego dnia postanowiłam przygotować uroczystą kolację, by pokazać, że potrafię zadbać o rodzinę. Zaplanowałam pieczeń wołową w sosie winnym z ziołami i zapiekankę ziemniaczaną. Rano pojechaliśmy na zakupy po najlepsze mięso i świeże zioła. Chodziło o gest. Kiedy zaczęłam rozkładać produkty, teściowa stanęła w drzwiach z założonymi rękami.

Co to za wymysły? – zapytała, patrząc na rozmaryn.

– Chciałam dzisiaj zrobić obiad, mamo. Żebyś ty mogła odpocząć – uśmiechnęłam się. – To będzie pieczeń, Paweł ją uwielbia.

– Paweł uwielbia moje gołąbki, które mam zaplanowane na dzisiaj – odparła chłodno.

Gołąbki mogą być jutro, przecież się nie zepsują. Proszę, naprawdę chcę to zrobić.

W końcu ustąpiła, ale w sposób, który sprawił, że poczułam się winna.

– No dobrze, jak chcesz się bawić, to się baw. Ja w tym czasie pójdę do sąsiadki, przynajmniej nie będę przeszkadzać wielkiej pani z miasta.

Okazało się, że gotowanie było dla mnie stresujące. Nie mogłam znaleźć naczyń, piekarnik grzał inaczej niż w domu. Mimo to udało się. Zapach pieczonego mięsa i ziół wypełnił kuchnię. Byłam z siebie dumna. Nakryłam do stołu odświętną zastawą. Kiedy usiedliśmy, zapadła cisza. Paweł nałożył sobie dużą porcję.

– Wygląda niesamowicie, kochanie – powiedział głośno. – Musicie spróbować. Agata robi to mistrzowsko.

Teść powąchał mięso z rezerwą.

– Jakieś to... dziwne pachnie. Co to za zielska?

– To rozmaryn i tymianek, tato. Dodają aromatu – wyjaśniłam.

Stefan ukroił kawałek, żuł powoli, a my w napięciu czekaliśmy na werdykt.

– Twarde – stwierdził, odkładając widelec. – I kwaśne jakieś.

– To od wina w sosie – ratował sytuację Paweł. – Tak ma smakować.

– Wino to jest do picia, a nie do mięsa – mruknął Stefan i sięgnął po chleb. – Masz Jadzia trochę tego pasztetu z wczoraj? Bo tym to się nie najem.

Moje serce pękło. Spojrzałam na teściową. Miała na twarzy wyraz triumfu ukryty pod maską troski.

– Stefanku, nie marudź, dziewczyna się starała – powiedziała tonem chwalącym nieudolny rysunek dziecka. – Ale faktycznie, trochę to specyficzne. Dla nas chyba za nowoczesne. Nie obraź się, ale my jesteśmy prości ludzie, nam takie francuskie smaki nie podchodzą.

Wstałam od stołu, czując łzy pod powiekami.

– Przepraszam – szepnęłam.

Zamknęłam się w łazience, opierając czoło o chłodne kafelki. Słyszałam, jak teściowa krząta się po kuchni. Moja pieczeń stygła nietknięta. Czułam się upokorzona nie kwestią gustu, ale sposobem, w jaki to rozegrali. To była demonstracja. Pokazanie mi miejsca w szeregu.

Głos uwiązł mi w gardle

Następnego dnia atmosfera była gęsta. Paweł rano odbył z rodzicami burzliwą rozmowę, po której teść unikał mojego wzroku, a teściowa grała ofiarę. Wyszłam na spacer, żeby nie dusić się w tej atmosferze. Wracając, weszłam tylnym wejściem przez werandę, by zostawić zaśnieżone buty. Drzwi do kuchni były uchylone. Usłyszałam głos teściowej rozmawiającej przez telefon.

– ...no mówię ci, Basia, tragedia. Wymyśliła jakieś mięso w winie, śmierdziało na cały dom, jeść się tego nie dało. Wiesz, jaka ona jest. Wielka pani z miasta myśli, że nas tu kultury nauczy.

Zamarłam z mokrą czapką w dłoni. Nogi wrosły mi w ziemię.

– Nie, Paweł nic nie widzi. Zapatrzony w nią jak w obrazek. A ona? Ona do niego nie pasuje, Basia. Widziałaś ją? Chuda, blada, rączki jak patyki. Gdzie ona by tu pasowała, do nas? Pamiętasz Anię? O, to by była żona dla niego. Swojska, zaradna, wesoła. A ta? Cały czas tylko ta praca, te projekty, nosa zadziera.

Chciałam zaprotestować, ale głos uwiązł mi w gardle.

– Ja jej nie robię krzywdy, Boże uchowaj – ciągnęła Jadwiga. – Ja tylko widzę, że ona tu jest jak ciało obce. Przyjeżdża raz na rok, narobi zamieszania i wyjeżdża. I dobrze. Niech siedzi w tym swoim mieście. Byle mi syna nie buntowała przeciwko nam, a widzę, że już to robi. Dzisiaj rano Paweł na mnie nakrzyczał! Przez nią! Rozumiesz? Własny syn!

Wycofałam się cicho i usiadłam na ławce przed domem. Wszystko stało się jasne. To nie była kwestia źle obranego ziemniaka czy twardej pieczeni. Chodziło o to, kim byłam. Dla teściowej byłam intruzem. Moje starania były atakiem, uprzejmość – wywyższaniem się. Nigdy nie będę dla nich „swoja”. Nigdy nie będę Anią Kowalską. Żadne ciasto tego nie zmieni.

Chciałam wróci do domu

Kiedy Paweł wyszedł z domu i zobaczył mnie na ławce, od razu wiedział, że coś się stało.

– Agata? Zmarzniesz. Co ty tu robisz?

Spojrzałam na niego. Kochałam go. Był dobrym człowiekiem, który utknął między młotem a kowadłem. Jednak zrozumiałam, że nie mogę dłużej walczyć o akceptację ludzi, którzy postanowili mnie odrzucić.

– Chcę wracać, Paweł – powiedziała spokojnie.

– Jak to? Mieliśmy zostać do niedzieli. Jest czwartek.

– Wiem, ale nie dam rady. Proszę, nie każ mi tłumaczyć. Po prostu chcę wrócić do naszego domu. Do naszych zasad. Do miejsca, gdzie nie jestem oceniana za każdy oddech.

Paweł patrzył na mnie w milczeniu. Widziałam walkę w jego oczach – chęć zadowolenia rodziców ścierała się z lojalnością wobec mnie. W końcu usiadł obok i objął mnie ramieniem.

Dobrze – powiedział cicho. – Jeśli tego potrzebujesz, jedziemy.

Pakowanie zajęło dziesięć minut. Teściowa na wieść o wyjeździe wpadła w szał, który szybko zamaskowała troską.

– Ale jak to? Przecież zrobiłam rosół na jutro! Pawełku, nie róbcie nam tego. Czy coś się stało? Agatko, czy ktoś ci coś powiedział?

Patrzyłam na jej grę aktorską z dziwnym spokojem. Już mnie to nie raniło.

Nic się nie stało, mamo – powiedziałam, po raz pierwszy nie siląc się na sztuczny uśmiech. – Po prostu musimy wracać. Obowiązki wzywają.

– No tak, praca ważniejsza od rodziny – skwitował teść, nie wstając z fotela.

Pożegnanie było chłodne. Kiedy wsiadaliśmy do samochodu, teściowa podała Pawłowi słoiki z bigosem i przetworami.

– Masz, synku. Żebyś chociaż w domu zjadł coś porządnego – powiedziała, ignorując moją obecność.

Kiedyś by mnie to zabolało. Teraz tylko uśmiechnęłam się pod nosem. Niech daje słoiki. Niech karmi go swoją miłością w wekach, skoro inaczej nie potrafi. Ja karmię go miłością, która pozwala mu być sobą, a nie wiecznym dzieckiem przywiązanym do maminej spódnicy. Pojechałam tam naprawiać relacje, a naprawiłam coś ważniejszego – swoją samoocenę. Zrozumiałam, że nie muszę zasługiwać na ich miłość. Nie muszę przepraszać za to, że jestem wykształcona, mam inne smaki i inaczej prowadzę dom.

Paweł prowadził w milczeniu. Wiem, że dla niego to też trudne, będzie musiał znaleźć nową równowagę w relacjach z rodzicami, ale to jego bitwa. Moja właśnie się skończyła. Przegrałam walkę o bycie idealną synową, ale wygrałam spokój ducha. Nie będę już prosić o miejsce przy ich stole. Zbudowałam własny stół, we własnym domu, i to przy nim jest moje miejsce. Jestem intruzem w ich świecie i niech tak zostanie. Czasami bycie obcym to jedyny sposób, by pozostać wiernym sobie.

Agata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama