Reklama

Kiedy przyszły rachunki za ogrzewanie i rata kredytu, która po raz kolejny poszybowała w górę, wiedziałam, że o wyjeździe w góry możemy zapomnieć. Siedziałam przy kuchennym stole, tępo wpatrując się w cyfry na ekranie laptopa, i czułam, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł.

Nie miałam pieniędzy

Moi synowie, ośmioletni Kuba i dziesięcioletni Szymon, od tygodni mówili tylko o nartach i bitwach na śnieżki. Jak miałam im powiedzieć, że w tym roku jedyną górką, jaką zobaczą, będzie ta w parku za blokiem? Wtedy do akcji wkroczył Filip. Mój mąż zawsze był optymistą, czasem aż do przesady.

– Kochanie, mam pomysł – powiedział, stawiając przede mną kubek herbaty. – Dzwoniła mama. Zaprasza nas do siebie na ferie.

– Do twojej matki? Przecież wiesz, jak wyglądają nasze relacje. Tolerujemy się, to wszystko.

– Daj spokój. Ona jest samotna w tym wielkim domu. Powiedziała, że ugotuje, zajmie się chłopcami, a my odpoczniemy. Zaoszczędzimy mnóstwo kasy, a dzieciaki będą miały frajdę na wsi. Tam jest prawdziwa zima, nie to co tutaj.

Wahałam się. Moja teściowa była kobietą specyficzną. Uważała, że miejsce kobiety jest w kuchni, a odpoczynek to grzech, chyba że jest się mężczyzną wracającym z pracy. Jednak wizja zaoszczędzonych trzech tysięcy złotych i smutne oczy moich dzieci przeważyły.

Zgodziłam się

Podróż minęła nam w miarę spokojnie, choć im bliżej byliśmy domu teściowej, tym bardziej Filip milknął. Może on też podświadomie czuł, że ten pomysł nie jest tak genialny, jak mu się wydawało? Gdy zajechaliśmy na podwórko, teściowa już stała w drzwiach. Nie uśmiechała się. – No, nareszcie – rzuciła zamiast powitania. – Myślałam, że na obiad nie zdążycie, a stygnie.

– Cześć, mamo – Filip ucałował ją w policzek. Chłopcy pobiegli się przytulić, a ja zostałam z tyłu z walizkami.

– Dzień dobry, mamo – powiedziałam uprzejmie.

– Dzień dobry – mruknęła, omiatając mnie wzrokiem od stóp do głów. – Znowu schudłaś? Czy ty w ogóle gotujesz w tym mieście?

Zignorowałam przytyk. Weszliśmy do środka. Dom pachniał pastą do podłóg, rosołem i czymś starym, dusznym. To był zapach mojego nadchodzącego upokorzenia.

Mieliśmy spać w pokoju gościnnym na piętrze. Było tam zimno. Kaloryfery ledwo grzały, a okna były nieszczelne. Filip stwierdził, że trzeba się po prostu cieplej ubrać do snu. Pierwszej nocy spałam w dresie i wełnianych skarpetach, marząc o własnym łóżku. Rano obudziło mnie głośne stukanie do drzwi. Spojrzałam na zegarek. Była szósta trzydzieści.

– Sabina! Wstajemy! – głos teściowej przebił się przez drewniane drzwi. – Dzień ucieka!

Obudziła mnie

Filip przewrócił się na drugi bok i naciągnął kołdrę na głowę.

– Idź zobacz, o co jej chodzi – mruknął zaspany.

Zeszłam na dół w szlafroku, przecierając oczy. W kuchni teściowa była już w pełnym rynsztunku bojowym. Na stole stały wiadra, ścierki i jakieś detergenty.

– O, księżniczka wstała – prychnęła, stawiając na gazie wielki gar z wodą. – Myślałam, że przyjechałaś pomóc, a nie wylegiwać się do południa.

– Jest wpół do siódmej, mamo. Jesteśmy na urlopie – powiedziałam.

– Urlop to jest od pracy zawodowej. A dom sam się nie ogarnie. Skoro już tu jesteście i jecie za moje, to wypadałoby się odwdzięczyć. Filipa zostaw, chłop niech odpocznie, on ciężko pracuje na wasze kredyty. Ale ty masz dwie zdrowe ręce.

Zamurowało mnie. Przecież przywieźliśmy pełen bagażnik zakupów – mięso, wędliny, kawę, owoce. Nic nie było „za jej”, ale nie chciałam robić awantury pierwszego dnia.

– W czym mam pomóc? – zapytałam, licząc na to, że obierzemy ziemniaki i będę miała spokój.

– Okna na dole trzeba umyć. Firanki już zdjęłam, są w pralce. Potem podłogi w salonie, ale porządnie, na kolanach, a nie tym mopem, co to tylko brud rozmazuje. I w spiżarni trzeba przebrać marchew, bo gnije.

– Mamo, jest zima. Okna? – próbowałam oponować.

– Słońce świeci, mróz zelżał. Nie dyskutuj, tylko bierz się do roboty. Śniadanie zjesz, jak skończysz pierwszą turę.

Harowałam od rana

Poczułam się jak mała dziewczynka, którą ktoś karci za lenistwo. Przez chwilę chciałam wrócić na górę, spakować się i wyjechać, ale potem pomyślałam o Filipie, który tak się cieszył na ten wyjazd, i o chłopcach, którzy jeszcze spali. „Dobra, zrobię to szybko i będę miała spokój” – pomyślałam naiwnie. Przez następne trzy godziny szorowałam okna. Kiedy mój mąż i chłopcy zeszli na śniadanie, ja kończyłam polerować szyby w salonie.

– O, mama sprząta! – zawołał Kuba. – A my idziemy na sanki!

Filip spojrzał na mnie z lekkim wyrzutem sumienia, ale nic nie powiedział. Siadł do stołu, a teściowa postawiła przed nim jajecznicę na boczku.

– Sabinko, ty zjesz później, prawda? Bo teraz i tak masz brudne ręce – rzuciła teściowa z uśmiechem, który nie obejmował oczu.

– Tak, zjem później – wycedziłam przez zęby.

Kolejne dni wyglądały tak samo. Schemat był prosty: Filip i dzieci to goście, ja to darmowa służąca. Rano pobudka, lista zadań, a potem pretensje, że coś jest zrobione niedokładnie.

– Te fugi w łazience są żółte. Masz tu szczoteczkę do zębów i sodę. Wyszoruj to, zanim chłopcy wrócą z dworu, bo nabrudzą – zarządziła w środę.

– Filip mógłby mi pomóc – zasugerowałam, gdy mąż siedział w fotelu i przeglądał telefon.

– Daj mu spokój! – stanęła w jego obronie jak lwica. – On cały rok haruje w korporacji. Niech chłopak odpocznie.

Dobrze się bawili

Najgorsze było to, że mój mąż nie protestował. Raz czy dwa zapytał nieśmiało: „Mamo, może daj jej spokój?”, ale wystarczyło jedno spojrzenie teściowej, by zamilkł. Zaczął traktować to jako normę. On bawił się z dziećmi, budował igloo, jeździł na pobliski wyciąg, a ja zostawałam w domu do pomocy. Kiedy wracali, rumiani i szczęśliwi, ja byłam wykończona i brudna.

– Mamo, dlaczego nie poszłaś z nami? – zapytał mnie Szymon czwartego dnia, gdy nakładałam im obiad.

– Babcia potrzebowała pomocy – odpowiedziałam, unikając jego wzroku.

– Ale babcia siedziała z nami i oglądała telewizję, jak tata spał po obiedzie – zauważyło dziecko.

Serce mi pękło. Teściowa nie potrzebowała pomocy. Ona potrzebowała pokazać mi miejsce w szeregu. Chciała udowodnić, że nie jestem dość dobrą żoną dla jej syna, że jestem leniwa i że ona wciąż tu rządzi. A ja, w swojej głupocie i chęci zaoszczędzenia pieniędzy, pozwoliłam na to. Kulminacja nastąpiła w piątek. Teściowa zapowiedziała wizytę swojej siostry i jej męża.

– Musimy przygotować wystawną kolację – zarządziła. – Sabina, zrobisz pieczeń, sałatki i ciasto. Ja muszę iść do fryzjera.

Poniżała mnie

Zostałam sama w kuchni z górą produktów. Filip zabrał dzieci na kulig. Czułam się tak samotna i opuszczona, jak nigdy w życiu. Stałam przy zlewie, obierając kilogramy warzyw, i płakałam. Łzy kapały do zlewu, mieszając się z obierkami. Byłam wściekła na siebie, że nie mam odwagi rzucić ścierką i wyjść. Byłam wściekła na Filipa, że zostawił mnie na pastwę swojej matki.

Gdy goście przyjechali, byłam wykończona. Nie zdążyłam się nawet przebrać ani poprawić makijażu. Miałam na sobie poplamioną bluzkę i włosy związane w niedbały kucyk. Teściowa, w eleganckiej sukience i świeżej fryzurze, wyglądała jak pani na włościach.

– Siadajcie, siadajcie – zapraszała gości do stołu. – Sabina zaraz poda do stołu.

Poczułam się jak kelnerka. Nosiłam półmiski, dolewałam wina, sprzątałam brudne talerze. Nikt nie zaproponował mi miejsca. Filip rozmawiał wesoło z wujkiem, popijając wódkę. W pewnym momencie ciotka Jadwiga, siostra teściowej, spojrzała na mnie z litością.

– Sabinko, usiądźże wreszcie z nami. Nabiegasz się.

– Niech biega – wtrąciła teściowa, nakładając sobie sałatkę. – W domu pewnie nic nie robi, to tutaj przynajmniej się przyda. Wiecie, jakie te miastowe teraz są. Tylko paznokcie i fryzjer, a w domu kurz. U nas to się inaczej gospodarzy.

Zapadła cisza

Spojrzałam na Filipa. Oczekiwałam, że wstanie, uderzy pięścią w stół, powie: „Przestań obrażać moją żonę”, ale on tylko nerwowo chrząknął i dolał sobie soku.

– Mamo, Sabina dba o dom – bąknął cicho, patrząc w talerz.

– Tak, tak, widzę właśnie – zaśmiała się. – Nawet ziemniaki krzywo obrane. No ale co zrobić, Filip tak wybrał.

Wtedy spojrzałam na dzieci. Siedziały cicho przy końcu stołu. Szymon patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. W jego wzroku nie było już radości z ferii. Był wstyd za to, jak traktowana jest jego mama. I strach.

Zrozumiałam, że uczę moich synów czegoś potwornego. Uczę ich, że kobietę można poniżać, wykorzystywać, a ona ma obowiązek to znosić w milczeniu. Uczę ich, że ich ojciec to tchórz, który nie potrafi stanąć w obronie rodziny.

– Wystarczy – powiedziałam głośno.

Wszyscy spojrzeli na mnie. Teściowa uniosła brew.

– Co?

– Powiedziałam: wystarczy – powtórzyłam, patrząc jej prosto w oczy. – Nie jestem twoją służącą, mamo. Nie przyjechałam tu, żebyś leczyła swoje kompleksy. Przyjechaliśmy odwiedzić babcię, a nie do obozu pracy.

Postawiłam się

– Jak ty się do mnie odzywasz?! – teściowa wstała, czerwona z gniewu. – W moim domu?!

– Tak, w twoim domu – ciągnęłam, czując przypływ adrenaliny. – W którym traktujesz mnie jak śmiecia, a swojego syna jak dziecko, które nie ma własnego zdania. A ty – zwróciłam się do męża, który wyglądał, jakby chciał zapaść się pod ziemię – pozwalasz na to. Siedzisz tu, jesz obiad, który ja ugotowałam, podczas gdy twoja matka mnie obraża.

– Sabina, uspokój się, robisz scenę przy gościach – syknął mój mąż.

– Scenę? – zaśmiałam się histerycznie. – Scenę to robi twoja matka od tygodnia. Wychodzimy.

– Co? Teraz? W nocy? – Filip był przerażony.

– Ja wychodzę z dziećmi. Ty rób, co chcesz. Możesz zostać i dalej udawać, że wszystko jest w porządku.

Podeszłam do chłopców.

– Idziemy się pakować. Już.

Szymon i Kuba bez słowa zsunęli się z krzeseł. Wyglądali na przestraszonych, ale też jakby na to czekali. Szymon podszedł do mnie i złapał mnie za rękę. Ten mały gest dał mi siłę, której potrzebowałam.

Pojechałam stamtąd

Na górze wrzucałam rzeczy do walizek byle jak. Nie składałam ubrań, po prostu je upychałam. Słyszałam na dole krzyki teściowej i ciche tłumaczenia Filipa. Po piętnastu minutach byłam gotowa. Zniosłam walizki na dół. Dzieci stały już w kurtkach w przedpokoju. Mój mąż stał w drzwiach salonu.

– Nie wygłupiaj się. Dokąd pojedziemy o tej porze?

– Do domu. Albo do hotelu. Wszystko mi jedno, byle nie tutaj. Jedziesz z nami czy zostajesz?

To było pytanie o coś więcej niż tylko o transport. To było pytanie o to, czy w ogóle mamy jeszcze o czym rozmawiać jako małżeństwo. Filip spojrzał na swoją matkę, która stała z założonymi rękami i wyrazem pogardy na twarzy, a potem na mnie i na synów.

– Jadę – powiedział cicho.

– No wiesz co! – krzyknęła. – Jak wyjedziesz, to nie masz po co wracać!

Filip nie odpowiedział. Wziął ode mnie walizkę i wyszedł na mróz.

Opamiętał się

Droga powrotna była koszmarem. Przez pierwsze sto kilometrów panowała absolutna cisza. Dzieci zasnęły na tylnym siedzeniu, wykończone emocjami. Ja patrzyłam w ciemność za szybą, czując, jak powoli opada ze mnie adrenalina, ustępując miejsca ogromnemu zmęczeniu.

– Przepraszam – odezwał się w końcu mój mąż.

– Za co? – zapytałam chłodno.

– Że nie zareagowałem wcześniej. Myślałem, że jak będziemy cicho, to ona się uspokoi. Nie chciałem kłótni.

– Nie chcąc kłótni, pozwoliłeś, żeby twoja matka deptała moją godność – odpowiedziałam. – A co gorsza, pokazałeś synom, że na to pozwalasz. Widziałeś wzrok Szymona? On się wstydził za mnie i za ciebie.

– Wiem. Jestem idiotą. Obiecuję ci, że to się więcej nie powtórzy. Nie zmuszę cię do wizyt u niej.

– Nie o wizyty chodzi, a o to, że musimy być drużyną. Biedną, z kredytem, bez wyjazdów w Alpy, ale drużyną. Nie mogę być sama przeciwko twojej rodzinie.

– Wiem – powtórzył. – Naprawdę przepraszam.

Zatrzymaliśmy się w tanim motelu przy trasie. Nie mieliśmy siły jechać dalej. Kiedy leżeliśmy w łóżku, a chłopcy spali obok, poczułam, że mimo straconych pieniędzy, zmarnowanego urlopu i ogromnego stresu, odzyskałam szacunek do samej siebie. Pieniądze można zarobić albo pożyczyć. Godność traci się bezpowrotnie, jeśli pozwoli się ją sobie odebrać. Te ferie miały być oszczędne, a kosztowały mnie najwięcej w życiu. Ale przynajmniej teraz wiem, ile jestem warta i na co nigdy więcej się nie zgodzę.

Sabina, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama