„Pojechałam na ferie do teściowej i żałowałam już 1. dnia. Przez jej uszczypliwości moja noga więcej tam nie postanie”
„Niby wszystko poukładane. A jednak — kiedy Michał rzucił znienacka, że „mama zaprasza nas na ferie”, poczułam, jak wszystko we mnie się spina. Halina, jego mama, to kobieta o spojrzeniu lodowatym jak styczniowy świt. Przenikliwa, zasadnicza, z obsesją na punkcie porządku i kontroli”.

- Redakcja
Czasem mam wrażenie, że całe życie uczę się mówić „nie” i wciąż oblewam ten egzamin. Mam 35 lat, męża, cudowną pięciolatkę i pracę zdalną jako graficzka. Niby wszystko poukładane. A jednak — kiedy Michał rzucił znienacka, że „mama zaprasza nas na ferie”, poczułam, jak wszystko we mnie się spina. Halina, jego mama, to kobieta o spojrzeniu lodowatym jak styczniowy świt. Przenikliwa, zasadnicza, z obsesją na punkcie porządku i kontroli. Nigdy nie byłam jej ulubienicą — zresztą chyba nikogo do końca nie lubi, poza własną córką, Basią. Basia jest idealna. Ja... jestem tą drugą. Tą, która za dużo je i za mało się udziela.
– Będzie fajnie. Śnieg, spacery, pierogi! – przekonywał Michał, pakując walizki.
Milczałam. Bo jak co roku – nie miałam odwagi zaprotestować. Dla dobra Zosi. Dla Michała. Dla świętego spokoju. Pod dom Haliny wjechaliśmy po południu. Śnieg skrzypiał pod kołami, a Zosia piszczała z radości. Wysiadłam z auta z ciężarem w brzuchu. W drzwiach stała Halina. W golfie pod szyję, z miną inspektora.
– No wreszcie. Obiad za dwadzieścia minut. – I już odwracała się na pięcie.
Wiedziałam, że ten tydzień mnie wykończy.
Próbowałam sobie wmówić, że to tylko głupi żart
Pierwszy posiłek u Haliny. Stół jak z katalogu – biały obrus, porcelana, barszcz w filiżankach. Główne danie: pierogi. Domowe, parujące, pachnące jak u mojej babci. Uwielbiam pierogi.
– Klaudia, bierzesz trzeci? – zapytała Halina z teatralnym uśmiechem. – A może już czwarty? Czekaj... nie, to chyba piąty.
Zaśmiała się pod nosem, jakby właśnie rzuciła najzabawniejszy żart sezonu. Michał milczał. Basia popijała barszcz i niby przypadkiem spojrzała na mnie kątem oka.
– Dobre? – Halina nie odpuszczała.
– Pyszne – odpowiedziałam, uśmiechając się z wysiłkiem. – Naprawdę pyszne.
– Cieszę się, że smakują, ale wiesz w twoim wieku to już wypadałoby trochę zadbać o figurę... – dorzuciła z uśmiechem, który bardziej przypominał ostrzeżenie.
Zosia siedziała obok i z zapałem wcinała swoje pierogi, nieświadoma, że właśnie uczestniczymy w pierwszym akcie rodzinnej farsy.
– Mamo, może zostawmy to już – mruknął Michał, ale tak cicho, że Halina mogła to zignorować.
– No co? Żartuję przecież! Wszyscy się tak spinają – powiedziała, wzdychając teatralnie. – Kiedyś to się umiało śmiać.
Śmiałam się razem z nimi. Ale wewnętrznie... chciało mi się płakać. Czułam się jak wystawiona na scenę. Jakbym miała na czole wypisane „ta, co znowu zjadła o jednego za dużo”. Wieczorem, w łazience, patrzyłam na siebie w lustrze. Próbowałam sobie wmówić, że to tylko głupi żart. Że przesadzam. Ale coś we mnie zaczęło pękać.
I tak by nie zrozumiał
Wieczorem, gdy Zosia zasnęła w pokoju obok, a Halina i Basia siedziały w salonie oglądając jakiś durny teleturniej, zaciągnęłam Michała do naszej sypialni. Zamknęłam drzwi.
– Michał, serio nie zauważyłeś, co się dziś działo przy stole?
– O co ci chodzi?
– O to liczenie pierogów! – syknęłam. – O te teksty o figurze, o to jej spojrzenie. Jakbym była jakimś łakomczuchem.
– Klaudia... no weź. Przesadzasz. Wiesz, jaka ona jest. Po prostu żartowała.
– Żartowała? Tak przy wszystkich?
Zacisnęłam dłonie w pięści. W środku gotowało się we mnie jak w garnku pod ciśnieniem.
– Ona mnie nie lubi, Michał. Zawsze musi mi rzucić jakiś komentarz. Ty nic z tym nie robisz, tylko siedzisz cicho. I jeszcze mówisz, że „żartowała”.
– Bo to tylko kilka dni – westchnął. – Nie róbmy dramatu.
– Ty nie robisz. Ja w tym siedzę.
Chciałam powiedzieć coś więcej, ale zamilkłam. Po co? I tak by nie zrozumiał. Usiadłam na łóżku i patrzyłam w podłogę. Michał podszedł, położył mi dłoń na ramieniu. Odtrąciłam ją.
– Chciałam tu odpocząć. Od miasta, od pracy... A ja muszę liczyć, czy mogę wziąć czwartego pieroga, żeby nie zostać wyśmiana.
Michał już nic nie powiedział. Wyszedł. A ja zostałam z ciszą, która bolała bardziej niż Haliny słowa.
Atmosfera była duszna
Trzeciego dnia wzięłam zrobienie obiadu na siebie. Kiedy krzątałam się w kuchni, usłyszałam kolejną uwagę:
– Taki rosół, to nie rosół. Ja zawsze robię inaczej.
Udawałam, że niby nie słyszę. Ale słyszałam każde słowo. Czułam, jak coś we mnie tyka.
Przy obiedzie atmosfera była duszna. Michał rozmawiał z Basią o pracy, Zosia chichotała, a Halina znowu odpaliła swoje show:
– Kiedyś prawdziwa gospodyni, wiedziała, jak zrobić idealny rosół – uniosła brew. – A to w talerzu to sama woda.
Coś pękło.
– Jakoś robię tak od zawsze i rodzina nigdy nie narzeka, tylko mamie jak zwykle coś nie pasuje – rzuciłam, patrząc jej prosto w oczy.
Zapadła cisza. Michał zbladł. Basia przestała się śmiać. Tylko Halina siedziała z udawaną niewinnością, jakby nie wiedziała, o co chodzi.
– Oj, przecież to był żart... Ale jak nie wolno już żartować, to przepraszam – westchnęła.
– To nie był żart, tylko jak zwykle docinki – powiedziałam cicho.
W środku wszystko we mnie drżało. Ręce miałam jak z waty, serce waliło. Patrzyłam na Michała. Nie powiedział nic. Nawet mnie nie dotknął. Po obiedzie wyszłam na zewnątrz bez słowa. Mróz szczypał w twarz, ale to dobrze. Przynajmniej nie czułam łez, które cisnęły się do oczu.
Od początku byłam „przyjezdna”
Postanowiłam przejść się na spacer. Musiałam wyrzucić z siebie te wszystkie emocje, które od początku pobytu nagromadziły się we mnie. Śnieg skrzypiał pod butami. Szłam przed siebie, byle dalej. Od tych ścian, od tej ciszy, od własnej złości. W głowie wciąż słyszałam Halinę: „To był żart…”. I swój własny głos, jak echo: „To było upokarzające”. Po drodze spotkałam sąsiadkę:
– O, dawno cię nie widziałam, ferie u teściowej? – zapytała z ciekawością.
– Tak, przyjechaliśmy na kilka dni – rzuciłam krótko.
– O to wreszcie sobie odpoczniecie od miasta.
Uśmiechnęłam się tylko i ruszyłam w stronę lasu. Każdy krok wbijał mi się w ziemię jak wyrzut. Czy to ja jestem przewrażliwiona? Może naprawdę przesadzam? Może te teksty to nic takiego...? Ale nie. Nie były. W tej rodzinie od początku byłam „przyjezdna”. „Z miasta”. „Z komputerowej pracy”. Dobrze wychowana, byle nie za głośna. Miła, ale nie za miła. Szczupła, ale nie za bardzo. Dziś po raz pierwszy zrozumiałam, że już się nie dopasuję. I że... nie chcę. Stałam w lesie, między drzewami, i oddychałam głęboko. Wreszcie miałam chwilę ciszy – takiej prawdziwej, nie tej oblepionej lodem przy stole Haliny.
Ja już więcej tu nie przyjadę
Wieczorem Zosia już spała. Siedziałam w pokoju, światło zgaszone, tylko mała lampka nocna rzucała ciepły krąg światła. Michał wszedł cicho. Usiadł na łóżku.
– Klaudia... – zaczął, ale ja podniosłam rękę.
– Daj mi mówić.
Usiadłam prosto. Serce waliło, ale wiedziałam, że jeśli teraz zamilknę, to już nigdy się nie odezwę.
– Michał, ja już więcej tu nie przyjadę.
Spojrzał na mnie z zaskoczeniem. Może myślał, że przejdzie mi jak zwykle. Że wytrzymam, że się uśmiechnę i podziękuję za wszystko przy wyjeździe.
– Ale... to dom mojej mamy. Zosia ją lubi. Nie możesz tak po prostu…
– A mogę po prostu pozwolić, żeby ktoś mnie codziennie upokarzał? Żeby wyśmiewał mnie przy całej rodzinie?
– Przesadzasz…
– Nie, Michał. Ty przesadzasz, że to ignorujesz. Że widzisz, jak mnie to rani i nie robisz nic. Twoja mama nie musi mnie lubić. Ale ty powinieneś mnie szanować. I chronić.
Milczał.
– Jeśli ty nie potrafisz powiedzieć „dość”, to ja muszę. Bo za chwilę Zosia zacznie widzieć, jak jej mama znika przy stole. Jak się nie odzywa. Jak znosi wszystko. Nie chcę takiej lekcji jej dać.
Spojrzał na mnie – w końcu inaczej. Jakby naprawdę coś do niego dotarło.
– Ja... nie wiedziałem, że to aż tak.
– Bo nie chciałeś wiedzieć.
Zapanowała cisza. Ale już nie była lodowata. Była prawdziwa.
Klaudia, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechaliśmy do Zakopanego, by złapać oddech. Teściowa uznała, że to świetne miejsce na pranie rodzinnych brudów”
- „Teściowie wpadli bez zapowiedzi na obiad, a potem rozliczali mnie z kasy. Myślałam, że wyjdę z siebie”
- „Teść pogardził niedzielnym obiadem, bo wolał gapić się w pudło. Wielki pan dyrektor ostatni raz tak mnie potraktował”