Reklama

To miał być zwykły wyjazd. Tydzień w białym piekle, żeby zapomnieć o tym, co działo się w Warszawie. Miałam szusować na stoku, czytać książki przy kominku i absolutnie, pod żadnym pozorem, nie angażować się w relacje z mężczyznami.

Zostawił mnie

Była druga w nocy, siedziałam na podłodze w kuchni mojego warszawskiego mieszkania, a w dłoni ściskałam kieliszek z resztką taniego wina. Ekran laptopa świecił mi w twarz, jakby oskarżycielsko przypominając, że powinnam spać, bo rano mam prezentację dla klienta. Ale nie mogłam spać. Nie po tym, jak Piotrek – człowiek, z którym planowałam wziąć kredyt na trzydzieści lat – oznajmił mi przy kolacji, że „potrzebuje przestrzeni”, co w męskim słowniku zazwyczaj oznacza: „mam kogoś innego, ale nie mam odwagi ci tego powiedzieć wprost”.

Kliknęłam „Kup teraz”. Val di Sole, Włochy. Tydzień słońca, śniegu i braku zasięgu, jeśli będę miała szczęście. Namówiłam Kaśkę, moją najlepszą przyjaciółkę, która od roku narzekała na nudę w małżeństwie. Zgodziła się bez wahania. Potrzebowałyśmy tego obie.

Dwa tygodnie później stałyśmy już na szczycie w Marilleva, wdychając mroźne powietrze, które kłuło w płuca jak tysiące małych igiełek. Było idealnie. Niebo miało ten odcień błękitu, który widuje się tylko na Instagramie po nałożeniu trzech filtrów. Śnieg skrzypiał pod nartami, a w oddali słychać było gwar włoskich rozmów i brzęk kieliszków z pobliskiego baru.

Miałyśmy odpocząć

– Obiecaj mi jedno, Magda – powiedziała Kaśka, poprawiając gogle. – Żadnego rozpamiętywania Piotrka. I żadnych facetów. Ten wyjazd jest dla nas. Jemy pizzę, pijemy bombardino i wracamy jako nowe boginie.

– Obiecuję – zaśmiałam się, choć w środku czułam ten nieznośny ciężar, kamień, który nosiłam w żołądku od miesiąca. – Żadnych facetów. Tylko śnieg.

Nie jestem wybitną narciarką. Radzę sobie na niebieskich trasach, na czerwonych walczę o przetrwanie, a czarnych unikałam jak ognia, ale tego dnia czułam się dziwnie pewnie. Może to wina rześkiego powietrza, a może tego jednego bombardino wypitego na rozgrzewkę. W każdym razie kiedy Kaśka skręciła w stronę łagodniejszego zjazdu, ja postanowiłam zaszaleć.

– Spotkamy się na dole! – krzyknęłam i ruszyłam w dół stromym zboczem.

Początek był świetny. Wiatr we włosach, prędkość, adrenalina zagłuszająca myśli o Piotrku. Czułam się wolna. I wtedy to się stało. Krawędź narty zahaczyła o ukrytą pod puchem grudę lodu. Świat zawirował. Niebo zamieniło się miejscami z ziemią. Poczułam uderzenie, potem drugie, a potem sunęłam w dół bezwładnie jak szmaciana lalka, gubiąc po drodze kije i godność.

Zatrzymałam się dopiero na siatce zabezpieczającej, z twarzą wciśniętą w zaspę. Leżałam tam przez chwilę, sprawdzając w myślach, czy wszystkie kończyny są na swoim miejscu. Bolało mnie biodro i ego. Głównie ego.

Spłonęłam ze wstydu

– Żyjesz, czy mam wzywać helikopter? – usłyszałam nad sobą głęboki, męski głos. Mówił po polsku, co mnie zaskoczyło.

Podniosłam głowę, otrzepując gogle ze śniegu. Nade mną stał on. Wysoki, w czarnym, profesjonalnym stroju narciarskim, który opinał szerokie ramiona. Nie widziałam jego oczu za lustrzanymi goglami, ale widziałam usta – zaciśnięte w wąską linię, z lekkim cieniem zarostu na szczęce.

– Żyję – mruknęłam, próbując się podnieść, ale narta wciąż była dziwnie wykręcona. – Chyba.

Mężczyzna westchnął, jakbym sprawiała mu ogromny kłopot, po czym schylił się i jednym płynnym ruchem wypiął mi nartę, pomógł wstać i podał kijki, które zdążył już pozbierać.

– To nie jest trasa dla ciebie – powiedział oschle. To nie była rada, to było stwierdzenie faktu. Brutalne i zimne.

– Dzięki za diagnozę, doktorze House – warknęłam, bo nienawidzę, gdy ktoś mnie poucza, zwłaszcza gdy właśnie zaliczyłam glebę stulecia. – Dam sobie radę.

Zdjął gogle i wtedy mnie zatkało. Miał oczy koloru stalowego nieba przed burzą. Zimne, przenikliwe, ale z jakąś taką głębią, która sprawiała, że nie mogłam odwrócić wzroku.

– Nazywam się Jakub – powiedział, ignorując moją złośliwość. – I jeśli spróbujesz zjechać stąd sama w takim stanie, za pięć minut będziesz miała zerwane więzadła. Zjeżdżasz ze mną. Powoli.

To nie była prośba. To był rozkaz. A ja, ku swojemu przerażeniu, posłuchałam.

Uratował mnie

Wieczorem, w hotelowym barze, opowiadałam Kaśce o tym incydencie, starając się bagatelizować fakt, że przez cały zjazd wpatrywałam się w plecy mojego wybawcy.

– Czyli mówisz, że jest przystojny, arogancki i świetnie jeździ? – Kaśka uniosła brew, maczając croissanta w czekoladzie. – Magda, to brzmi jak kłopoty. Te najlepszego rodzaju.

– Nie, to brzmi jak typ faceta, którego powinnam unikać. Poza tym, potraktował mnie jak dziecko. „Płuż, szerzej narty, nie odchylaj się”. Myślałam, że go uduszę kijkiem.

– Ale zjechałaś cała – zauważyła przytomnie.

Wtedy go zobaczyłam. Wszedł do baru, już bez kombinezonu, w grubym swetrze i dżinsach. Wyglądał inaczej – mniej groźnie, bardziej ludzko. Rozmawiał z barmanem po włosku, śmiejąc się swobodnie. Ten dźwięk – niski, chrapliwy śmiech – sprawił, że przeszły mnie dreszcze. Zauważył mnie. Jego wzrok zatrzymał się na moim stoliku. Zamiast odwrócić głowę, skinął lekko głową i podszedł. Serce zabiło mi mocniej, a dłonie nagle stały się wilgotne.

– Jak kolano? – zapytał, opierając się o oparcie mojego krzesła. Z bliska pachniał lasem i drogimi perfumami.

– Przeżyje. Ego gorzej, ale pracuję nad tym przy pomocy wina – odpowiedziałam, starając się brzmieć nonszalancko. – To moja przyjaciółka, Kaśka. To Jakub, mój… wybawca z przymusu.

Intrygował mnie

Kaśka posłała mu promienny uśmiech.

– Dzięki, że nie pozwoliłeś jej się zabić. Ktoś musi mi robić zdjęcia na stoku. Jesteś tu instruktorem?

– Coś w tym stylu – odpowiedział wymijająco. Jego twarz spochmurniała na ułamek sekundy, ale szybko przywołał na nią uprzejmy uśmiech. – Jestem tu… prywatnie, ale czasem trudno wyjść z roli.

Rozmawialiśmy przez godzinę. Okazało się, że Jakub nie jest taki straszny, jak na stoku. Miał cięty humor, był inteligentny i, co gorsza, słuchał. Naprawdę słuchał. Kiedy opowiadałam o swojej pracy w marketingu, nie patrzył w telefon, nie rozglądał się za kelnerką. Patrzył na mnie. Czułam się tak, jakby w tym zatłoczonym barze nagle zgasły światła i zostaliśmy tylko my dwoje w kręgu świecy. Około północy, kiedy Kaśka dyskretnie ulotniła się do pokoju, atmosfera zgęstniała.

– Masz ochotę zobaczyć coś jutro? – zapytał nagle, bawiąc się podstawką pod piwo. – Znam miejsce, gdzie turyści rzadko docierają. Widok zapiera dech.

Wiedziałam, że powinnam odmówić, że to łamanie zasad. Jestem tu, by leczyć serce, a nie narażać je na kolejne wstrząsy.

– O której? – zapytałam.

Nie znałam go

Następnego dnia pogoda zaczęła się psuć. Chmury obniżyły się, zakrywając szczyty mleczną mgłą. Mimo to Jakub czekał na mnie przy wyciągu.

– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – zapytałam, patrząc niepewnie w niebo.

– Ufasz mi? – zapytał, patrząc mi prosto w oczy. To pytanie miało podwójne dno i oboje o tym wiedzieliśmy.

– Nie znam cię – odpowiedziałam szczerze.

– To najlepszy moment, żeby zacząć – uśmiechnął się krzywo.

Zabraliśmy się wyciągiem na samą górę, a potem zjechaliśmy poza trasę, w głąb lasu. Jakub prowadził pewnie, a ja podążałam za nim, walcząc ze strachem i fascynacją. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do małej, drewnianej chaty ukrytej między świerkami. Wyglądała jak z bajki, ale takiej trochę mrocznej, braci Grimm.

Ledwo weszliśmy do środka, rozpętało się piekło. Wiatr uderzył w ściany z taką siłą, że drewno aż jęknęło. Zamieć w sekundę odcięła nas od świata. Chata była prosta – stół, ława, prycza pod oknem, zapas drewna do kominka.

– Wygląda na to, że utknęliśmy – powiedział, zdejmując mokrą kurtkę. – Wyciągi na pewno stanęły.

– Na długo? – zapytałam, czując narastającą panikę wymieszaną z… ekscytacją.

– Może godzinę. Może do rana.

To był moment

Siedzieliśmy przy kominku, pijąc herbatę z termosu, którą Jakub miał w plecaku. Ciepło ognia powoli rozchodziło się po pomieszczeniu, a napięcie między nami rosło z każdą minutą. Powiedziałam mu o Piotrku. O tym, jak bardzo czuję się oszukana i pusta. Jakub milczał przez chwilę, patrząc w ogień. Płomienie tańczyły w jego oczach.

– Czasem ludzie odchodzą, bo nie pasują do twojej przyszłości. Robią miejsce dla czegoś lepszego. Albo po prostu są tchórzami.

– A ty? – zapytałam cicho. – Ktoś cię zranił? Ta blizna na twojej twarzy…

Dotknął odruchowo policzka.

– To pamiątka z przeszłości. Z czasów, kiedy myślałem, że jestem nieśmiertelny. Zanim zrozumiałem, że każdy błąd ma swoją cenę.

Jego głos był pełen goryczy. Chciałam zapytać o więcej, ale on nagle spojrzał na mnie i dystans między nami zniknął. Przesunął się bliżej. Czułam ciepło bijące od jego ciała.

– Nie powinniśmy tego robić – szepnął, ale jego dłoń delikatnie dotknęła mojej twarzy, odgarniając kosmyk włosów. Jego palce były szorstkie, ale dotyk był elektryzujący.

– Wiem – odpowiedziałam, wstrzymując oddech.

Zapomniałam się

Kiedy mnie pocałował, świat przestał istnieć. Czułam, jak jego dłonie wędrują po moich plecach, przyciągając mnie mocniej, jakby chciał się upewnić, że jestem prawdziwa. Czułam, jak lód w moim sercu topnieje w tempie ekspresowym. Zapomniałam o Warszawie, o Piotrku, o zasadach. Liczyło się tylko tu i teraz. Ogień, szum wiatru za oknem i jego usta.

Nie poszliśmy na całość. Coś nas powstrzymało – może rozsądek, może strach przed tym, co będzie rano, ale tamtego popołudnia, leżąc w jego ramionach przy dogasającym kominku, czułam intymność większą niż kiedykolwiek z moim byłym narzeczonym. Burza ucichła wieczorem. Wróciliśmy do hotelu na skuterze śnieżnym, który Jakub jakimś cudem wezwał przez radio. Pożegnaliśmy się w holu. Bez obietnic, tylko z długim, znaczącym spojrzeniem.

– Do jutra – powiedział.

Weszłam do pokoju jak w transie. Kaśka od razu wyczuła pismo nosem.

– Opowiadaj! Wszystko!

Opowiedziałam jej o chacie, o rozmowach, o pocałunku. Byłam w euforii. Czułam, że żyję, że może jednak miłość nie jest przereklamowana, może spotkałam kogoś wyjątkowego.

Wpadłam po uszy

Następnego dnia rano obudziłam się wcześnie. Chciałam zrobić Jakubowi niespodziankę. Wiedziałam, w którym pensjonacie się zatrzymał – wspomniał o tym mimochodem. Kupiłam dwie kawy na wynos i ruszyłam w stronę jego kwatery. Słońce świeciło, śnieg iskrzył, a ja czułam się jak bohaterka komedii romantycznej.

Doszłam do pensjonatu i zobaczyłam jego samochód – czarnego SUV-a na polskich blachach. Już miałam wejść do środka, gdy drzwi się otworzyły. Stanęłam jak wryta za rogiem budynku. Z pensjonatu wyszedł Jakub, ale nie był sam. Obok niego szła piękna, wysoka kobieta w drogim futrze. Trzymała go pod ramię, śmiejąc się z czegoś, co powiedział. A obok nich… biegła mała dziewczynka, może pięcioletnia, w różowym kombinezonie.

– Tato! Tato, patrz! – krzyknęła mała, rzucając w niego śnieżką.

Jakub zaśmiał się – tym samym śmiechem, który wczoraj słyszałam przy kominku – i podniósł dziewczynkę, kręcąc nią w powietrzu. Kobieta poprawiła mu szalik, z czułością gładząc go po ramieniu. Kawa wypadła mi z rąk. Kubki uderzyły o chodnik, rozbryzgując gorący płyn na biały śnieg. Brązowa plama rosła, tak jak czarna dziura w moim sercu.

Dosłownie oniemiałam

To nie był samotny wilk z przeszłością. To był żonaty facet na rodzinnych wakacjach, który po prostu szukał rozrywki na boku, gdy żona poszła na masaż. A ja byłam tą naiwną idiotką z Warszawy, która dała się nabrać na smutne oczy i bliznę. Wycofałam się, zanim mnie zauważyli. Biegłam do hotelu, dławiąc się łzami wściekłości. Czułam się brudna, wykorzystana, gorsza niż kiedykolwiek.

Przez dwa dni nie wychodziłam z pokoju. Kaśka próbowała mnie wyciągnąć, ale w końcu dała za wygraną i przynosiła mi tylko jedzenie. Blokowałam numer Jakuba, nie odpisywałam na wiadomości. Chciałam tylko zniknąć, ale trzeciego dnia musiałam wyjść. To był nasz ostatni wieczór. Musiałyśmy oddać sprzęt do wypożyczalni.

Los ma okrutne poczucie humoru. W wypożyczalni, w kolejce do kasy, stał on. Zobaczył mnie od razu. Jego twarz rozjaśniła się, ale gdy zobaczył moją minę, uśmiech zgasł. Ruszył w moją stronę.

– Magda! Gdzie ty byłaś? Dzwoniłem, pisałem… Martwiłem się.

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. Adrenalina buzowała w moich żyłach.

– Martwiłeś się? – zaśmiałam się histerycznie. Ludzie w kolejce zaczęli się odwracać. – Naprawdę? Czy może bałeś się, że twoja żona się dowie o przygodzie w chacie?

Zdemaskowałam go

Jakub stanął jak wryty. Jego twarz stężała.

– O czym ty mówisz?

– Widziałam was! – krzyknęłam, nie panując już nad głosem. – Widziałam ciebie, ją i twoją córkę pod pensjonatem. „Tato, patrz!”. Słodki obrazek. Szkoda tylko, że zapomniałeś o nich wspomnieć, kiedy wciskałeś mi kit o samotności i bliznach! Jesteś taki sam jak wszyscy. Kłamca i drań.

Zapadła cisza. Wszyscy w wypożyczalni patrzyli na nas. Kaśka złapała mnie za ramię, próbując odciągnąć, ale wyrwałam się. Jakub patrzył na mnie dziwnym wzrokiem. Nie było w nim strachu, ani wstydu. Był smutek i złość.

– Chodź ze mną – powiedział cicho, ale stanowczo.

– Nigdzie z tobą nie idę!

– Chodź. Ze. Mną. – powtórzył, łapiąc mnie za łokieć. – Masz prawo mnie nienawidzić, ale najpierw poznasz prawdę. Nie pozwolę, żebyś wyjechała z takim obrazem w głowie.

Nie wiem dlaczego, ale poszłam. Wyprowadził mnie na zewnątrz, na tyły budynku, gdzie było pusto.

– To nie jest moja żona – powiedział prosto z mostu. Wyjął papierosa, ale go nie zapalił. Miętosił go w palcach. – To moja szwagierka. Siostra mojego zmarłego brata.

Zamarłam.

– Co?

– A dziewczynka, Maja, to moja bratanica. Mówi do mnie „tato”, bo jej prawdziwy ojciec zginął w tym samym wypadku, w którym ja dorobiłem się tej blizny. Dwa lata temu. Jechaliśmy razem. On prowadził. Wpadliśmy w poślizg.

Chciałam zniknąć

Oparł się o ścianę, patrząc w niebo.

– Maja miała trzy lata. Nie pamięta go. Zaczęła do mnie tak mówić pół roku temu. Psycholog powiedział, żeby jej nie poprawiać na siłę, że sama zrozumie, kiedy będzie gotowa. A Ewa jest dla mnie jak siostra. Przyjechaliśmy tu, bo to była ich ulubiona miejscówka. Chcieliśmy uczcić rocznicę.

Stałam tam, czując, jak ziemia usuwa mi się spod nóg po raz drugi. Tym razem nie ze względu na kłamstwo, ale ze względu na prawdę, która była cięższa niż cokolwiek, co mogłam sobie wyobrazić.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – szepnęłam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Tym razem ze wstydu.

– Bo tu przyjechałem, żeby chociaż przez chwilę nie być tym gościem od tragedii, żeby nie widzieć współczucia w czyichś oczach. Kiedy cię spotkałem traktowałaś mnie normalnie. Byłaś złośliwa, zabawna, prawdziwa. Nie chciałem tego psuć historią o trupach.

Podszedł do mnie bliżej.

– Nie mam żony, Magda. Nie mam nikogo. Od dwóch lat żyję w cieniu tamtego wypadku, pomagając Ewie wychować Maję. Ten moment w chacie to była pierwsza chwila od bardzo dawna, kiedy poczułem, że robię coś dla siebie. Że czuję coś więcej niż poczucie winy, że to ja przeżyłem.

To był nowy początek

Czułam się najgorszą osobą na świecie. Oceniłam go, skreśliłam i publicznie upokorzyłam, nie wiedząc nic o jego demonach.

– Przepraszam – powiedziałam. To słowo wydawało się tak małe i niewystarczające. – Jestem idiotką.

Jakub uśmiechnął się lekko, choć w jego oczach wciąż czaił się ból.

– Jesteś. Ale ja też nie byłem fair, ukrywając to.

Staliśmy tak na mrozie, patrząc na siebie. Nie było już tej beztroskiej atmosfery co w chacie. Było coś cięższego, ale też bardziej prawdziwego.

– Wyjeżdżasz jutro? – zapytał.

– Tak. O szóstej rano.

Kiwnął głową.

– Ewa i Maja zostają jeszcze trzy dni. Ja muszę wracać do Krakowa w przyszłym tygodniu.

– Kraków nie jest tak daleko od Warszawy – powiedziałam, sama zaskoczona swoją odwagą.

Jakub podszedł i delikatnie ujął moją twarz w dłonie.

– Nie jest. Ale ja mam bagaż. Ciężki bagaż. Nie jestem facetem na wakacyjny romans. Ewa i Maja są częścią mojego życia. Zawsze będą.

– Ja też mam bagaż – odpowiedziałam, kładąc dłoń na jego dłoni. – Może trochę lżejszy, ale też uwiera.

Zaczęłam od nowa

Pocałował mnie. Tym razem delikatnie, bez pośpiechu. To był pocałunek na do widzenia, ale z obietnicą „do zobaczenia”. Wróciłam do Warszawy inna. Nie uleczona, jak planowałam. Moje serce wciąż było trochę potłuczone, ale w inny sposób. Rozstanie z Piotrkiem przestało mieć znaczenie. Zrozumiałam, że moje problemy biurowe i sercowe dramaty są niczym w porównaniu z prawdziwym życiem, które toczy się gdzieś tam, poza szklanymi biurowcami.

Trzy tygodnie później siedziałam w kawiarni na Dworcu Centralnym. Pociąg z Krakowa miał opóźnienie, jak zwykle, ale czekałam. Kiedy zobaczyłam Jakuba wysiadającego z wagonu, z tą samą blizną, która w świetle peronowych latarni wyglądała jeszcze wyraźniej, wiedziałam jedno. To nie była historia o miłości od pierwszego wejrzenia. To nie była bajka o księciu na nartach. To była historia o dwojgu poturbowanych ludziach, którzy spotkali się na zakręcie życia i postanowili sprawdzić, czy razem łatwiej będzie utrzymać równowagę.

Góry uczą pokory. Czasem musisz upaść twarzą w śnieg, żeby zobaczyć świat z właściwej perspektywy. I czasem, tylko czasem, ręka, która pomaga ci wstać, to ta, którą będziesz trzymać przez resztę życia.

Magdalena, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama