Reklama

Moje małżeństwo z Kubą przez długi czas wyglądało poprawnie. Wspólne mieszkanie, wspólne plany, znajome rytuały. Z zewnątrz nic nie pękało, ale w środku robiło się coraz ciszej. Kuba był obok, a ja coraz częściej czułam się sama. Przestał pytać, co czuję, a ja przestałam mówić. Wstydziłam się własnych myśli o ucieczce i o tym, że marzę o innym życiu, choć nie potrafiłam go sobie nawet nazwać.

Nasze rozmowy były puste

Cisza w naszym domu nie pojawiła się nagle. Ona narastała powoli, dzień po dniu, aż w końcu stała się czymś oczywistym. Rano Kuba wychodził wcześniej, wieczorem wracał zmęczony. Ja krzątałam się po kuchni, udając, że mam zajęcie, żeby nie musieć zaczynać rozmowy.

– Co dziś na obiad? – zapytał któregoś dnia, zdejmując buty w przedpokoju.

– Jeszcze nie wiem – odpowiedziałam, choć wiedziałam doskonale.

Skinął głową, jakby to była informacja wystarczająca do zamknięcia tematu. Tak wyglądały nasze rozmowy. Krótkie, bezpieczne, pozbawione ryzyka.

Wieczorami siedzieliśmy obok siebie na kanapie. On przeglądał wiadomości w telefonie, ja patrzyłam w telewizor, nie rejestrując obrazu. Myślałam o tym, kiedy ostatni raz zapytał mnie, jak się czuję. Albo kiedy ja zapytałam jego. Trudno było mi to sobie przypomnieć. Czasem próbowałam coś zmienić.

– Kuba, pamiętasz, jak planowaliśmy wyjazd w góry? – rzuciłam kiedyś, niby mimochodem.

– Mhm. Kiedyś. Teraz nie bardzo jest kiedy – odpowiedział spokojnie, nawet na mnie nie patrząc.

Nie było w tym złośliwości. I to bolało najbardziej. Gdyby krzyczał, obrażał się, trzaskał drzwiami, miałabym się o co zaczepić. A on po prostu był. Stabilny, poukładany, nieobecny. Zaczęłam się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak. Może przesadzam. Może dorosłe życie tak wygląda. Praca, dom, rachunki. Może bliskość to luksus dla młodszych, naiwnych. A jednak, kiedy kładliśmy się spać, leżeliśmy odwróceni do siebie plecami, czułam ścisk w gardle. Chciałam powiedzieć: „Brakuje mi ciebie”. Ale bałam się, że odpowie ciszą. Albo gorzej – że wzruszy ramionami.

Pewnego wieczoru zapytałam wprost:

– Kuba, czy ty w ogóle jesteś ze mną szczęśliwy?

Długo milczał. Za długo.

– Jest okej – powiedział w końcu. – Przecież nic złego się nie dzieje.

Skinęłam głową. Bo rzeczywiście, nic złego się nie działo. Tylko że ja powoli znikałam, a on nawet tego nie zauważał. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam o wyjeździe. Długim na tyle, żeby sprawdzić, czy w ogóle jeszcze za sobą tęsknimy. Nie myślałam o zdradzie. O oddechu. O miejscu, gdzie nikt mnie nie zna i nikt niczego ode mnie nie oczekuje. Chciałam sprawdzić, czy jeszcze potrafię coś czuć.

Wyjechałam do Brennej

Do Brennej pojechałam sama, z jedną walizką i głową pełną myśli, które nie dawały mi spać. Wynajęłam mały pokój w pensjonacie na uboczu. Cisza była inna niż ta w domu — nie przytłaczała, tylko uspokajała. Pierwszego dnia długo chodziłam po okolicy, bez planu, bez celu. Oddychałam głęboko, jakby ktoś wcześniej zakręcił mi dopływ powietrza.

Szymona poznałam zupełnie zwyczajnie. Stał przy ladzie w małej kawiarni, kiedy weszłam tam, żeby się ogrzać.

– Wolne? – zapytał, wskazując krzesło przy swoim stoliku, bo innych miejsc już nie było.

– Raczej tak – odpowiedziałam niepewnie.

Rozmawialiśmy o niczym. O pogodzie, o szlakach, o tym, skąd jesteśmy. A potem nagle zapytał:

– A ty? Co cię tu przywiało?

Zawahałam się. Nikt dawno mnie o to nie pytał w taki sposób.

– Chciałam pobyć sama – powiedziałam zgodnie z prawdą.

Nie dopytywał. Skinął głową, jakby dokładnie rozumiał. To było zaskakująco kojące. Zaczęliśmy spotykać się przypadkiem. Na spacerach, w tej samej kawiarni, na ławce z widokiem na dolinę. Szymon słuchał. Naprawdę słuchał. Kiedy mówiłam o pracy, o zmęczeniu, o poczuciu bycia niewidzialną, patrzył na mnie uważnie, bez oceniania.

– Brzmisz, jakbyś długo dźwigała coś sama – powiedział któregoś dnia.

Te słowa uderzyły we mnie mocniej, niż się spodziewałam. Poczułam ciepło i wstyd jednocześnie. Wiedziałam, że przekraczam granicę, choć nikt jej jeszcze nie nazwał. Nie planowałam niczego. Nie mówiłam sobie, że to ucieczka ani że to tylko chwila. Byłam tam i pozwalałam, żeby ktoś wreszcie mnie widział. Każde spotkanie było coraz trudniejsze do przerwania, a rozsądek cichł szybciej, niż chciałam przyznać.

Pewnego wieczoru wróciłam do pokoju z uczuciem, którego nie czułam od lat – lekkością pomieszaną z lękiem. Patrzyłam w sufit i myślałam, że zapomniałam, kim jestem. Albo że dopiero teraz zaczynam sobie to przypominać.

Zaczęło się po kilku tygodniach

Do domu wróciłam wcześniej, niż planowałam. Nie dlatego, że tęskniłam, tylko dlatego, że coś we mnie zaczęło się domagać prawdy. Już w drzwiach poczułam znajomy zapach mieszkania i ciężar, który osiadł mi na ramionach. Kuba siedział przy stole, sortował jakieś papiery. Wtedy pomyślałam, że nie wiem, gdzie jest moje miejsce. Jeszcze nie wiedziałam, że wyjazd – czy tego chce, czy nie – zmieni całe moje życie. Po kilku tygodniach zaczęłam dziwnie się czuć. Nie mogłam ukrywać prawdy przed Kubą.

– Musimy porozmawiać – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się rozmyślić.

Podniósł wzrok. W jego spojrzeniu nie było strachu, raczej zdziwienie. Usiadłam naprzeciwko niego. Ręce drżały mi tak bardzo, że musiałam je spleść na kolanach.

– W Brennej… wydarzyło się coś, czego nie umiem cofnąć – zaczęłam.

Milczał. Czekał.

– Zdradziłam cię – powiedziałam w końcu, szybko, jakby wyrzucenie tego słowa miało mnie ocalić.

Poczułam, jak powietrze w pokoju gęstnieje. Kuba nie krzyczał. Nie wstał. Po prostu patrzył na mnie, jakby próbował zrozumieć sens zdania w obcym języku.

– I… jestem w ciąży – dodałam ciszej.

To wtedy coś w nim pękło. Zobaczyłam to w jego oczach, w nagłym bezruchu. Odchylił się na krześle, jakby zabrakło mu sił.

– Jak to…? – zapytał, ale nie dokończył.

Nie odpowiedziałam od razu. Nie było odpowiedzi, która cokolwiek by naprawiła. Cisza trwała długo, za długo. W końcu wstał i podszedł do okna. Stał tam plecami do mnie. Po chwili kiwnął głową. Tylko tyle. Czułam, że odebrałam mu możliwość wyboru. Już nie mógł zdecydować, czy chce ze mną być, czy nie, bez myślenia o konsekwencjach, które przyniosłam ze sobą.

– Muszę to przemyśleć – powiedział cicho.

Nie zapytałam, co to znaczy. Wiedziałam, że niezależnie od tego, co wybierze, ta rozmowa zostanie z nim na zawsze. A ja zostanę jako ta, która zmusiła go do decyzji, na którą nie był gotowy.

Kuba został, ale był inny

Po tamtej rozmowie w domu zapanował inny rodzaj ciszy. Cięższy, od którego bolała głowa. Kuba nie wyprowadził się, ale jakby go ubyło. Wstawał wcześniej niż zwykle, wracał późno. Kiedy był w domu, poruszał się ostrożnie, jakby każdy krok mógł coś jeszcze bardziej zepsuć. Przestaliśmy jeść razem. Ja udawałam, że tego nie widzę. Nie pytałam, dokąd idzie ani kiedy wróci.

Któregoś wieczoru siedział na kanapie, wpatrzony w ścianę.

– Kuba… – zaczęłam niepewnie.

– Daj mi chwilę – przerwał, nawet na mnie nie spojrzał.

Ta „chwila” trwała dniami. Obserwowałam go ukradkiem. Jak długo stoi pod prysznicem. Jak odkłada telefon ekranem do dołu. Jak nocami przewraca się z boku na bok, a potem wstaje i idzie do kuchni, myśląc, że śpię.

Raz usiedliśmy naprzeciwko siebie przy stole. Pomiędzy nami leżała kartka papieru, jakby miała pomóc w rozmowie.

– Myślałem, że jesteśmy drużyną – powiedział w końcu. Głos mu zadrżał, ale nie płakał. – A teraz nie wiem, kim jestem w twojej historii.

Nie umiałam odpowiedzieć. Każda myśl brzmiała jak wymówka. Zrozumiałam wtedy, że on nie analizuje tylko tego, czy odejść, czy zostać. On rozkładał na części całe nasze życie. Każde wspomnienie, każdy plan, każdy poranek, który teraz wydawał mu się fałszywy.

Patrzyłam na niego i widziałam, jak znika ten spokojny mężczyzna, którego znałam. Zastępował go ktoś zmęczony, ostrożny, pełen wątpliwości. Wiedziałam, że niezależnie od decyzji, jaką podejmie, już nigdy nie będzie taki sam. I że to ja byłam początkiem tego rozpadu.

Chciałam z nim zostać

Chciałam z nim zostać. Nie z litości, nie ze strachu przed samotnością, ale z przekory wobec tego, co już się stało. Z myślą, że skoro wszystko zostało zburzone, może da się to zbudować inaczej. Od początku, nie udając, że nic się nie wydarzyło. Myślałam o nas w kategoriach wysiłku, a nie uczucia, o codziennym wybieraniu siebie mimo bólu. Wiedziałam, że to dziecko nie jest jego, ale w mojej głowie pojawiała się naiwna, rozpaczliwa nadzieja, że miłość potrafi być silniejsza niż biologia. Że jeśli zostanie, to nie dlatego, że musi, tylko dlatego, że chce spróbować.

Wyobrażałam sobie rozmowy, których jeszcze nie odbyliśmy. Że powiem mu, że nie oczekuję bohaterstwa ani zapomnienia. Że nie chcę, by był ojcem na siłę, tylko obecnym człowiekiem. Myślałam, że może wspólnie nauczymy się nowego porządku. Nie idealnego, ale prawdziwego. Że dam mu czas, przestrzeń, cierpliwość. Że będę naprawiać to, co zepsułam, nawet jeśli naprawa nie oznacza powrotu do tego, co było.

Jednak im dłużej patrzyłam na Kubę, tym wyraźniej widziałam, że moja chęć bycia razem nie jest równa jego gotowości. Że dla mnie „naprawić” znaczyło iść dalej mimo rozłamu. Zrozumiałam wtedy, że moja decyzja o zostaniu nie wystarczy za nas dwoje. I że nawet najszczersza chęć odbudowy nie ma znaczenia, jeśli druga strona wciąż stoi pośród gruzów i nie wie, czy chce jeszcze coś zbudować.

Nie wiem, co zrobi

Nie zapytał mnie, co ja bym wybrała na jego miejscu. Może dlatego, że odpowiedź nie miała znaczenia. Każda droga, którą mógł pójść, prowadziła przez ból. Widząc to, przestałam szukać w nim ratunku dla siebie.

Cokolwiek zdecydujesz… – zaczęłam, ale głos mi się załamał.

Podniósł dłoń.

– Nie mów – powiedział cicho. – Muszę to poukładać sam.

I wtedy zrozumiałam, że największym ciężarem nie była moja ciąża ani zdrada. Był nim fakt, że zmusiłam drugiego człowieka do życia z wyborem, który nie daje ulgi. Tylko różne wersje straty. Jeśli odejdzie, zostanie mężczyzną, który stracił rodzinę. Jeśli zostanie, będzie codziennie patrzył na dowód mojego egoizmu i próbował być kimś, kim już nie potrafi być.

Nie wiem, co zrobi. Wiem tylko, że niezależnie od jego decyzji, ja już zapłaciłam inną cenę — świadomością, że moje pragnienie bycia szczęśliwą rozbiło czyjś świat po cichu, bez krzyku. I że z tą wiedzą będę musiała żyć dłużej niż z jakimkolwiek wyrokiem.

Karolina, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama