Reklama

Nigdy nie sądziłam, że będę tą kobietą. Tą, o której szepczą koleżanki przy winie, tą, która ma „skomplikowaną sytuację”. Mój wyjazd w Bieszczady miał być detoksem od korporacji, social mediów i przedślubnego stresu. Miałam wrócić z czystą głową, gotowa na wybór serwetek i listy gości. Ale góry mają to do siebie, że odzierają nas z masek. Wystarczył jeden tydzień, zasypana droga i mężczyzna o oczach ciemnych jak bieszczadzka noc, żebym zrozumiała, że całe moje dotychczasowe życie było tylko ładnie opakowanym kłamstwem.

Zero zgrzytów, ale i zero iskier

Pamiętam dokładnie moment, w którym zamknęłam bagażnik mojego SUV-a pod blokiem na warszawskim Mokotowie. Był szary, błotnisty styczeń, a z nieba sączyła się ta depresyjna mżawka, która wnika pod skórę głębiej niż mróz. Tomek stał w oknie. Pomachał mi, ale w drugiej ręce trzymał telefon. Nawet nie zszedł, żeby mnie przytulić na pożegnanie.

– Przecież to tylko tydzień, Aga. Wyśpisz się, wrócisz, dopniemy umowę z cateringiem – powiedział rano znad laptopa, nie odrywając wzroku od tabelek.

Wtedy jeszcze tłumaczyłam go przed samą sobą. Że ciężko pracuje na nasz dom, że jest odpowiedzialny, że taka jest cena sukcesu. Kochałam go. A przynajmniej kochałam to poczucie bezpieczeństwa, które mi dawał. Nasz związek był jak dobrze naoliwiona maszyna – zero zgrzytów, ale też zero iskier. Droga na południe była długa. Im dalej od Warszawy, tym bardziej czułam, jak zrzucam z siebie kolejne warstwy pancerza.

Za Rzeszowem krajobraz zaczął się zmieniać, a kiedy minęłam tablicę „Witamy w Bieszczadach”, zasięg w telefonie zaczął kaprysić. To miał być mój azyl. Wynajęłam małą, drewnianą chatę na skraju Wetliny, z dala od turystycznego zgiełku, który nawet zimą potrafił być uciążliwy. Chata należała do pani Janiny – starszej, surowej kobiety, która patrzyła na ludzi tak, jakby czytała im z dusz, a nie z twarzy. Kiedy dotarłam na miejsce, było już ciemno. Śnieg sypał tak gęsto, że światła reflektorów odbijały się od białej ściany. Wysiadłam z auta i uderzyła mnie cisza. Absolutna, dzwoniąca w uszach cisza.

Z mgły wyłoniła się sylwetka

Pierwsze dwa dni były dokładnie takie, jak zaplanowałam. Nudne. Czytałam książki przy kominku, piłam herbatę z miodem i próbowałam dodzwonić się do Tomka, żeby zdać relację. Rozmowy były krótkie, rwane przez słaby zasięg i jego brak czasu.

– Tak, kochanie, fajnie. U nas też pada. Słuchaj, muszę kończyć, prezes woła – te słowa stały się mantrą.

Trzeciego dnia postanowiłam ruszyć na szlak. Pogoda była zwodnicza – słońce przebijało się przez chmury, a mróz zelżał. Wybrałam trasę na Połoninę Wetlińską, klasyk, ale zimą wymagający. Czułam się pewnie. Może zbyt pewnie. W połowie drogi, w okolicach Przełęczy Orłowicza, pogoda zmieniła się w mgnieniu oka. To, co miejscowi nazywają „bieszczadzkim humorem”, dla mnie stało się koszmarem. Widoczność spadła do zera, wiatr zaczął zacinać lodem prosto w twarz. Zgubiłam szlak.

W jednej chwili byłam na ścieżce, w drugiej brnęłam po pas w zaspie, nie wiedząc, czy idę w górę, czy w dół. Panika to zimny dreszcz, który paraliżuje bardziej niż niska temperatura. Wyjęłam telefon – brak sieci. I wtedy go zobaczyłam. A raczej usłyszałam. Chrzęst rakiet śnieżnych. Z mgły wyłoniła się sylwetka. Wysoki, w starej, wełnianej czapce i znoszonej kurtce, która wyglądała, jakby pamiętała lata 80. Nie wyglądał jak warszawski turysta w nowiutkim zestawie za tysiące złotych.

– Zgubiliśmy się, co? – zapytał. Głos miał niski, szorstki, ale spokojny. Nie było w nim drwiny, tylko stwierdzenie faktu.

– Ja... chyba tak. Ślady zawiało – wydukałam, szczękając zębami.

– Igor – wyciągnął rękę w grubiej rękawicy. – Chodź, pani miastowa. Zabiorę cię na dół, zanim zamienisz się w sopel.

To „pani miastowa” powinno mnie wkurzyć. Zawsze byłam dumna ze swojej niezależności. Ale w tamtym momencie, patrząc w jego oczy – dziwnie jasne na tle ogorzałej twarzy – poczułam ulgę, która nie miała nic wspólnego z ratunkiem. To było coś fizycznego. Jakby ktoś nagle włączył ogrzewanie w moim zamarzniętym środku.

Czułam się, jakbym już zdradziła

Sprowadził mnie do schroniska, a potem zaoferował podwózkę swoim starym Land Roverem pod samą chatę pani Janiny. Okazało się, że jest leśniczym, a w sezonie dorabia jako przewodnik. Mieszkał tu od zawsze. Był totalnym przeciwieństwem Tomka. Brudne paznokcie, zapach dymu i lasu, brak pośpiechu.

– Wejdziesz na herbatę? Żeby się rozgrzać? – zapytałam, stojąc przed domkiem.

Wiedziałam, że nie powinnam. Wiedziałam, że Tomek właśnie pewnie je sushi z pudełka w biurze i myśli o naszym kredycie hipotecznym. Ale nie chciałam, żeby ten człowiek odjeżdżał.

– Tylko na herbatę – uśmiechnął się kącikiem ust. Ten uśmiech był jak obietnica kłopotów.

Siedzieliśmy przy kominku. Ogień trzaskał, a ja czułam, jak adrenalina ze szlaku powoli opada, ustępując miejsca czemuś innemu. Rozmowa kleiła się niebezpiecznie łatwo. Nie pytał o moją pracę, o stanowisko, o plany. Pytał o to, co lubię, czego się boję, dlaczego przyjechałam tu sama.

– Uciekasz – stwierdził w pewnym momencie, patrząc mi prosto w oczy. To nie było pytanie.

– Odpoczywam – poprawiłam go, nerwowo obracając kubek w dłoniach.

– Ludzie, którzy odpoczywają, mają inny wzrok. Ty masz wzrok kogoś, kto szuka wyjścia ewakuacyjnego.

Zrobiło mi się gorąco. On widział mnie taką, jaką byłam, bez tych wszystkich warstw makijażu i korporacyjnej nowomowy. Powiedziałam mu o ślubie. O Tomku. Myślałam, że to postawi barierę. Że się wycofa. Ale on tylko kiwnął głową.

– I jesteś szczęśliwa?

– Oczywiście – odpowiedziałam za szybko.

– To dobrze. Szczęście to rzadki towar w dzisiejszych czasach.

Kiedy wychodził, musnął moją dłoń. Przypadek? Nie sądzę. Prąd, który przeszedł przez moje ciało, był tak silny, że musiałam usiąść. Kiedy zamknęłam za nim drzwi, czułam się, jakbym właśnie zdradziła narzeczonego. Chociaż przecież nic się nie stało. Wypiłam właściwie tylko herbatę z nieznajomym.

Było zaborczo, mocno, desperacko

Przez kolejne dwa dni unikałam wychodzenia. Bałam się, że go spotkam. Bałam się, że będę chciała go spotkać. Pani Janina, właścicielka chaty, przychodziła czasem donieść drewna.

– Uważaj na góry, dziecko – powiedziała pewnego wieczoru, stawiając kosz przy piecu. – One wyciągają z człowieka to, co chce ukryć. A Igor... Igor to dobry chłopak, ale dziki. Jak wilk. Nie da się go oswoić.

Wiedziała. Ta stara kobieta wiedziała, co mi chodzi po głowie, zanim ja sama się do tego przyznałam. W czwartek wieczorem zadzwonił Tomek.

– Słuchaj, Aga, jest sprawa. Mama pyta, czy możemy zmienić kolor przewodni wesela na łososiowy, bo ciotka Grażyna kupiła już taką sukienkę. A, i muszę zostać w weekend w pracy, więc jak wrócisz, to się nie zobaczymy do wtorku.

Coś we mnie pękło. Nie chodziło o kolor serwetek. Chodziło o to, że ja walczyłam z żywiołem, z własnymi emocjami, z samotnością, a dla niego największym problemem była sukienka ciotki Grażyny. Byliśmy na dwóch różnych planetach.

Róbcie, co chcecie – rzuciłam i rozłączyłam się.

Dwie godziny później usłyszałam warkot silnika. Wyjrzałam przez okno. Znajomy Land Rover. Serce podeszło mi do gardła. Wyszedł w śnieżycę. Nie pukał. Stał po prostu przed werandą, paląc papierosa. Wyszłam do niego w swetrze, nie czując zimna.

– Wiedziałem, że nie śpisz – powiedział.

– Czego chcesz? – mój głos drżał.

– Tego samego, co ty. Żeby przestać udawać.

Nie było romantycznych wyznań, kwiatów ani muzyki. Był tylko gwałtowny krok, jego dłonie na mojej twarzy i usta, które smakowały tytoniem i mrozem. Pocałował mnie tak, jak nikt nigdy mnie nie całował – zaborczo, mocno, desperacko. Jakby chciał wyciągnąć ze mnie całe powietrze. Weszliśmy do środka. Drzwi trzasnęły, odcinając nas od świata.

Łzy płynęły mi po policzkach

To, co działo się tej nocy, było splotem gniewu, pasji i smutku. Z Tomkiem było ... poprawnie. Zaplanowane zbliżenia. Czwartki i soboty. Tutaj nie było planu. Była surowość. Drewniana podłoga, ciepło kominka, szorstkość jego rąk na mojej skórze. Czułam się brudna i jednocześnie czystsza niż kiedykolwiek. Każdy dotyk Igora był jak zmazywanie ze mnie lat bycia „grzeczną dziewczynką”, „dobrą narzeczoną”, „świetnym pracownikiem”. W pewnym momencie, leżąc w splątanej pościeli, patrząc na tańczące cienie na suficie, zapytałam go:

– Dlaczego ja?

– Bo masz w oczach ten sam głód, co ja kiedyś – odpowiedział cicho, głaszcząc mnie po plecach. – Też uciekłem z miasta. Też miałem narzeczoną, kredyt i plan na życie. A potem przyjechałem tutaj i zrozumiałem, że buduję zamek na piasku. Ty też to wiesz, Agata. Tylko boisz się zburzyć mury.

Opowiedział mi swoją historię. O korporacji w Krakowie, o wypaleniu, o tym, jak zostawił wszystko, by żyć w zgodzie ze sobą, nawet jeśli oznacza to samotność i ciężką pracę fizyczną. Słuchałam go i czułam, jak łzy płyną mi po policzkach. Płakałam nad sobą. Nad tym, że potrzebowałam obcego mężczyzny w górskiej chacie, by zrozumieć, jak bardzo jestem nieszczęśliwa. Zasnęliśmy nad ranem. Kiedy się obudziłam, miejsce obok mnie było puste. Na stole stał kubek z zimną kawą i mała, drewniana figurka wilka, wystrugana z drewna. Żadnej kartki. Żadnego numeru telefonu.

Wilki zawsze wracają do lasu

Pakowanie się było torturą. Każdy przedmiot przypominał mi o tym, co zrobiłam. Wyrzuty sumienia mieszały się z tęsknotą. Czułam się rozdarta. Z jednej strony byłam zdrajczynią. Z drugiej – czułam, że po raz pierwszy od lat oddycham pełną piersią. Kiedy oddawałam klucze pani Janinie, spojrzała na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem.

– Znalazłaś to, czego szukałaś? – zapytała.

– Znalazłam chyba więcej problemów niż rozwiązań – odpowiedziałam szczerze.

– Czasem trzeba narobić bałaganu, żeby móc posprzątać swoje życie na nowo – uśmiechnęła się i po raz pierwszy zobaczyłam w niej ciepło. – A wilki... wilki zawsze wracają do lasu. Pamiętaj o tym.

Droga powrotna do Warszawy była koszmarem. Każdy kilometr oddalający mnie od Bieszczad był jak brak oddechu. Wjechałam do miasta wieczorem. Światła wieżowców, które kiedyś mnie fascynowały, teraz wydawały się sztuczne i agresywne. Weszłam do mieszkania. Tomek siedział przed telewizorem, choć miało go nie być.

– O, jesteś! – rzucił, nie wstając. – Jak było? Wybacz, że nie dzwoniłem wczoraj, ale chłopaki wyciągnęli mnie na piwo po robocie.

Patrzyłam na niego. Na jego idealnie wyprasowaną koszulę, na jego obojętną twarz, na to sterylne, białe mieszkanie, które urządziliśmy zgodnie z folderami reklamowymi. I wtedy zrozumiałam. Zdrada fizyczna była straszna, tak. Ale gorszą zdradą było to, co robiłam sobie samej przez ostatnie lata. Zdradzałam swoje pragnienia, swoją naturę, godząc się na letnią wodę w kranie.

Powiedziałam mu prawie wszystko

– Musimy porozmawiać – powiedziałam, stawiając torbę na podłodze. Nie rozpakowałam jej. Wciąż pachniała dymem z kominka na Wetlinie.

– Teraz? Mecz leci.

– Teraz.

Powiedziałam mu wszystko. Nie o Igorze – to zachowałam dla siebie, jako moją bolesną tajemnicę i katalizator. Powiedziałam mu, że to nie ma sensu. Że nie chcę łososiowych serwetek, że nie chcę kredytu na 30 lat na mieszkanie, którego nie lubię, i że nie kocham go tak, jak on na to zasługuje. Był szok. Były krzyki. Były oskarżenia o to, że zwariowałam, że mam kryzys wieku średniego, że jestem niewdzięczna.

– Pojechałaś w te góry i ci odbiło! – krzyczał.

– Tak – odpowiedziałam spokojnie. – Odbiło mi. Obudziłam się.

Spakowałam resztę rzeczy tej samej nocy. Zatrzymałam się u koleżanki. Ślub odwołano. Rodzina była w szoku, matka płakała, że zmarnowałam sobie życie. Straciłam wielu „przyjaciół”, którzy stanęli po stronie „biednego, porzuconego Tomka”.

Zmieniłam życie i odzyskałam siebie

Minęło pół roku. Nie, nie wróciłam w Bieszczady, by rzucić się w ramiona Igora. To nie jest bajka. Igor był iskrą, która podpaliła lont, a nie celem samym w sobie. Nie dzwoniłam do niego, choć czasem, w gorsze dni, obracam w palcach drewnianego wilka, który stoi na moim biurku. Zmieniłam pracę. Wyprowadziłam się do mniejszego mieszkania, z widokiem na park, a nie na biurowce. Zaczęłam chodzić po górach – na razie Tatry, ale wiem, że Bieszczady na mnie czekają.

Tamta zdrada w zaśnieżonej chacie była moralnie naganna. Wiem to. Nie jestem z tego dumna. Ale paradoksalnie, to był najbardziej uczciwy moment w moim życiu. Moment, w którym przestałam kłamać – najpierw przed tym obcym mężczyzną, a potem przed samą sobą. Czasami zastanawiam się, co by było, gdybym nie zgubiła wtedy szlaku. Pewnie teraz wybierałabym kolor zasłon do sypialni, martwiąc się, czy pasują do kanapy, a w środku umierałabym powoli, dzień po dniu. Bieszczady zabrały mi narzeczonego i „idealne” życie. Ale oddały mi mnie samą. I choć to brzmi jak tanie hasło z sociali – to jest najprawdziwsza i najboleśniejsza lekcja, jaką dostałam. Uważajcie na to, czego szukacie w górach. Bo możecie znaleźć tam prawdę, której wcale nie chcecie znać, ale której desperacko potrzebujecie.

Aga, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama