Reklama

Nie znoszę zimy. I nie chodzi tylko o zimno, śnieg czy zasolone buty, ale o ten przymus bycia radosnym, rodzinnym, zaangażowanym. O te wszystkie „ferie z atrakcjami”, które z roku na rok wyglądają tak samo: zmęczeni nauczyciele i gromada dzieciaków, które wolałyby grać na telefonie niż „aktywnie wypoczywać” na sankach przy temperaturze minus dziesięć stopni.

Byłam wypalona

Uczę języka polskiego. Właściwie, można by powiedzieć, że jestem wypalona, ale to słowo jest zbyt ładne. Ja jestem bardziej jak pilot ze zużytą baterią – czasem coś jeszcze mignie, ale generalnie nie nadaję się już do niczego. Zgodziłam się pojechać na zimowisko z poczucia obowiązku i z braku lepszych planów. Kiedy się nie ma dzieci, partnera, a nawet kota, trudno mówić, że ma się „urlop”, więc pakujesz walizkę, termos, ciepłe skarpety i jedziesz opiekować się cudzymi dziećmi, podczas gdy ich rodzice odpoczywają. Sprawiedliwość społeczna w pigułce.

– Będzie fajnie, zobaczysz – powiedziała moja koleżanka z pracy, która akurat naprawdę wierzy w to, co mówi. Nauczycielka matematyki, pełna energii, z uśmiechem, który nie znika nawet po trzech nieprzespanych nocach.

– Tak. Fajnie. Grypa i odmrożone palce – mruknęłam, wciskając się do ciasnego autobusu razem z trzydziestką rozwrzeszczanych dzieciaków. – Jeśli to mają być moje ferie, to może lepiej od razu wrócić do szkoły.

– Może chociaż pogoda dopisze? – nie dawała za wygraną, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.

– Albo dopisze gorączka i wrócimy wcześniej – rzuciłam z przekąsem, opatulając się szalikiem jak pancernik i patrząc, jak zza szyby autobusu znikają ostatnie ślady cywilizacji.

Tak zaczynały się moje „ferie” – z rozczarowaniem, sarkazmem i bez oczekiwań.

Byłam sceptyczna

Pensjonat wyglądał jak scenografia z filmu katastroficznego. Dzieciaki rozbiegały się we wszystkie strony, na stołówce śniadanie było porozrzucane po stołach. Słychać było wrzaski, kaszlnięcia, stuk łyżek o talerze i nieustanny wrzask. Próbowałam wlać sok do kubka, ale ktoś mnie potrącił i sok rozlał się na mój rękaw. Westchnęłam i sięgnęłam po serwetkę, ale nim zdążyłam cokolwiek zetrzeć, ktoś podał mi nowy kubek i suchą szmatkę.

– Tropiki, co? – usłyszałam za sobą męski głos.

Spojrzałam. Wysoki facet, w bordowej bluzie. Trochę zaspany, trochę zarośnięty. Uśmiechał się jak ktoś, kto przeszedł przez podobne piekło już wiele razy.

– Przy minus dziesięć? Masz specyficzne poczucie humoru – odpowiedziałam, nie mogąc się powstrzymać.

– Nie mam, to termometr mi się chyba zbuntował albo te dzieci produkują własne ciepło. Mikroklimat – odparł, wskazując głową w stronę grupy chłopców rzucających się okruchami chleba.

Uśmiechnęłam się mimowolnie. Facet zniknął po chwili, jakby przyszedł tylko na moment pomóc z kubkiem, rzucić głupi żart i zostawić mnie z pytaniem, skąd wziął się ktoś, kto żartuje w takich warunkach.

Nie znałam go

Tego dnia widziałam go jeszcze dwa razy. Raz, kiedy próbował odciągnąć chłopaka, który wsadził sobie śnieg za kołnierz i teraz krzyczał jakby ktoś go oblewał wrzątkiem i drugi raz, kiedy wynosił z kuchni dzbanek z herbatą, balansując z równowagą, której pozazdrościłby mu nie jeden kelner.

Nie szukaliśmy się, ale co chwilę trafialiśmy na siebie – na korytarzu, na dyżurze, przy szukaniu rękawiczek, które dzieciaki gubiły z uporem godnym lepszej sprawy. Andrzej, bo tak się przedstawił trzeciego dnia, był z innej szkoły w sąsiednim mieście. Miał wieczny nieład na głowie i nieco spóźniony refleks, ale dzieci go lubiły. Śmiały się z jego opowieści o pingwinach z Zakopanego i pytały, czy może znów pokazać, jak się skacze z sanek w biegu. Wieczorami siadaliśmy przy warcabach w świetlicy i graliśmy.

– Nigdy nie miałem talentu do warcabów, ale ty grasz jak snajper – powiedział, kiedy w pięciu ruchach wyczyściłam mu rząd.

– A ty jak ameba – odpowiedziałam, nie patrząc na niego.

– Dzięki. To najcieplejsze, co dziś usłyszałem.

Niczego ode mnie nie chciał. Nie próbował udowadniać, że jest mądrzejszy, silniejszy, bardziej doświadczony. Kiedy jednego wieczoru nie przyszedł do świetlicy, nasłuchiwałam przez cały czas jego kroków. A potem nie mogłam zasnąć.

Wpadł mi w oko

Ostatni wieczór. W świetlicy było cicho. Usiedliśmy jak zwykle do warcabów.

– Będzie mi brakować tych nocnych partii – powiedział.

– Jeszcze zdążysz pograć z kimś lepszym.

– Nie chcę lepszego. Chcę ciebie, jeśli ty też…

Patrzyłam na jego ręce, na zgięcia palców. Nie lubię tych momentów, kiedy trzeba powiedzieć prawdę na głos, ale powiedziałam.

– Ja też chcę. Ale ty pierwszy napisz.

Pokiwał głową. Sięgnął po telefon, wpisał numer.

– Zrobione – rzucił cicho. – Napiszę jeszcze dziś.

Nie wiedziałam, czy mu wierzyć, nie wiedziałam, co czuję, ale nie chciałam już wracać do domu. Wyjechaliśmy wczesnym rankiem. Dzieci spały w autobusie, a ja patrzyłam na rozjaśniające się niebo i starałam się nie myśleć. W domu przywitała mnie chłodna kuchnia. Włączyłam czajnik, przebrałam się w dres i usiadłam przy stole.

Pamiętał o mnie

Telefon milczał, minuty płynęły powoli. Głowa mówiła: „spokojnie, to tylko zimowisko, to nic”. Ale w środku nie było spokojnie. Tuż po dwudziestej drugiej ekran zaświecił: „Hej. Nie wiem, czy grasz jeszcze po 22, ale chciałbym rewanżu”.

Uśmiechnęłam się. Przez chwilę patrzyłam na wiadomość, a potem odpisałam: „Dziś wieczorem. Twój ruch”. Nie czekałam długo. Odpowiedział natychmiast: „Ale teraz gram na serio”. Następnego dnia wieczorem siedziałam w fotelu przy oknie. Za szybą padał śnieg – cichy, równy, jakby świat wreszcie przestał się spieszyć. Wzięłam telefon do ręki i wtedy usłyszałam dźwięk wiadomości: „Jutro będę w twoim mieście. Możemy zagrać twarzą w twarz?”.

Serce uderzyło mocniej, ale nie z lęku, a z ekscytacji. Nie wahałam się ani chwili. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Wyglądałam zwyczajnie, ale czułam się jak ktoś, kto pierwszy raz od dawna ma jakiś cel. „Możemy – napisałam. – I tym razem nie dam ci forów”. „A ja się nie poddam – odpisał. – Ale uprzedzam, teraz gram o wszystko”. Zaśmiałam się sama do siebie. To miały być tylko ferie, a jednak coś się zaczęło.

Natalia, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama