Reklama

Nie wiem, co mnie podkusiło. Może to było jedno z tych słabszych chwil, gdy człowiek, zamiast kierować się rozsądkiem, daje się ponieść emocjom. Albo matczyną lojalnością. Bo przecież kiedy własne dziecko mówi „mamo, jedź z nami, będzie fajnie, odpoczniesz, zajmiesz się tylko sobą” – trudno odmówić. Zwłaszcza że dawno nigdzie razem nie byliśmy. Córka pracuje, wnuki rosną, a ja... cóż, przydałby mi się oddech. Góry zimą mają swój urok, to fakt. Tyle że to, co sobie wyobrażałam, a to, co mnie tam spotkało, to były dwa różne światy.

Wzięłam walizkę, ciepłe swetry, książkę i wielkie nadzieje na ciszę. Tylko że ta cisza... bardzo szybko okazała się mrzonką. Przez chwilę miałam złudzenie, że to będzie wyjazd marzeń, że posiedzę w termach, poczytam przy kominku, pójdę na spacer. A potem wszystko się zaczęło.

Dałam się wmanewrować

– No mamo, szybciej, co się tak wleczesz? – zawołała moja córka, gdy gramoliłam się z walizką na śliskim parkingu pod pensjonatem.

– Przypominam, że mam kolano po operacji, a nie narty w nogach – burknęłam, sapnąwszy, bo właśnie wlazłam w jakąś zaspę. – I wcale nie musiałaś pakować połowy mieszkania do mojej walizki.

– Oj, mamo… Przecież tylko trochę jedzenia, pieluchy dla młodego, termos, laptop i kilka zabawek. Zresztą nie narzekaj, sama się zgodziłaś.

Nie, nie zgodziłam się. Dałam się wmanewrować. Radość z wyjazdu zaczęła topnieć szybciej niż śnieg pod tym pensjonatem. Jak tylko weszliśmy do środka, dwie małe kule energii – moje wnuki – rozbiegły się jak dzikie zwierzęta po wypuszczeniu z klatki.

– Babciu, chodź zobaczyć! Mamy łóżko z drabinką! – wrzeszczał starszy wnuczek, ciągnąc mnie za rękaw, zanim zdążyłam rozebrać kurtkę.

– Nie teraz, skarbie, babcia musi najpierw odetchnąć – próbowałam protestować.

– Mamo, zajmij się przez chwilę dzieciakami – rzuciła do mnie córka, siadając na kanapie i wyciągając telefon. – Muszę tylko sprawdzić maile.

– A może najpierw ustalimy, kto tu z kim śpi, gdzie ja w ogóle mam miejsce? – zapytałam.

– Weźmiesz pokój z dziećmi, a ja będę spała w drugim pokoju. Muszę skończyć robotę.

Zamarłam.

– Z dziećmi? Cały tydzień?

No przecież jesteś babcią. Myślałam, że ci będzie miło.

Owszem, jestem babcią. A nie darmowym przedszkolem. I coś mi mówiło, że ta „miła” wycieczka będzie dla mnie bardziej pracowita niż cały grudzień w domu.

Załamałam się

– Babciu, on mnie kopie! – jęknął młodszy wnuczek, kiedy po raz trzeci poprawiałam kołdrę, która zjeżdżała na podłogę.

– Nie kopię, ja się tylko przeciągałem! – obruszył się starszy i zaraz pacnął brata poduszką.

– Dość! – syknęłam przez zęby, bo było już po dwudziestej trzeciej, a ja nie spałam ani minuty. – Leżeć spokojnie, oczy zamknięte i ani mru-mru.

– Ale babciu, ja się boję spać przy oknie, tu mogą być wilki... – wymamrotał młodszy, wciągając kołdrę pod sam nos.

– To nie jest bajka o Czerwonym Kapturku. Jesteśmy w pensjonacie, nie w lesie – westchnęłam, siadając na brzegu łóżka. – A ty, młody człowieku – spojrzałam na starszego – ani się waż ruszyć. Jeszcze raz trącisz brata i śpisz na podłodze.

– A mama?

– Mama ma prezentację do skończenia.

Dzieci w końcu zasnęły. Nie wiem, o której zamknęłam oczy, ale wiem, że otworzyłam je z jękiem, kiedy młodszy obudził mnie o szóstej rano.

– Babciu, siusiu…

– To idź.

– Ale się boję sam…

Wstałam. W pidżamie, z rozwichrzonymi włosami, pomaszerowałam z nim do łazienki. A kiedy wróciliśmy, okazało się, że starszy zdążył włączyć tablet.

– Dzień dobry, babciu. Wiesz, że dzisiaj ma padać?

– Ja wiem jedno – mruknęłam. – Że miałam odpoczywać.

Miałam jej za złe

– Mamo, weź ich dzisiaj na sanki, dobrze? Ja muszę popracować, mam klienta z Niemiec i wideokonferencję – rzuciła córka.

– A ty nie mówiłaś przypadkiem, że ja tu mam odpocząć? – zapytałam.

– No mówiłam, ale przecież sanki to sama przyjemność! Dla dzieci i dla ciebie – uśmiechnęła się słodko.

Spojrzałam na śnieg za oknem. Padało poziomo. Wiatr wył jak zbłąkany turysta. Sama przyjemność, jasne. Godzinę później szłam po kolana w zaspie, ciągnąc sanki i dwie istoty w kombinezonach, które krzyczały na zmianę „szybciej, babciu!” i „nudzę się!”. Ręce odmawiały mi posłuszeństwa, a czapka spadała mi co trzy kroki.

– Babciu, mogę zjechać z tej górki?

– Nie, jest oblodzona.

– A mogę z tej drugiej?

– Tam leży gałąź, jeszcze się wywrócisz.

To po co w ogóle tu przyszliśmy?

– Świetne pytanie – mruknęłam pod nosem.

Na szczęście w połowie górki młodszy oznajmił:

– Babciu, zgłodniałem. Bardzo.

Starszy dołożył swoje:

– But mi się rozwiązał.

Wróciliśmy do pensjonatu. W progu minęłam moją córkę, która miała na sobie maseczkę na twarzy i pachniała jak cytrusowy ogród.

– Jak było? – zapytała beztrosko.

– Cudownie – odpowiedziałam, ociekając wodą. – Moje kolano mnie nienawidzi, a rękawiczki przemówiły i błagają o azyl.

Jutro też mogłabyś… – zaczęła.

– Mogłabym – przerwałam. – Ale nie zamierzam.

Marzyłam o filiżance kawy

Następnego dnia o siódmej rano zdołałam wymknąć się z pokoju. Włosy spięte byle jak, bluza na opak, ale byłam wolna. Marzyłam tylko o filiżance kawy w ciszy. W jadalni było pusto, a z ekspresu parowała obietnica.

– Dzień dobry – powiedziałam sama do siebie, zasiadając przy oknie. – Kawa, cisza, święty spokój…

– Mamo! – wrzasnęła córka, wpadając jak burza. – Gdzie ty jesteś?! Szukałam cię wszędzie!

– Zaskoczę cię – odpowiedziałam spokojnie – jestem w jadalni. Piję kawę. Takie rzeczy się czasem robi na wakacjach.

– Młodszy się zsikał w łóżko, starszy nie może znaleźć kapci i obaj płaczą. A ja mam zaraz rozmowę z szefem!

– I co w związku z tym?

– No pomóż! Przecież jesteś babcią!

– A ty jesteś mamą – spojrzałam na nią ponad filiżanką.

– Ale ja naprawdę nie mam siły, nie śpię od trzech nocy…

– Ja też nie. Tylko że ja już dzieci wychowałam. Mam za sobą dyżury przy gorączce, czyszczenie uszu, przedszkolne dramaty i nocne pobudki. Teraz miało być inaczej. Miało być trochę dla mnie.

– Myślałam, że chcesz spędzać czas z wnukami…

– Chcę. Jak babcia. A nie jako niania z dyżurem od szóstej do dwudziestej trzeciej.

Córka zamilkła. A potem usiadła naprzeciwko mnie.

Przepraszam, mamo.

Zawahałam się, ale nalałam jej kawy do kubka.

– Masz. Bo zaraz i tak pójdę ich ubierać.

– Serio?

– Tak, ale jutro rano... nie istnieję dla nikogo przed dziesiątą.

Miałam dość

Dzień przed wyjazdem córka miała nagłą iluminację.

– Mamo, zapisałam chłopaków na warsztaty z lepienia figurek z masy solnej. Od dziesiątej do dwunastej. Tylko ich zaprowadzisz, co?

– A ty?

– Ja się wtedy spakuję i może jeszcze wskoczę do sauny. Taki reset na koniec – zaśmiała się.

Patrzyłam na nią jak na kogoś, kto właśnie zaproponował mi bieganie po lawie.

– To znaczy, że ja znowu…?

– No mamo… Ostatni dzień. Dla nich frajda, dla ciebie chwila spokoju. W sensie – relatywnego spokoju.

Chłopcy oczywiście nie chcieli iść. Młodszy płakał, że masa solna śmierdzi, starszy uznał, że to „dla bobasów”.

– Babciu, a nie możemy zostać z tobą w pokoju?

– Nie – powiedziałam stanowczo, pierwszy raz od tygodnia. – Babcia ma dziś swoje warsztaty. Z leżenia w ciszy.

Zaprowadziłam ich do sali pełnej dzieci. Po pięciu minutach już robili dinozaura z czterema głowami. Wróciłam do pokoju i zamknęłam drzwi. Bez myśli, bez dzieci, bez hałasu. Leżałam na łóżku i patrzyłam w sufit, jakby to było kino domowe. Gdy po dwóch godzinach wróciłam po chłopców, wybiegli do mnie z dumą.

– Babciu! Zrobiłem ci kota! – wręczył mi coś, co wyglądało jak topniejący ziemniak.

– A ja serce! – dodał młodszy, całując mnie w policzek.

– Dziękuję, skarby. Będą stały na półce.

Wróciłyśmy do pokoju. Córka znowu miała maseczkę na twarzy.

– Dzięki, mamo. Naprawdę. Bez ciebie bym nie ogarnęła.

– Cóż… następnym razem ogarniesz. Sama.

Nie żałowałam

W drodze powrotnej siedziałam z tyłu między fotelikami, wśród okruchów, plasteliny i skarpetek bez pary. Córka prowadziła, dzieci spały, a ja patrzyłam przez okno na śnieg, który znów zaczął prószyć.

– Wiesz, mamo… – zaczęła nieśmiało córka, nie odrywając wzroku od drogi – …dużo zawdzięczam twojej pomocy. I wiem, że trochę cię wykorzystałam.

– Trochę? – mruknęłam.

– No dobra… bardzo. Po prostu... czasem mam wszystkiego dość. W domu, w pracy. I jak ty jesteś, to jakoś czuję, że dam radę.

Spojrzałam na nią kątem oka.

– To niech to będzie ostatni raz – powiedziałam spokojnie. – Następnym razem jak będziesz planować „rodzinny wyjazd”, to nie chcę być znowu z darmową opiekunką.

– Rozumiem. Masz rację.

– Poza tym – dodałam – to miał być mój odpoczynek. A zamiast tego przeszłam tygodniowy obóz przetrwania wśród śniegu, kup i nocnych pobudek.

Córka się zaśmiała.

Przepraszam. Naprawdę. Obiecuję, że następnym razem ty jedziesz do SPA, a ja zostaję z chłopakami.

– Zanotowane – uśmiechnęłam się. – I przypomnę ci o tym. Ze szczegółami.

Chwilę milczałyśmy. Dzieci oddychały równomiernie, śnieg bielił pobocza.

– Wiesz, mimo wszystko... dobrze było zobaczyć ich radość – dodałam, niechętnie.

Czyli nie żałujesz?

Westchnęłam.

– Żałuję, że nie zabrałam zatyczek do uszu i drugiego termosu, ale nie, nie żałuję. Bo to moje wnuki. A ich miłość… to trochę jak masa solna. Lepka, nieforemna, ale jak wyschnie, zostaje na zawsze.

Krystyna, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama