Reklama

Nazywam się Darek, mam czterdzieści pięć lat, żonę i dwójkę dzieci, które z każdym rokiem są coraz bardziej samodzielne. Pracuję jako nauczyciel WF-u – nigdy nie przynosiłem do domu wielkich pieniędzy, za to miałem zawsze coś, czego nie da się kupić: czas. Czas na śniadanie z córką, czas na podwiezienie syna na zajęcia, czas na wieczorne rozmowy o wszystkim i o niczym. Dzieci wiedzą, że mogą na mnie liczyć – po prostu jestem dla nich na każde wezwanie.

Marta, moja żona, od kilku lat żyje w innym tempie. Zawsze była ambitna, ale od kiedy została menedżerką, jest wiecznie nieobecna – nawet wtedy, gdy siedzi przy stole. Kiedyś dzieliliśmy się wszystkim, dziś rozmowy są krótkie, przerywane dźwiękiem przychodzących wiadomości. Kiedy patrzę na Martę, widzę, jak coraz bardziej się od nas oddala, chociaż może wcale tego nie chce. Tylko że nie zawsze się da być wszędzie naraz.

Pomysł na wspólny wyjazd w góry to była moja próba ratunku. Chciałem odpocząć razem – bez pośpiechu, telefonów, wiecznego „jeszcze tylko jeden mail”. Dzieci były zachwycone. Marta – jak zawsze zamyślona, pakowała laptopa i ładowarki jak rzeczy pierwszej potrzeby.

Wieczorem, tuż przed wyjazdem, próbowałem być dobrej myśli. Marta przeglądała kalendarz w telefonie, a ja w końcu zapytałem:

Będziesz miała dla nas czas?

– Będę musiała tylko raz dziennie sprawdzić skrzynkę – odpowiedziała, nawet nie patrząc w moją stronę.

Próbowałem żartować, udając, że nie czuję tego ścisku w żołądku:

– A może dzieci też ci wyślą maila, żebyś do nich zajrzała?

Uśmiechnęła się słabo. Wtedy jeszcze wierzyłem, że naprawdę postara się być z nami.

Myślami była dalej w pracy

Nastał pierwszy poranek w górach. Dzieci już nie mogły wysiedzieć – jeszcze w piżamach dopytywały, kiedy pójdziemy na sanki. Słońce za oknem odbijało się od śniegu, a ja w środku czułem radość – taką prostą, dziecinną. Marta siedziała przy stole, kawa stygła, a ona patrzyła w ekran laptopa.

Dajcie mi dziesięć minut, muszę tylko odpisać na dwa maile – rzuca do nas, nie odrywając wzroku od ekranu.

Dziesięć minut przeciągnęło się do trzydziestu. W końcu wyszedłem z dziećmi sam. Zjeżdżaliśmy na sankach, śmialiśmy się, robiliśmy wyścigi. W pewnej chwili usłyszałem, jak syn krzyczy:

– Tata, patrz! Prawie jak bobsleje!

– Dawaj jeszcze raz! – córka śmiała się do rozpuku.

Na śniegu czułem się lekko, jakby wróciło do mnie dzieciństwo. Po powrocie Marta powitała nas zdawkowym: „Fajnie było?”. W ręku miała telefon, głowa była gdzieś daleko. Próbowałem ją wciągnąć do gry w planszówki, dzieci podchwyciły temat.

– Mamo, zagramy wszyscy razem? – córka patrzyła z nadzieją.

– Dajcie mi chwilę, muszę tylko odebrać jeden telefon – odpowiedziała Marta, uśmiechając się nerwowo.

Kiedy wróciła, dzieci już kończyły grę. Atmosfera w pokoju zaczęła się robić lodowata. Wieczorem Marta zaproponowała:

– To co, oglądamy jakiś film?

Córka wzruszyła ramionami:

Już oglądaliśmy z tatą.

Syn bez ogródek rzucił:

Ty i tak zaraz pójdziesz odebrać telefon.

Marta odwróciła wzrok, w jej głosie pojawiła się irytacja:

– Nieprawda. Mam dla was czas.

Czułem, jak ściska mnie w środku. Odpowiedziałem cicho, bardziej do siebie niż do niej:

– Tylko nie wtedy, kiedy trzeba…

Kładąc się spać, nie potrafiłem odpędzić myśli: „dzieci przestają już zabiegać o kontakt z matką”. Coraz częściej przychodzą z problemem do mnie, rysują dla mnie laurki, przytulają się do mnie przed snem. Widzę, jak Marta coraz bardziej się oddala, a ja nie umiem jej zatrzymać.

Padło to jedno pytanie

Obiad w górskim domku miał być najważniejszym punktem dnia. W mojej głowie widziałem naszą czwórkę: rozgadanych, z rumieńcami od śniegu, wpatrzonych w siebie z uśmiechem. Tymczasem siedzimy w ciszy. Ja nakładam zupę, dzieci dłubią w talerzach, Marta jedną ręką miesza makaron, drugą stuka w klawiaturę laptopa. W tle dźwięk powiadomień, który podnosi mi ciśnienie.

– Kto chce dokładkę? – pytam, próbując nadać posiłkowi zwyczajności.

Dzieci milczą, Marta podnosi wzrok tylko na sekundę. Nagle, jakby ktoś rozciął tę ciszę nożem, mój młodszy syn mówi na głos, zupełnie bez emocji, jakby pytał o pogodę:

– Mamo, po co w ogóle tu przyjechałaś?

Zamarliśmy wszyscy. Marta w jednej chwili przestała pisać, jej palce zatrzymały się w powietrzu. Przez chwilę nie słychać nic, tylko ciche tykanie zegara. Próbowałem złapać jej wzrok, ale ona patrzyła gdzieś obok, jakby nagle cała ta rzeczywistość zrobiła się dla niej za ciasna.

– Jak to po co? Żeby z wami być… – powiedziała, ale nawet ona nie wierzyła w to zdanie.

Córka rzuciła cicho, ledwo słyszalnie:

Ale ciebie tu nie ma.

Miałem ochotę wyjść, cokolwiek zrobić, byle przerwać tę scenę, ale nie potrafiłem. Ostatecznie powiedziałem, chyba bardziej do siebie:

– Może czasem bycie fizycznie to za mało, co?

Marta zamknęła laptopa. Po raz pierwszy od początku wyjazdu zobaczyłem w jej oczach coś innego niż zniecierpliwienie – chyba wstyd, może nawet strach. Dzieci nie ciągnęły dalej tematu. Obiad skończył się szybko, bez słowa. Tylko talerze stukały o blat.

Wieczorem patrzyłem, jak Marta próbuje rozmawiać z dziećmi, pyta o coś, proponuje wspólną grę. One nie odwracają się, nie są opryskliwe, po prostu patrzą na mnie – czekają, co powiem ja, co zaproponuję. Marta w końcu wycofała się do sypialni.

Myślałem o tym, co się właśnie wydarzyło. W jej oczach widziałem nie tylko wstyd, ale też coś jeszcze – bezradność, której nie potrafiła z siebie zrzucić. Wściekłość. Nie na dzieci. Na siebie. Nawet z tym nie umiała nic zrobić.

Przepaść się pogłębiała

Następne dni mijały nam jak przez mgłę. Starałem się podtrzymać jakiś rodzinny rytuał, wyciągałem dzieci na narty, lepiłem z nimi igloo, chodziliśmy do kina w pobliskim miasteczku. Marta raz po raz próbowała się do nas dołączyć, ale dzieci były już nieufne. Kiedy proponowała spacer, odpowiadały: „Może później”, kiedy mówiła o grze planszowej – „Pogramy z tatą”. Widziałem jej wysiłek, choć przychodził za późno, a w każdym jej geście było czuć napięcie.

Pewnego popołudnia wszedłem do kuchni, gdzie Marta krzątała się przy blacie, udając, że jest zajęta czymś ważnym. Dzieci były w pokoju obok, śmiejąc się na cały dom. W końcu Marta nie wytrzymała:

Nie możecie mnie tak odcinać! Przecież to ja jestem tu matką!

Zatrzymałem się w progu. Nie podnosiłem głosu. Starałem się nie być stroną w tej wojnie, ale nie potrafiłem już udawać, że nic się nie dzieje.

– A ty nie odcinasz się codziennie od nas? – powiedziałem spokojnie, ale wyraźnie.

– Nie rozumiesz, że ja nie mam wyboru? – Marta zaciskała pięści, jakby walczyła ze sobą bardziej niż ze mną.

Patrzyłem na nią i nagle poczułem, że nie potrafię jej już współczuć w taki sam sposób jak kiedyś.

– Masz wybór. Zawsze miałaś. Tylko nie wybrałaś nas.

Oczy Marty zrobiły się czerwone, łzy napływały jej do oczu, ale nie pozwoliła sobie na nie przy mnie. Odwróciła się na pięcie i wyszła z kuchni, trzaskając drzwiami. Słyszałem jej płacz w łazience, ale dzieci nie zwracały już na to uwagi – były zajęte budowaniem fortecy z poduszek. Do końca dnia Marta nie wychodziła z pokoju.

Wieczorem próbowałem z nią porozmawiać, ale usłyszałem tylko: „Daj mi spokój, Darek. Po prostu daj mi spokój”. Zostałem sam z dziećmi, które teraz jeszcze mocniej lgnęły do mnie. Przez chwilę łapałem się myśli, że nawet nie tęsknią za matką. Kładłem się spać i wiedziałem, że przepaść między nami staje się coraz większa. A ja nie wiem już, czy cokolwiek ją zasypie.

Próbowała jeszcze raz

Noc była ciężka. Przewracałem się z boku na bok, wsłuchując się w ciche szmery zza ściany – Marta długo nie spała, słyszałem, jak krząta się po kuchni, jak przemyka do łazienki i z powrotem. Rano próbowała wstać pierwsza, zaparzyć kawę, nawet uśmiechnąć się do dzieci, jakby nic się nie stało. Dzieci jednak były już gdzieś indziej – śmialiśmy się z synem z jego pomysłu, żeby zrobić bitwę na śnieżki, córka wymyśliła, że zrobimy własne zawody narciarskie. Marta patrzyła na nas z boku, zagubiona. Chciała podejść, dołączyć, ale nie umiała znaleźć swojego miejsca.

Przez chwilę przysiadła się do nas podczas śniadania, jakby szukała kontaktu, ale rozmowy krążyły wokół tego, co zrobimy z tatą, gdzie jeszcze pójdziemy, jakie mamy plany. W końcu podjęła ostatnią próbę.

– Może jutro pójdziemy razem na stok? – zaproponowała, trochę zbyt wesołym głosem.

Córka nie patrząc na nią, odpowiedziała:

Już umówiliśmy się z tatą.

Marta próbowała nie stracić twarzy, uśmiechnęła się wymuszenie:

– To może wieczorem film? Jak kiedyś?

Syn wzruszył ramionami:

Będziesz miała czas?

W pokoju zapadła niezręczna cisza. Dzieci szybko się rozeszły, a Marta została sama przy stole, próbując wytrzymać tę pustkę. Ja patrzyłem na nią przez chwilę i poczułem żal – nie triumf, nie satysfakcję. Przypomniałem sobie, jak kiedyś planowaliśmy życie, jak w nocy rozmawialiśmy o tym, kim będziemy, kiedy dzieci dorosną. Wtedy byliśmy drużyną. Co się stało po drodze? Kiedy to wszystko tak się popsuło?

Wieczorem Marta przygotowała dla nas kolację, przyniosła dzieciom drobne prezenty, jakby chciała odkupić czas, ale dzieci przyjęły to obojętnie. Syn podziękował, córka się uśmiechnęła, ale potem oboje uciekli do mnie. Widziałem, jak Marta siada sama przy kuchennym stole i zakrywa twarz dłońmi. Przez chwilę miałem ochotę do niej podejść, ale czułem, że już nic nie zmienię.

Nie wszystko można naprawić

Ostatni dzień ferii nadszedł szybciej, niż wszyscy się spodziewaliśmy. Wstaliśmy późno, trochę wymęczeni emocjami i kolejną trudną nocą. Marta siedziała już przy kuchennym stole z kubkiem herbaty w dłoniach, patrząc w okno – zupełnie jakby liczyła płatki śniegu. Tym razem jej telefon leżał nieużywany, ekran był czarny, a laptop zamknięty. Przez moment wyglądała jak dawna Marta, ta, w której zakochałem się lata temu.

Dzieci bez pośpiechu szykowały się do wyjazdu. Ostatnie śniadanie zjedliśmy niemal w ciszy, każdy zajęty własnymi myślami. Marta kilka razy próbowała zagadać, zaproponować, że jeszcze mogą wyjść na sanki, może przejść się ostatni raz po okolicy – ale nikt nie odpowiedział. Po prostu nie było już w nich tej chęci.

Zebrała się w sobie, chciała jeszcze coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły jej w gardle. Przez cały dzień kręciła się po domku, próbując zająć ręce drobiazgami: składaniem ubrań, sprawdzaniem, czy nie zapomnieliśmy czegoś spakować. Z każdym kolejnym ruchem było w niej coraz więcej rezygnacji.

Po południu dzieci przyszły do mnie z planszówką. Usiedliśmy razem na kanapie, śmiejąc się z drobnych wygłupów i rzucając się poduszkami. Marta pojawiła się w drzwiach, popatrzyła na nas przez chwilę, a potem cicho wróciła do kuchni. Wieczorem, kiedy dzieci już spały, znalazłem ją tam – siedziała przy stole, oparta o blat, z łzami w oczach, których nikt prócz mnie nie widział.

Spojrzała na mnie i wyszeptała drżącym głosem:

Straciłam ich, prawda?

Usiadłem naprzeciwko, długo szukając odpowiedzi.

– Nie. Oni po prostu znaleźli kogoś, kto był przy nich, kiedy cię potrzebowali.

Marta otarła łzy, bezgłośnie kiwając głową.

– A ja myślałam, że wszystko mogę nadrobić…

Patrzyłem na nią i czułem jednocześnie smutek i ulgę, jakby ten żal rozciągał się na całą kuchnię.

Nie wszystko się da.

Tej nocy spała sama, a ja z dziećmi. Nie czułem już złości – tylko cichą, łagodną rozpacz.

Coś się rozpadło na dobre

Wróciliśmy do domu, jakbyśmy wracali z innego świata – cicho, nie do końca wiedząc, jak funkcjonować razem pod jednym dachem. Dzieci trzymały się blisko mnie, szukały mojej obecności nawet w drobiazgach: syn pomagał mi w garażu, córka przynosiła mi książki do czytania przed snem.

Marta rzuciła się w wir pracy od razu po powrocie – znów te same rozmowy, spotkania, wieczorne światło laptopa. Próbowała czasem podchwycić kontakt, zaproponować coś dzieciom, ale było już po wszystkim. Maluchy patrzyły na nią z dystansem, który sam pamiętałem z dzieciństwa, kiedy nie wiedziałem, jak rozmawiać z własnym ojcem.

Nie czuję triumfu, ani nawet ulgi. Może tylko spokój, że zrobiłem wszystko, co mogłem. Po prostu patrzę na rodzinę, której już nie ma – przynajmniej w tej formie, którą kiedyś znałem. Nie wiem, czy jeszcze będziemy potrafili być razem jako para. Może kiedyś. Dzieci wiedzą jedno: ja byłem, kiedy mnie potrzebowały i nadal będę. To daje mi siłę.

Dariusz, 45 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama