Reklama

Gdyby ktoś wszedł do mojego życia bez pukania, pomyślałby pewnie: „O, Adam, ogarnięty facet. Dom, żona, dwójka dzieci, narty w zimie, rowery w lecie, kredyt, ale kto go dziś nie ma?”. I tak by to zostało. Powierzchowna diagnoza szczęścia. Nikt nie ma pojęcia, że moje życie to jeden wielki arkusz kalkulacyjny z tyloma formułami, że czasem sam się w nim gubię. Zakładki: raty do spłaty, terminy itd. Codzienność? Wstaję o 5:20. Zawsze przed dziećmi. Zawsze przed Natalią. W pośpiechu parzę kawę, w samochodzie dopijam zimną. Praca...dobrze, że chociaż jest. Pensja na czas, umowa na stałe, wypowiedzenie nie wchodzi w grę – nie przy tych zobowiązaniach. Natalia mówi mi ostatnio:

– Adam, a może byśmy w tym roku... Alpy? Narty? Takie prawdziwe, z dziećmi. Tosia by się ucieszyła, Franek wreszcie by zobaczył góry. No i my wiesz, moglibyśmy trochę odetchnąć od tej codzienności.

– Jasne – powiedziałem. – Czemu nie.

A w głowie już liczyłem: ile kosztuje hotel? Przejazd? Ubezpieczenie? Narty dla czwórki? Czy ja jeszcze mam limit na karcie kredytowej? Ale powiedziałem "tak". Bo przecież wszyscy jeżdżą. Bo nie chcę być tym tatą, który zawsze mówi „nie”. Bo może się uda. Może nie zauważą, jak bardzo się boję. Może nie wyjdzie, że tonę. Byle tylko nie wybuchło. Byle tylko nie wyszło, jak jest naprawdę.

W końcu trochę luksusu, nie?

Wyjechaliśmy o czwartej nad ranem. Dzieci spały zawinięte w koce, Natalia szeptem komentowała drogę, a ja, trzymając kierownicę, w myślach przeliczałem wszystko jeszcze raz. Natalia wyciągnęła telefon i zrobiła zdjęcie. Wiedziałem, że zaraz wrzuci je na profil i podpisze coś w stylu: „Czas start! Rodzinne ferie – zasłużone!”.

– W końcu trochę luksusu, nie? Sama się dziwię, że się na to zgodziłeś – powiedziała, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Trzeba czasem zaszaleć – odpowiedziałem i zerknąłem na nią z uśmiechem, który więcej kosztował mnie niż wszystko, co było w bagażniku.

W głowie słyszałem własny głos: zaszaleć, czyli wejść jeszcze głębiej w dług. Brawo ja. Z tyłu Franek bawił się robotem, a Tosia, jakby czekała tylko na ten moment, otworzyła oczy i natychmiast zapytała, kiedy będzie przerwa na pizzę.

– Tato, obiecałeś, że zjemy pizzę, pamiętasz?

Natalia obróciła się do dzieci z uśmiechem.

– Po drodze zatrzymamy się na coś dobrego, prawda, Adam?

Skinąłem głową. Dodałem kolejne czterdzieści euro do swojego mentalnego arkusza kalkulacyjnego. Wpisałem to w rubryce: "Uśmiech Tosi, święty spokój". Zajechaliśmy pod hotel w nocy. Drewniany budynek, piękny zapach w recepcji, uśmiechnięta obsługa. Natalia rozglądała się zachwycona, dzieci piszczały z ekscytacji, a ja patrzyłem na podłogę. Wiedziałem, że ten marmur pod moimi butami to pożyczone szczęście.

– Spójrz, jak tu pięknie – Natalia objęła mnie w pasie. – Nawet jeśli to tylko kilka dni… Dobrze, że się zdecydowaliśmy.

Uśmiechnąłem się znowu. Chciałem, żeby wierzyła, że wszystko mam pod kontrolą. Że ta podróż to po prostu przygoda, a nie desperacka próba podtrzymania pozorów. W pokoju dzieci rzuciły się na łóżka. Natalia zaczęła rozpakowywać walizki. Ja zasiadłem na chwilę na fotelu i zamknąłem oczy. W mojej głowie miałem tylko liczby.

– Adam, Tosia nie może znaleźć rękawiczek – powiedziała Natalia. – Możesz sprawdzić, czy nie zostały w bagażniku?

Wstałem i wyszedłem, zanim ktoś zauważył, że przez krótką chwilę po prostu nie byłem w stanie się poruszyć.

Cały czas liczyłem

Zjechaliśmy pierwszy raz wszyscy razem. Natalia śmiała się, Tosia piszczała z radości, Franek gubił równowagę i pokrzykiwał, że „to za szybko”, choć ledwie się toczył. Ja próbowałem przypomnieć sobie, jak skręcać, jak hamować, jak się nie przewrócić. I jednocześnie myślałem tylko o naszych problemach finansowych. Słońce świeciło ostro, śnieg skrzypiał pod nartami, a ja miałem wrażenie, że każda z tych rzeczy jest mi obca. Byłem tam tylko ciałem. W głowie miałem tylko tabelki, zaległości, przypomnienia, sumy, które nie chciały się zgodzić. Kiedy Natalia podeszła do mnie i zaproponowała, żebyśmy zjechali tylko we dwoje, kiwnąłem głową. W połowie stoku zrobiło mi się ciemno przed oczami.

– Adam? – usłyszałem za sobą jej głos. – Co się dzieje?

Zatrzymałem się, a raczej stanąłem jak wmurowany. Kolana drżały, serce waliło mi jak oszalałe. Próbowałem oddychać, ale coś mi ściskało gardło. Ręce miałem lodowate mimo rękawic.

– Tato, co ci jest! – Tosia nagle była obok, mimo że wcześniej jechała z Frankiem.

– Adam, usiądź, może to przez ten klimat? – powiedziała Natalia, zbliżając się.

Zgiąłem się i oparłem ręce na kolanach.

– To nic takiego – mruknąłem.

Prawda była taka, że to nie wysokość. To był strach. Nie przed jazdą. Przed tym, co będzie potem. Przed tym, że to wszystko się zaraz rozsypie. Że będę musiał powiedzieć dzieciom, że nie będzie więcej wycieczek, wakacji, że nie będzie nas stać nawet na pizzę w sobotę. Przed tym, że Natalia spojrzy na mnie i zapyta: "Dlaczego nie mówiłeś wcześniej?" Ale jak miałem mówić? Między kolacją a wspólnym zdjęciem? W drodze na stok, kiedy dzieci śmiały się do rozpuku? Odetchnąłem głęboko i podniosłem głowę.

– Już dobrze – powiedziałem. – Możemy jechać dalej.

I pojechaliśmy. Znowu uśmiech na twarz, zdjęcia w tle, Tosia cała w emocjach, Franek dumny, że zjechał sam. Natalia robiła kolejne ujęcia. W galerii telefonu rosła kolekcja idealnych chwil. A ja wiedziałem, że dłużej tak się nie da, że muszę coś z tym zrobić. Wieczorem Natalia wrzucała zdjęcia do internetu, dzieci opowiadały, jak bardzo kochają narty, a ja siedziałem z kubkiem herbaty i liczyłem, cały czas liczyłem.

W środku miałem pustkę

Wróciliśmy do domu w niedzielę późnym wieczorem. W samochodzie dzieci były już zmęczone i marudne, Natalia nadal miała w sobie ten wyjazdowy blask. Siedziała z telefonem na kolanach i przesuwała zdjęcia jedno po drugim, jakby bała się, że jeśli przestanie patrzeć, to wszystko zniknie.

Zobacz, to jest idealne – powiedziała, podsuwając mi ekran. – Ty tutaj, Tosia w tle, a Franek taki śmieszny… Wiesz co? Ja chyba pierwszy raz od dawna czuję, że naprawdę byliśmy razem.

Skinąłem głową. Widziałem te zdjęcia, ale nie potrafiłem ich poczuć. Na każdym miałem uśmiech, a ja pamiętałem tylko to, jak nogi drżały mi na stoku i jak udawałem przed nimi, że nic się nie dzieje. Pamiętałem też, jak wieczorem w hotelowym łóżku liczyłem w głowie raty i zastanawiałem się, co opóźnić, żeby nie zabrakło na podstawowe rzeczy. Następnego dnia Natalia zaczęła opowiadać o wyjeździe każdemu. Sąsiadce na klatce schodowej. Koleżance przez telefon. Mamie, gdy tylko zadzwoniła.

– Było cudownie, naprawdę. Adam tak pięknie wszystko zorganizował. Wiesz, dzieci były zachwycone. My też, tak jakoś… potrzebowaliśmy tego.

Siedziałem obok, udając, że mnie to cieszy. Przytakiwałem, gdy trzeba. Śmiałem się, gdy Natalia śmiała się najgłośniej. Wieczorem, gdy dzieci poszły spać, spojrzała na mnie z dumą, jak na faceta, który dowiózł rodzinę na bezpieczny brzeg.

– Widziałaś? – powiedziała i uniosła telefon. – Już tyle osób polubiło. O, nawet twoja ciocia skomentowała.

– Fajnie – odpowiedziałem.

W środku miałem pustkę. Przez kolejne tygodnie wszystko wróciło do normy. Szkoła, praca, obiady, pranie. Natalia żyła jeszcze wspomnieniami. Dzieci co chwilę pytały, kiedy znowu pojedziemy. A ja każdego dnia budziłem się z uczuciem, że coś mnie gniecie w klatce piersiowej. Nie było już śniegu i gór, ale zostało to samo walące serce, ten sam brak powietrza, tylko teraz nie mogłem zwalić tego na wysokość. W nocy przewracałem się z boku na bok. Wstawałem po cichu, szedłem do kuchni, odpalałem komputer i otwierałem arkusz. Patrzyłem na liczby i robiło mi się niedobrze. Zmieniałem daty, przesuwałem raty, usuwałem jedną pozycję, dopisywałem drugą, jakby to była gra, którą da się wygrać sprytem. Jakby wystarczyło jeszcze trochę kombinować.

Udaję cały czas

Minął miesiąc. Potem kolejny. A ja czułem, że mój organizm zaczyna mnie zdradzać. W pracy łapałem się na tym, że nie słucham, co ktoś do mnie mówi. W domu byłem obecny tylko ciałem. Natalia pytała, czy wszystko w porządku, a ja odpowiadałem, że zmęczenie. Sobotniego wieczoru dzieci zasnęły wcześniej. Franek padł w ubraniu, Tosia jeszcze coś mamrotała o nartach, ale zaraz ucichła. Natalia poszła do łazienki, a ja usiadłem w kuchni w półmroku. Nie miałem siły nawet włączyć światła. Siedziałem długo, wsłuchując się w ciszę. Czułem, że nie mogę dłużej tego tłumić w sobie. Natalia przyszła w końcu, w dresie, z mokrymi włosami, i stanęła w drzwiach.

– Czemu siedzisz po ciemku? – zapytała spokojnie.

Podniosłem na nią wzrok. Gardło miałem ściśnięte tak, jak wtedy na stoku, tylko teraz nie było gdzie zjechać dalej.

– Nie dam rady tak dalej– powiedziałem prawie szeptem.

Natalia zamarła. Nie weszła od razu, jakby bała się, że jeśli zrobi krok, to potwierdzi, że usłyszała.

– Co ty mówisz? – zapytała, ale w jej głosie nie było złości. Było coś gorszego. Ostrożność.

– Udaję cały czas. Że jest dobrze, że mamy pieniądze, że dam radę. A ja… ja już nie mam siły.

Natalia usiadła powoli naprzeciwko. Patrzyła na mnie długo, a potem powiedziała bardzo cicho:

Trzeba było mówić wcześniej.

Zabolało mnie to bardziej, niż się spodziewałem. W jednej chwili poczułem, że to ja jestem winny wszystkiego, a jednocześnie, że nie umiałem inaczej. W głowie słyszałem własne myśli: ale jak, kiedy, miałem ci powiedzieć między pizzą a zdjęciem? Miałem zepsuć wam wyjazd? Miałem powiedzieć dzieciom, że nie pojedziemy, bo tata się boi, że bank go dogoni? Nie powiedziałem tego na głos. Siedziałem tylko i patrzyłem na Natalię, a ona patrzyła na mnie tak, jakby właśnie widziała mnie pierwszy raz naprawdę.

Wystarczyło być szczerym

Następnego dnia wieczorem usiedliśmy razem przy stole. Dzieci były u koleżanki, w domu panowała dziwna cisza. Natalia miała założone ręce, ja bawiłem się kapslem po butelce.

– Myślisz, że chciałam luksusu za wszelką cenę? – zapytała bez wstępu.

Podniosłem wzrok, ale nie odpowiedziałem od razu.

– Myślałem, że muszę ci to dać – powiedziałem w końcu. – Że bez tego nie będę wystarczający. Nie jako mąż, nie jako ojciec.

– A wystarczyło być szczerym – szepnęła i odwróciła wzrok.

Przez chwilę żadne z nas się nie odezwało. Natalia miała zaszklone oczy, ale się nie rozpłakała. Ja miałem ochotę zniknąć.

– Ile? – zapytała cicho.

– Pięćdziesiąt tysięcy. Może trochę więcej.

Wzięła głęboki oddech, jakby chciała coś powiedzieć, ale zamiast tego po prostu wstała i wyszła do sypialni. Zostałem sam przy stole, z kapslem w ręce i ciężarem w klatce piersiowej. Nie zrobiła awantury. Nie wyrzuciła mnie z domu. Ale to milczenie... było trudniejsze niż jakikolwiek krzyk.

Poczułem ulgę

Kilka dni po tamtej rozmowie poszedłem do pracy jak zwykle, ale pierwszy raz od dawna nie udawałem przed sobą, że „jakoś to będzie”. Wyszedłem wcześniej, wziąłem dzień wolny i umówiłem się z doradcą finansowym. Samo wypowiedzenie tego na głos było jak przyznanie się do porażki, ale jednocześnie poczułem ulgę, bo przynajmniej przestałem kręcić się w kółko.

Siedziałem w małym biurze, mówiłem o ratach, o tym, jak próbowałem wszystko łatać jedną decyzją po drugiej. Doradca nie zrobił wielkich oczu. Rozpisał plan, rozłożył mi wszystko na miesiące, powiedział, co zamknąć, z czego zrezygnować, gdzie negocjować. Nie czarował. Nie obiecywał cudów. Dał mi coś, czego dawno nie miałem: kolejność. Wieczorem w domu Natalia siedziała przy stole z paragonami i pudełkami. Zobaczyłem metki na kilku rzeczach z wyjazdu, jeszcze nieodcięte.

– Odsyłam część – powiedziała, zanim zdążyłem cokolwiek zapytać. – Wiem, że to głupie, ale… wtedy chciałam, żeby było idealnie.

Usiadłem obok.

– Ja też chciałem – odpowiedziałem. – Tylko nie umiałem powiedzieć, że mnie na to nie stać.

Tego samego tygodnia zacząłem rozglądać się za inną pracą. Kiedy dostałem ofertę, Natalia nie próbowała mnie zatrzymać. Pewnego poranka piliśmy kawę w kuchni, jeszcze zanim dzieci wstały. Natalia patrzyła w okno i powiedziała cicho:

– Wiesz, wolę pizzę z marketu i ciebie spokojnego… niż hotel w Austrii i twój strach w oczach.

Oparłem dłonie na blacie, jakbym musiał się czegoś złapać.

– Chyba dopiero teraz uczę się mówić prawdę – odpowiedziałem.

Nie brzmiało to jak wielkie zwycięstwo. Bardziej jak początek czegoś trudnego, co dopiero trzeba będzie udźwignąć.

Adam, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama