„Pojechaliśmy do Zakopanego, by złapać oddech. Teściowa uznała, że to świetne miejsce na pranie rodzinnych brudów”
„Zakopane – stolica polskich gór i, jak twierdzi moja żona, idealne miejsce na złapanie oddechu od codzienności. Nie powiem, żebym podzielał ten zapał, zwłaszcza mając w pamięci poprzednie rodzinne wyjazdy, które zwykle kończyły się awanturą o bzdury. Tym razem jednak miał być inaczej”.

- Redakcja
Nigdy nie byłem miłośnikiem gór, a już wyjazd w towarzystwie teściowej traktowałem jako wyzwanie. Zakopane – stolica polskich gór i, jak twierdzi moja żona, idealne miejsce na złapanie oddechu od codzienności. Nie powiem, żebym podzielał ten zapał, zwłaszcza mając w pamięci poprzednie rodzinne wyjazdy, które zwykle kończyły się awanturą o bzdury. Tym razem jednak miał być inaczej. Plan był prosty: trochę spacerów, gorąca czekolada na Krupówkach i może wreszcie chwila spokoju dla naszej dwójki. No, może trójki – bo przecież teściowa też miała z nami jechać. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że jej definicja „łapania oddechu” nijak się ma do mojej, a prawdziwą atrakcją okaże się pranie rodzinnych brudów. Zdecydowanie nie tego się spodziewałem, pakując walizki.
Nie miałem złudzeń
Podróż do Zakopanego zaczęła się od lekkiego opóźnienia, bo teściowa przypomniała sobie o istnieniu własnej apteczki tuż po zapakowaniu bagażnika.
– Muszę wrócić do domu, zapomniałam swoim witamin! – krzyknęła, siedząc już w aucie.
– Mamo, przecież wzięłaś całą kosmetyczkę! – jęknęła moja żona, szukając kluczy w torbie.
– Kosmetyczka to kosmetyczka, a witaminy są w szafce obok zmywaka. Synu, będziesz tak stał i patrzył, czy może pomożesz? – rzuciła do mnie teściowa, jakbym był jej osobistym tragarzem.
Po drodze atmosfera w samochodzie przypominała kotłownię przed sezonem grzewczym. Najpierw były dywagacje na temat pogody:
– No patrz, znów pada, jeszcze nas zasypie w tych Tatrach! – zrzędziła teściowa, udając, że nie słyszy mojego przeciągłego westchnienia.
– Mamo, przestań już, przecież jedziemy na urlop, a nie na ekspedycję na K2 – próbowała ją uciszyć żona, choć obie dobrze wiedziała, że to nie zadziała.
– A ty się nie wtrącaj, sama jeszcze w zeszłym roku narzekałaś na zatoki! – odpaliła teściowa, a ja czułem, jak resztki urlopowego nastroju opuszczają mnie przy zakopiance.
Kiedy wreszcie dotarliśmy na miejsce, już podczas wnoszenia walizek usłyszałem jej nieśmiertelne:
– Oj, Karol, tylko uważaj na schodach, ostatnio skręciłeś kostkę i potem był lament na całą rodzinę. Nie chciałabym drugi raz tego słuchać!
Spojrzałem na żonę, ona na mnie.
Wszystkiego mi się odechciało
Pierwszy poranek w Zakopanem miał pachnieć kawą i świeżym powietrzem, ale zanim zdążyłem pomyśleć o relaksie, w salonie rozległ się znajomy, nieco zbyt donośny głos:
– No to co, kiedy rozpakujecie te walizki, co? – zagadnęła teściowa, już ustawiając buty pod ścianą według sobie tylko znanego schematu.
– Mamo, przecież przyjechaliśmy tu odpocząć – mruknęła moja żona, rzucając mi porozumiewawcze spojrzenie.
– No, chyba nie po to, żeby siedzieć w tym bałaganie. A wy znowu z tym swoim luzem! – zawyrokowała teściowa.
Zanim zdążyłem zareagować, usłyszałem jeszcze:
– Karol, pomóż mi z tymi szklankami, zanim twoja żona coś potłucze, bo jak znam życie, to zaraz się o coś pokłócicie.
Westchnąłem tylko i zabrałem się do roboty. Bo im szybciej to się skończy, tym szybciej będę mógł zniknąć na tarasie z kubkiem kawy.
– Mamo, przestań. Przecież to tylko kilka dni, a nie wprowadzamy się tu na stałe! – żona nie wytrzymała i zaczęła układać wszystko po swojemu.
– Ty zawsze wszystko byle jak, a potem człowiek szuka cukru pół dnia. U mnie w domu wiadomo było, gdzie co jest. A tu? – teściowa dramatycznie pokręciła głową i spojrzała na mnie, jakby oczekując potwierdzenia.
– Ja tu tylko noszę torby – rzuciłem ironicznie.
– No, gdyby nie to noszenie, to byś nic nie robił! – usłyszałem, jeszcze zanim zamknąłem za sobą drzwi na taras.
Zacząłem się zastanawiać, czy ta góra po drugiej stronie doliny to nie byłby lepszy azyl.
Zamrugałem ze zdziwienia
Dzień zapowiadał się wyjątkowo pogodnie, co według teściowej było doskonałą okazją, by „wreszcie wszyscy razem usiąść i porozmawiać”. Przez chwilę naiwnie się łudziłem, że może chodzi o pogadanki o oscypkach i góralskich kierpcach, ale szybko zorientowałem się, jak bardzo się myliłem.
– Możesz wyłączyć ten telefon? Tu się rozmawia, nie klika w ekran – usłyszałem, zanim zdążyłem wysłać żonie rozpaczliwą wiadomość „ratuj mnie”.
– Może chociaż pozwolisz mu przeczytać wiadomość z pracy? – wtrąciła żona, udając, że broni mojego honoru.
– Praca, praca, wiecznie ta praca! A kto o dom dba? Kto o rodzinę się martwi? – teściowa już nabierała tempa. – Ja to pamiętam, jak twój ojciec potrafił wszystko zostawić, byle być z nami!
Zamrugałem ze zdziwienia. Żona westchnęła i powiedziała:
– No dobrze, mamo, to o czym chcesz porozmawiać?
– O nas, dziecko, o rodzinie. Trzeba wyjaśnić parę spraw, zanim na dobre się pokłócicie. Bo to, co się ostatnio dzieje, to już przechodzi ludzkie pojęcie.
– A co się dzieje, mamo? – udawałem zainteresowanie.
– A choćby to, że z tobą, Karol, nie da się dogadać. Milczysz, chowasz się za gazetą albo komputerem. A dziecko? Myślicie o dziecku w ogóle? Czy ja mam się nie doczekać wnuka?! – wyrzuciła nagle z siebie, aż żona zakrztusiła się kawą.
– Mamo, proszę cię... – zaczęła spokojnie, ale jej głos wyraźnie zadrżał.
Za to ja już wiedziałem, że spokojny wyjazd właśnie został oficjalnie odwołany.
Miałem dość
Teściowa najwyraźniej uznała, że nic tak nie cementuje rodziny, jak otwarta debata o naszych rzekomych zaniedbaniach. Nawet góralski oscypek nie był tak twardy, jak atmosfera przy stole.
– No to powiedzcie mi wprost, zamierzacie w ogóle zostać rodziną czy tylko udajecie? – wypaliła, patrząc na nas przez okulary zsunięte na koniec nosa.
– Mamo, przecież jesteśmy rodziną. Nie musimy o tym codziennie dyskutować, żeby to potwierdzić – żona próbowała zapanować nad sytuacją, jednak jej ton nie pozostawiał złudzeń: sama miała już dość tej rozmowy.
– Nie wiem, dziecko. Ty się cały czas irytujesz, Karol z wiecznym fochem, a ja potem słucham, że u Eli to synowa to, a zięć tamto i wszyscy szczęśliwi – westchnęła teściowa.
– Mamo, to, że nie krzyczymy o wszystkim na cały dom, nie znaczy, że jest źle – odezwałem się, siląc się na spokój.
– A może czasem właśnie warto pokrzyczeć, zamiast dusić wszystko w sobie? – ciągnęła teściowa.
– Może ty lubisz takie domowe awantury, ale my wolelibyśmy trochę spokoju. Przyjechaliśmy tu odpocząć – żona podjęła ostatnią próbę, choć wiedziała, że nie ma szans.
– Odpoczynek, odpoczynek... A potem się ludzie rozchodzą i nikt nie wie, kiedy to się stało. Za moich czasów... – zaczęła opowieść, której puentę znałem lepiej niż rozkład jazdy kolejki na Gubałówkę.
– Mamo, błagam cię – westchnęła żona, przecierając czoło dłonią.
A ja spojrzałem w okno.
Zrobiło mi się jej żal
Wydawało mi się, że nic już mnie nie zaskoczy, ale teściowa, jak na rasowego stratega rodzinnych sporów przystało, przygotowała finał, którego nie powstydziłby się żaden scenarzysta telenowel. Zamiast wieczornego spaceru po Krupówkach zaproponowała coś, co nazwała „szczerą rozmową w rodzinnym gronie”.
– Zostajemy dziś w domu i każdy mówi, co go boli. Po kolei. Nie przerywamy sobie. Może w końcu się czegoś dowiemy – oznajmiła z miną dyrektorki poprawczaka.
– Mamo, czy to naprawdę konieczne? – zapytała żona, wpatrując się we mnie, jakbym to ja miał ją z tej sytuacji wyratować.
– Konieczne. Inaczej zaraz wszyscy się tu pozabijamy, a potem wrócimy do domu i będzie jak zawsze: pod dywan, zamieść, udawać, że jest cudownie – odparła teściowa, siadając na środku kanapy jak przewodnicząca zgromadzenia.
Wiedziałem, że nie ucieknę.
– No to może ja zacznę, skoro jestem najstarsza – zaczęła. – Czuję się samotna, odkąd zmarł wasz ojciec. Wiem, że czasem jestem nieznośna, ale boję się, że któregoś dnia nie będziecie mnie potrzebować.
Zapadła cisza. Niespodziewanie zrobiło mi się jej żal, choć jeszcze chwilę temu miałem ochotę uciekać przez balkon.
– Mamo, przecież wiesz, że jesteś dla nas ważna – żona ściszyła głos, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Tylko czasem… trudno cię zrozumieć.
Spojrzałem na obie. Nagle ten wyjazd wydał mi się mniej absurdalny.
– Ja też nie jestem ideałem. Często uciekam w pracę, żeby nie musieć rozmawiać o trudnych sprawach. Przepraszam, jeśli przez to wydaję się wam obcy – powiedziałem, zaskakując nawet samego siebie.
Teściowa, zamiast przywalić mi kolejną szpilą, uśmiechnęła się słabo.
– No, widzisz? Wreszcie mówicie do mnie jak do człowieka – mruknęła.
Po raz pierwszy od tygodni poczułem, że naprawdę jesteśmy rodziną – choć nie zawsze wygodną i miłą, to jednak prawdziwą.
Coś się między nami zmieniło
Wieczorem, kiedy emocje trochę opadły, usiedliśmy razem przy stole. Zamiast klasycznego narzekania, rozlała się po pokoju dziwna cisza – taka, w której czuć było ulgę, ale też odrobinę niepewności. Teściowa, choć nie byłaby sobą bez choćby jednego przytyku, tym razem mnie zaskoczyła.
– No, Karol, nie sądziłam, że tyle lat wytrzymasz z moją córką i jeszcze miałeś odwagę powiedzieć o swoich emocjach – powiedziała, próbując nadać temu ton żartu, choć jej głos był miększy niż zwykle.
– Mamo, to nie jest kwestia odwagi. Po prostu… czasem człowiek ma dość udawania, że wszystko jest super, kiedy ewidentnie nie jest – odpowiedziałem, patrząc na nią znad kubka z herbatą.
– A ja głupia myślałam, że jak wszyscy wszystko powiedzą, to się pokłócimy na amen i wrócimy do domu osobno – mruknęła żona, uśmiechając się blado. – W sumie wyszło inaczej.
– Jeszcze wszystko przed nami, droga córko! – rzuciła teściowa, ale w jej oczach nie było już tej wiecznej wojny, raczej cicha zgoda na naszą dziwną codzienność.
Pomyślałem wtedy, że może jednak dobrze, że przyjechaliśmy. Nawet jeśli „łapanie oddechu” według teściowej oznaczało rodzinne pranie brudów na tle górskiego krajobrazu i nikt nie wyszedł z tego bez szwanku. Każde z nas czegoś się dowiedziało – o sobie i o innych. I choć nikt nie mówił tego głośno, coś między nami naprawdę się zmieniło.
– To co, jutro na Gubałówkę? – zapytałem wreszcie, przerywając milczenie.
– Tylko żebyś mi znowu nie zgubił rękawiczek! – rzuciła teściowa, a żona zaśmiała się szczerze.
Tak właśnie wyglądało nasze rodzinne łapanie oddechu – nieidealne, momentami męczące, ale w sumie… nasze.
Karol, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Załatwiłem synowi pracę, a on nie kiwnął palcem. Jak jest taki cwany, to niech sobie teraz w życiu radzi sam”
- „Mama twierdziła, że nigdy nie powinnam wychodzić za mąż. Nie zaprosiłam jej na ślub i wcale tego nie żałuję”
- „Przekonałam męża, byśmy pojechali z teściową na ferie do Wisły. Przez to, co tam zobaczyłam, do domu wrócimy osobno”