„Pojechaliśmy z mężem na ferie osobno, by nieco od siebie odpocząć. Już wtedy czułam, że oboje stąpamy po cienkim lodzie”
„Kilka dni ciszy, zmiana otoczenia, oddech od codziennych spraw. Sama powtarzałam sobie, że to potrzebne, że tak robią dojrzali ludzie. A jednak już wtedy, pakując torbę, czułam coś, czego nie chciałam nazwać. Nie ekscytację. Raczej ulgę. Taką cichą, wstydliwą, jakby na chwilę zdjęto ze mnie ciężar, do którego dawno się przyzwyczaiłam”.

- Redakcja
Wyjazd osobno miał być niewinny. Kilka dni ciszy, zmiana otoczenia, oddech od codziennych spraw. Sama powtarzałam sobie, że to potrzebne, że tak robią dojrzali ludzie. A jednak już wtedy, pakując torbę, czułam coś, czego nie chciałam nazwać. Nie ekscytację. Raczej ulgę. Taką cichą, wstydliwą, jakby na chwilę zdjęto ze mnie ciężar, do którego dawno się przyzwyczaiłam.
Przyda nam się dystans
To Piotr powiedział to pierwszy. Siedzieliśmy przy stole w kuchni, tym samym, przy którym od lat jedliśmy szybkie kolacje i prowadziliśmy rozmowy, które nigdy nie zahaczały o nic trudnego.
– Może wyjechalibyśmy osobno na weekend? – rzucił, mieszając łyżeczką w kubku, choć herbata dawno przestała parować. – Tak… żeby odpocząć.
Podniosłam na niego wzrok. Spodziewałam się, że poczuję ukłucie, niepokój, może sprzeciw. Zamiast tego pojawiło się coś niepokojąco lekkiego.
– Osobno? – powtórzyłam.
– Tak. Ty mogłabyś pojechać z Lidią. Ja zadzwonię do Oskara. Dawno się nie widzieliśmy – mówił spokojnie, jakby opisywał plan na zakupy, nie coś, co dotyczyło nas.
Kiwnęłam głową. Ten gest był automatyczny, wyćwiczony latami zgadzania się bez sprawdzania, czego naprawdę chcę.
– W sumie… czemu nie – odpowiedziałam po chwili. – Przyda nam się dystans.
Piotr uśmiechnął się krótko, z ulgą.
– Właśnie. Odpoczniemy i wszystko wróci na swoje miejsce.
Nie zapytałam, co dokładnie ma wrócić. Nie zapytał, czy będę tęsknić. Rozmowa skończyła się szybciej, niż się zaczęła. On wstał, ja zaczęłam sprzątać stół, choć nie było czego. Dopiero później, leżąc w łóżku i patrząc w sufit, dotarło do mnie, że najbardziej cieszy mnie nie wyjazd, ale cisza, którą ten wyjazd obiecywał. Brak konieczności tłumaczenia się, dlaczego jestem zmęczona. Brak wieczornych rozmów o niczym, które miały udawać bliskość.
Nasza relacja od dawna opierała się na nawykach. Wstawaliśmy o podobnej porze, robiliśmy zakupy w tym samym sklepie, oglądaliśmy te same programy. Unikaliśmy konfliktów tak skutecznie, że przestaliśmy mówić o tym, co mogło poruszyć nas naprawdę. Byliśmy obok siebie, ale rzadko razem. Kiedy powiedziałam Lidii o wyjeździe, roześmiała się.
– Pierwszy raz osobno? To brzmi jak święto.
– To tylko weekend – odpowiedziałam szybko, jakbym musiała się bronić. – Nic wielkiego.
Ale w środku czułam, że ta decyzja, choć podjęta spokojnie i bez emocji, już zaczęła mi pomału ciążyć. Jakby ktoś uchylił drzwi, których istnienia wolałam nie zauważać.
Tutaj nic nie musiałam tłumaczyć
Wyjechałyśmy wcześnie rano. Lidia prowadziła, a ja siedziałam obok, patrząc w przesuwające się za szybą krajobrazy. Nie sprawdzałam telefonu. To było nowe i zaskakująco łatwe.
– Wiesz, że możesz nic nie planować? – powiedziała nagle. – Ten weekend nie musi być produktywny.
– Właśnie dlatego tu jestem – uśmiechnęłam się szczerze, pierwszy raz od dawna.
Zatrzymałyśmy się w niewielkim pensjonacie. Pokój był prosty, ale jasny, a okno wychodziło na drzewa, które poruszały się cicho na wietrze. Rzuciłam torbę na łóżko i poczułam, jakby ktoś zdjął ze mnie ciasny płaszcz, noszony bez względu na porę roku. Pierwszy dzień minął nam na drobnych, spontanicznych decyzjach. Raz skręcałyśmy w boczną drogę tylko dlatego, że wyglądała ciekawie. Innym razem siadałyśmy na ławce bez planu, obserwując ludzi. Śmiałyśmy się głośno, bez zastanowienia, czy komuś przeszkadzamy.
– Dawno cię takiej nie widziałam – zauważyła Lidia, gdy siedziałyśmy wieczorem przy oknie. – Jakbyś była… obecna.
To słowo zostało ze mną na długo. Z Lidką rozmowy płynęły naturalnie. Słuchała, dopytywała, nie kończyła za mnie zdań. Nie czułam potrzeby ważenia słów. Kiedy opowiadałam o pracy, o zmęczeniu, o drobnych irytacjach, nie bagatelizowała ich. Przy Piotrze często słyszałam: „Przesadzasz” albo „Nie ma się czym martwić”. Tutaj nic nie musiałam tłumaczyć. Drugiego dnia obudziłam się wcześniej. Przez chwilę leżałam w ciszy, wsłuchując się w własny oddech. Pomyślałam o Piotrze. O tym, co robi. I ku swojemu zaskoczeniu poczułam napięcie, nie tęsknotę. Jakby myśl o powrocie ściskała mnie w środku.
– Wszystko w porządku? – zapytała Lidia, gdy zeszłam na dół.
– Tak – odpowiedziałam automatycznie. Po chwili dodałam ciszej: – Chyba aż za bardzo.
Wieczorem, pakując rzeczy na następny dzień, zdałam sobie sprawę, że pierwszy raz od dawna nie odliczam czasu do spotkania z Piotrem. Weekend się kończył, a ja nie miałam w sobie radości z powrotu. Była tylko lekka obawa i pytanie, które pojawiło się nagle, bez zaproszenia: co, jeśli to nie wyjazd sprawia, że oddycham pełniej, tylko jego brak?
Nauczyłam się być sama
Piotr wrócił późnym popołudniem, kilka godzin po mnie. Usłyszałam przekręcany klucz w drzwiach, zanim jeszcze zdążyłam rozpakować torbę. Przez moment stałam w przedpokoju, nie wiedząc, czy wyjść mu naprzeciw, czy zostać tam, gdzie jestem.
– Już jesteś? – zapytał, zdejmując kurtkę.
Jego głos brzmiał zwyczajnie, jak zawsze.
– Tak. Ty też widzę – odpowiedziałam i uświadomiłam sobie, że mówię to bardziej z grzeczności niż z radości.
Usiadł na krześle, przeciągnął się, jakby wrócił z długiego dnia pracy.
– I jak było? – rzucił, sięgając po telefon.
Zaczęłam opowiadać. O drodze, o śmiechu z Lidią, o ciszy, która mnie zaskoczyła. Mówiłam coraz wolniej, bo Piotr tylko kiwał głową, nie dopytywał. W końcu urwałam w pół zdania.
– A u ciebie? – zapytałam.
– Spokojnie. Pogadaliśmy z Oskarem, pospacerowaliśmy. Taki normalny weekend – wzruszył ramionami.
Normalny. To słowo było jak zamknięcie drzwi. Nie powiedział nic więcej. Nie wspomniał, co go rozbawiło, co go zaskoczyło, co zostało z nim po tych dniach. Jakby jego wyjazd był czymś, co należało jak najszybciej odłożyć na półkę. Przez kolejne godziny obserwowałam go ukradkiem. Był bardziej cichy niż zwykle, częściej patrzył w ekran, rzadziej w moją stronę. Kiedy zapytałam, czy jest zmęczony, odpowiedział tylko:
– Trochę. To wszystko.
Poczułam znajome ukłucie, ale tym razem nie próbowałam go zagłuszyć. Zaczęłam zastanawiać się, czy on zawsze taki był, czy ja dopiero teraz to widzę. Jego zdystansowanie nagle wydało mi się nie chwilowe, a wygodne. Jakby ten weekend utwierdził go w przekonaniu, że emocje można zostawić poza domem. Wieczorem, gdy szykowaliśmy się do snu, leżeliśmy obok siebie w milczeniu. Pomyślałam, że przez te dwa dni nauczyłam się być sama i że ta umiejętność nie zniknęła wraz z jego powrotem. Co więcej, zaczęła mi się podobać.
Wiedziałam, że nie tęskniłam
Pierwszy wspólny wieczór po powrocie ciągnął się nienaturalnie długo.
– Co zjemy? – zapytał Piotr z kuchni.
– Nie wiem. Może coś prostego – odpowiedziałam.
To było jedno z tych rutynowych pytań, które zadawaliśmy od lat, bez cienia ciekawości. Zjedliśmy kolację w ciszy, przerywanej pojedynczymi zdaniami o sprawach zupełnie obojętnych. Patrzyłam na jego dłonie, na znajome gesty, i miałam wrażenie, że obserwuję kogoś, z kim kiedyś byłam blisko, ale kogo już nie potrafię dosięgnąć.
– Dobrze było odpocząć – powiedział nagle, nie podnosząc wzroku znad talerza.
– Tak – przyznałam.
To słowo przyszło mi zbyt łatwo. Po kolacji usiadłam na kanapie. Zawsze była nasza, wspólna. Teraz miałam ochotę przesunąć się na sam koniec, zostawić między nami pustą przestrzeń. Piotr włączył telewizor, jakby to miało rozwiązać wszystko, czego nie powiedzieliśmy. Czułam w sobie narastające napięcie. Poczucie winy mieszało się z ulgą. Wiedziałam, że nie tęskniłam. I ta świadomość bolała bardziej niż jakakolwiek kłótnia. Złapałam się na tym, że nie chcę udawać bliskości, przytulania, rozmów przed snem tylko dlatego, że „tak trzeba”.
Kiedy zgasił światło w sypialni, odwróciliśmy się do siebie plecami. Przez chwilę chciałam coś powiedzieć, ale zabrakło mi słów, które nie brzmiałyby jak oskarżenie albo wyznanie, na które nie byłam gotowa. Cisza między nami była gęsta, pełna niewypowiedzianych pretensji i spojrzeń, których uniknęliśmy. Leżałam, wpatrując się w ciemność, i myślałam o tym, jak łatwo przyszło mi poczuć się gdzie indziej jak u siebie. I jak trudno było teraz wrócić do miejsca, które przestało być wspólne.
Nie chcę wracać do „nas”
Nie rozstaliśmy się od razu. Przez kilka dni jeszcze funkcjonowaliśmy jak zawsze, a właściwie jak już od dawna — poprawnie, cicho, bez tarcia. Rano mijaliśmy się w kuchni, wymienialiśmy informacje zamiast zdań. Wieczorami każde z nas było zajęte czymś innym, choć siedzieliśmy w tym samym pokoju. Zrozumiałam wtedy, że „normalność”, do której próbowaliśmy wrócić, była tylko dobrze opanowanym układem ruchów. Punkt pęknięcia przyszedł nie w kłótni, ale w rozmowie, która miała być niewinna.
– Ten weekend osobno… był dobry – powiedział Piotr, odkładając kubek. – Chyba obojgu nam to wyszło na dobre.
Spojrzałam na niego i poczułam, że właśnie powiedział coś, czego nie da się cofnąć.
– Też tak czuję – odpowiedziałam po chwili.
Zapadła cisza. Tym razem inna niż wszystkie wcześniejsze. Spokojna, ale ostateczna. Nie było w niej żalu, tylko zrozumienie, które przyszło za późno, żeby coś ratować. Nie powiedzieliśmy słowa „rozstanie”. Nie było planów ani decyzji. A jednak w tamtym momencie wiedziałam już wszystko. Zrozumiałam, że nie chcę wracać do „nas”, bo „my” przestało we mnie istnieć. Zostało przyzwyczajenie, wspólne mieszkanie, historia — ale zabrakło potrzeby.
Najtrudniejsze było to, że nie czułam paniki. Był strach, owszem, ale obok niego pojawiła się ulga. Cicha, uczciwa. Taka, której nie da się zagłuszyć. Zostałam sama z myślą, że najboleśniejsze rozstania nie zaczynają się od krzyków ani zdrad. Zaczynają się od odpoczynku. Od chwili, w której orientujesz się, że bez drugiej osoby oddycha ci się pełniej. A potem nie da się już wrócić do stanu sprzed tej świadomości.
Katarzyna, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W ferie nici z wyjazdu w góry, bo mąż ma ważniejsze rzeczy na głowie. Zostają nam sanki i lepienie bałwana pod oknem”
- „Zimą w Zakopanem miało być jak w bajce. Szkoda tylko, że 1 dnia ferii mąż przyznał się do romansu”
- „W ferie mój mąż nie wypuszczał z rąk telefonu. W końcu odkryłam, komu tak ochoczo wysyła swoje zdjęcia z gór”