„Pojechaliśmy ze znajomymi do kurortu w Austrii na narty. Kredyt za ten wyjazd życia będziemy spłacać przez kilka lat”
„Decyzja zapadła w ułamku sekundy. Moje ego wygrało z rozsądkiem. Chciałam zobaczyć minę Weroniki, gdy wyciągnę nowy sprzęt. Chciałam poczuć się częścią tej elity, która w lutym znika w Tyrolu”.

To miał być tydzień, który zdefiniuje nasz status i przypieczętuje moją pozycję w towarzystwie. Alpy, luksusowy kurort, stoki i my – piękni, młodzi, pozornie bogaci. Kiedy pakowałam do walizki nowe gogle za dwa tysiące złotych, czułam dreszcz ekscytacji.
Miałam wątpliwości
Tomek wszedł do salonu z tym swoim szerokim, chłopięcym uśmiechem, który kiedyś mnie w nim urzekł, a teraz – z perspektywy czasu – wydaje mi się maską ignoranta.
– Kochanie – rzucił, rzucając kluczyki na komodę. – Jedziemy w Alpy. Ischgl z Weroniką i Piotrkiem.
Zamarłam. Weronika, moja nemezis ze studiów. Dziewczyna, której wszystko przychodziło łatwo. Bogaci rodzice, potem bogaty mąż deweloper, idealna cera i perfekcyjne relacje w social mediach. My z Tomkiem radziliśmy sobie nieźle, on w sprzedaży, ja w agencji reklamowej, ale umówmy się – to nie była liga jej męza Piotrka. Mieliśmy kredyt na mieszkanie, leasing na samochód i wieczny debet na karcie kredytowej.
– Tomek, czy nas na to stać? – zapytałam ostrożnie, choć w środku już widziałam siebie w tym białym kombinezonie, który widziałam na witrynie.
– Daj spokój, wpadła mi premia kwartalna, a poza tym… musimy się pokazać. Piotrek stawiał ostatnio kolację, nie mogę wyjść na biedaka.
To „nie mogę wyjść na biedaka” było mottem naszego związku od dwóch lat. Żyliśmy w bańce iluzji.
Nie wahał się
Decyzja zapadła w ułamku sekundy. Moje ego wygrało z rozsądkiem. Chciałam zobaczyć minę Weroniki, gdy wyciągnę nowy sprzęt. Chciałam poczuć się częścią tej elity, która w lutym znika w Tyrolu, by pić szampana na wysokości trzech tysięcy metrów. Pakowanie było teatrem absurdu. Kupiłam ten kombinezon na raty 0% oczywiście. Tomek zainwestował w narty, które kosztowały więcej niż nasza kanapa.
– To inwestycja na lata, Misia – mówił, pakując je do bagażnika dachowego.
Jechaliśmy do Austrii, słuchając najnowszych hitów, śpiewając głośno i udając, że świat należy do nas. Weronika i Piotrek jechali swoim nowym Porsche, my naszym trzyletnim Audi, które wciąż wyglądało reprezentacyjnie, dopóki nie zaczynała migać kontrolka silnika. Spotkaliśmy się na pierwszej stacji benzynowej w Czechach. Weronika wysiadła w futrzanych nausznikach, wyglądała jak z żurnala.
– O, Marta! Masz tę nową kurtkę z Goldbergha? – zapytała słodko, choć w jej oczach widziałam ten charakterystyczny skaner, którym wyceniała wartość mojego outfitu.
– Tak, okazja była – skłamałam. Nie było okazji. Zapłaciłam pełną cenę, zadłużając się na karcie mamy, którą „pożyczyłam” na czarną godzinę. Ale satysfakcja, że Weronika to zauważyła, była wtedy warta każdego grosza.
Chciałam się pokazać
Piotrek zaproponował kawę. Tomek, chcąc być samcem alfa, rzucił się do kasy:
– Ja stawiam! I weźcie sobie po kanapce, długa droga przed nami.
Wydał wtedy równowartość moich tygodniowych zakupów spożywczych na cztery kawy i bagietki. Wtedy po raz pierwszy poczułam ukłucie niepokoju. Zobaczyłam, jak przykłada kartę do terminala i chwilę zwleka z zabraniem ręki, jakby modlił się o piknięcie. Piknęło. Odetchnął, ale ja widziałam tę kropelkę potu na jego skroni.
Ischgl przywitało nas mrozem i zapachem pieniędzy. Wszystko tam krzyczało „luksus”. Nasz apartament był piękny – drewno, kamień, widok na oświetlony stok. Oczywiście kosztował fortunę, ale Piotrek zarezerwował go wcześniej, a my mieliśmy mu oddać naszą połowę „przelewem po powrocie”. To nas uratowało na starcie. Nie musieliśmy płacić gotówką od ręki. Wieczorem wyszliśmy na miasto.
– Idziemy do Trofana Alm? – zaproponowała Weronika.
To miejsce kultowe i potwornie drogie. Tomek, zamiast zasugerować tańszą pizzerię, przytaknął entuzjastycznie. W środku panował tłok, muzyka grała głośno, ludzie tańczyli na stołach w butach narciarskich. Kelnerzy nosili tace z piwem i szampanem.
Szastaliśmy pieniędzmi
Atmosfera rywalizacji wisiała w powietrzu. Piotrek zamówił kolejkę drogiej wódki. Tomek nie mógł być gorszy.
– To teraz moja kolej! – krzyknął przez muzykę, choć kopnęłam go pod stołem w kostkę.
Zamówił butelkę Moëta. Widziałam, jak Weronika uśmiecha się z uznaniem. Moje serce waliło. Wiedziałam, ile mamy na koncie, a raczej – ile nie mamy. Tomek szastał pieniędzmi, których fizycznie nie posiadaliśmy, licząc na ten mityczny przelew z firmy, który miał wejść w poniedziałek. Była sobota.
W toalecie sprawdziłam stan konta w aplikacji. Zostało nam tysiąc dwieście złotych dostępnych środków na karcie debetowej i jakieś resztki limitu na kredytowej. A przed nami sześć dni w jednym z najdroższych kurortów Europy.
Wróciłam do stolika blada. Tomek był już wstawiony i obejmował Piotrka, opowiadając mu o jakichś niesamowitych inwestycjach, które rzekomo poczynił. Wiedziałam, że kłamie. Jego portfel świecił pustkami, ale w świetle dyskotekowych kul i oparach alkoholu, Tomek kreował się na wilka z Wall Street.
Byliśmy pod kreską
Poniedziałek. Dzień sądu. Wszyscy na stoku. Słońce świeciło tak mocno, że trzeba było mrużyć oczy. Warunki idealne. Zjeżdżaliśmy szerokimi trasami, czując się jak bogowie. Około trzynastej zatrzymaliśmy się w wielkiej chacie na stoku, gdzie impreza zaczyna się wczesnym popołudniem.
– Jemy lunch? – zapytał Piotrek.
Weronika zamówiła stek, Piotrek to samo. Ja, patrząc w kartę i przeliczając euro na złotówki, wybrałam najtańszą zupę gulaszową.
– Nie jesteś głodna? – zdziwiła się Weronika, krojąc soczyste mięso.
– Nie, dbam o linię – rzuciłam z wymuszonym uśmiechem.
Mój żołądek skręcał się z głodu. Tomek, oczywiście, zamówił sznycla i duże piwo. Kiedy przyszło do płacenia, kelner podszedł z terminalem.
– Razem czy osobno? – zapytał po niemiecku.
– Osobno – powiedziałam szybko, zanim Tomek zdążyłby zrobić coś głupiego.
Tomek przyłożył kartę debetową, na którą miała wpłynąć premia. Terminal chwilę myślał, po czym wyświetlił: odrzucona. Serce stanęło mi w gardle. Kelner spojrzał na nas beznamiętnie.
– Może chip jest brudny – zaśmiał się nerwowo Tomek i spróbował jeszcze raz.
Znów odrzucona. Czułam na sobie wzrok Weroniki. To spojrzenie było pełne litości i satysfakcji. To było gorsze niż policzek.
– Spróbuj inną kartą – zasugerował Piotrek, próbując rozładować napięcie.
Byłam mokra z nerwów
Tomek wyciągnął kredytówkę, tę, która była już prawie „pod korek”. Przeszło. Uff. Ale Tomek był blady jak śnieg pod naszymi nartami. Odeszliśmy od stolika. Zaciągnęłam go za róg budynku, gdzie śmierdziało smażonym olejem.
– Powiedz mi prawdę – syknęłam. – Dostałeś ten przelew?
Spuścił wzrok. Wyglądał jak zbity pies w tym swoim drogim kasku.
– Księgowa napisała rano, że jest jakiś błąd w systemie. Przelewy wyjdą dopiero w czwartek.
W czwartek. Mieliśmy poniedziałek i byliśmy w Austrii, w najdroższym kurorcie, z może pięćdziesięcioma euro na karcie kredytowej.
– I co my teraz zrobimy?! – krzyknęłam szeptem.
– Spokojnie, coś wymyślę. Mam jeszcze Revoluta, może tam coś jest…
Nie było. Kolejne dwa dni były torturą. To była gra aktorska godna Oscara. Musieliśmy udawać przed Weroniką i Piotrkiem, że wszystko jest super, jednocześnie unikając wydawania jakichkolwiek pieniędzy.
Śniadania w hotelu stały się naszą linią życia. Jedliśmy tyle, że aż nas brzuchy bolały, żeby nie być głodnym w ciągu dnia. Tomek, ten dumny facet, zaczął zawijać bułki z szynką w serwetki i chować do kieszeni kurtki narciarskiej. Patrzyłam na to i czułam zażenowanie zmieszane z przerażeniem. Mój chłopak „inwestor” kradł bułki, żebyśmy nie musieli kupować lunchu na stoku.
Udawaliśmy przed nimi
Na stoku odmawialiśmy wszystkiego.
– Kawka?
– Nie, dzięki, piłem w hotelu.
– Grzane wino?
– Boli mnie głowa, robię detoks.
Weronika zaczęła coś podejrzewać. Widziałam, jak szepcze z Piotrkiem. Pewnie myśleli, że się pokłóciliśmy albo że Tomek jest skąpy. Prawda była o wiele bardziej upokarzająca. Skipassy mieliśmy opłacone z góry, więc mogliśmy jeździć, ale co z wieczorami? We wtorek Piotrek zaproponował wyjście do klubu.
– Słuchaj – powiedział Tomek, leżąc na łóżku w pokoju i patrząc w sufit. – Musimy symulować chorobę.
– Co?
– Nie mamy na drinka. Karta kredytowa została zablokowana dzisiaj rano, jak próbowałem zapłacić za parking. Mamy w portfelu piętnaście euro w gotówce. To wszystko.
Rozpłakałam się. Nie z żalu, ale ze złości i z bezsilności.
– Jesteś nieodpowiedzialnym idiotą! – krzyczałam, rzucając w niego poduszką. – Zabrałeś nas tutaj, żeby szpanować przed ludźmi, których nawet nie lubisz!
– Chciałem, żebyś miała fajne ferie! – bronił się.
– Fajne ferie?! Kradniemy jedzenie i boimy się własnego cienia! A wiesz co jest najgorsze? Że nie mamy paliwa na powrót.
Zapadła cisza. To do nas dotarło. Audi miało zasięg może na sto kilometrów. Do domu było dziewięćset.
Byliśmy spłukani
W środę stało się jasne, że nie pociągniemy tej farsy do końca tygodnia. Musieliśmy uciekać, zanim Piotrek poprosi o rozliczenie za apartament. Tomek wymyślił, że powie im, iż dostał pilne wezwanie do pracy i musimy wracać natychmiast, w nocy. Spakowaliśmy się w pośpiechu. Pożegnanie było niezręczne.
– Ale szkoda, że już jedziecie, mieliśmy jutro iść na saunę – powiedziała Weronika, patrząc na nasze bagaże. – A, Tomek, prześlę Ci numer konta do rozliczenia za chatę, okej?
– Jasne, puszczę przelew jak tylko dotrę do biura – skłamał gładko Tomek.
Wsiedliśmy do samochodu. Silnik odpalił. Ruszyliśmy w dół, krętymi drogami z Ischgl.
– Masz jakiś plan? – zapytałam, gdy minęliśmy tablicę „Landesgrenze”.
– Mam – powiedział Tomek, nie odrywając wzroku od drogi. – Jedziemy do Innsbrucka. Tam jest lombard. Sprawdzałem w Google.
Spojrzałam na jego nadgarstek. Miał tam swojego ukochanego smartwatcha. Dostał go od ojca na trzydziestkę.
– Tomek… nie.
– Nie mam wyjścia. Nie mamy za co zalać baku, a karta mamy, ta którą masz, też nie działa, prawda?
Milczałam. Karta mamy została zablokowana przez bank z powodu „podejrzanych transakcji zagranicznych” po tym, jak kupiłam ten kombinezon. Nie mogłam do niej zadzwonić, bo by mnie zabiła.
To była desperacja
W Innsbrucku było ciemno i zimno. Znalezienie otwartego punktu skupu o dwudziestej graniczyło z cudem, ale znaleźliśmy jeden punkt przy dworcu, taki, w którym skupują złoto i elektronikę. Wyglądał obskurnie. Za ladą siedział potężny facet o aparycji zbira. Tomek wszedł do środka. Czekałam w samochodzie, gryząc paznokcie do krwi. Minuty mijały jak godziny. Widziałam przez szybę, jak Tomek gestykuluje, jak pokazuje zegarek, jak facet kręci głową. Wrócił po piętnastu minutach bez zegarka, ale z plikiem banknotów.
– Ile? – zapytałam cicho.
– Czterysta euro – powiedział głosem wypranym z emocji.
– Przecież ten zegarek jest wart dziesięć razy tyle! – krzyknęłam.
– Wiem. Ale on wiedział, że jestem pod ścianą. Zobaczył polskie blachy i moją desperację. Wziąłem, co dał.
Tomek oparł czoło o kierownicę i płakał. Pierwszy raz w życiu widziałam, jak płacze. Nie był to płacz dziecka, ale płacz dorosłego faceta, którego duma została zmiażdżona na miazgę.
– Przepraszam cię, Marta. Przepraszam. Jestem zerem.
W tamtej chwili, w tym zimnym Innsbrucku, zniknęła cała moja złość. Został tylko smutek i dziwna czułość. Dotknęłam jego ramienia.
– Jedźmy do domu. Po prostu jedźmy do domu.
Miałam wszystkiego dość
Droga powrotna była inna niż ta w tamtą stronę. Nie było muzyki, nie było śmiechów. Była noc, autostrada i szum opon. Zatankowaliśmy do pełna. Kupiliśmy kawę i hot-dogi na stacji. Nigdy w życiu zwykły hot-dog nie smakował mi tak bardzo, jak wtedy. To był smak porażki, ale też smak przetrwania.
Mieliśmy pieniądze na paliwo, na winiety i zostało nam trochę drobnych. Weronika wrzuciła w tym czasie na zdjęcie z kolacji: „Szkoda, że ekipa się wykruszyła, ale my bawimy się dalej!”. Oglądałam to story, siedząc na miejscu pasażera, owinięta w kurtkę, której nienawidziłam. Czułam się brudna, oszukana i pusta, ale też wolna. Kiedy przekroczyliśmy granicę w Cieszynie, zaczynało świtać. Polskie radio szumiało.
– Sprzedamy ten kombinezon – powiedziałam nagle. – I twoje narty. I spłacimy ten dług za apartament.
– Wiem – odpowiedział Tomek. – I sprzedamy Audi. Kupimy coś tańszego. Muszę wyjść z tych długów. Nie mogę tak dłużej żyć. To udawanie mnie zabija.
To był moment przełomowy. Austria nas przeżuła i wypluła, ale może to było potrzebne.
Dostaliśmy nauczkę
Wróciliśmy do mieszkania. Było zimne i ciche. Tydzień później Tomek sprzedał narty. Ja wystawiłam kombinezon w internecie. Odzyskaliśmy część kasy. Piotrkowi przelaliśmy pieniądze z miesięcznym opóźnieniem, wymyślając jakąś bajkę o problemach bankowych. Chyba nie uwierzyli, bo kontakt z Weroniką się urwał. Przestała lajkować moje zdjęcia.
Czy było warto? Absolutnie nie. To były najgorsze, najbardziej stresujące wakacje w moim życiu.
Ale jest jedna rzecz, która się zmieniła. Przestałam ścigać się z Weroniką. Kiedy widzę jej zdjęcia z Malediwów czy Dubaju, nie czuję już zazdrości. Czuję ulgę, że nie jestem tam z nią, zastanawiając się, czy karta przejdzie.
Mój związek z Tomkiem zawisł na włosku, ale przetrwaliśmy. Zaczęliśmy rozmawiać o finansach szczerze, bez ściemy. Zegarka Tomka nigdy nie odzyskaliśmy. Został w tym lombardzie w Innsbrucku jako ofiara złożona na ołtarzu naszej próżności. Czasami, gdy patrzę na pusty nadgarstek Tomka, przypomina mi się ten chłód alpejskiej nocy i obietnica, którą sobie wtedy złożyłam: nigdy więcej życia na pokaz.
Marta, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zabrałam wnuki na ferie, a oni nawet nie złożyli mi życzeń na Dzień Babci i Dziadka. Moja cierpliwość się skończyła”
- „Pojechałam w Tatry na szkolne zimowisko jako opiekunka. W mroźne wieczory rozgrzewał mnie nie tylko kominek”
- „Mąż myślał, że jestem w sanatorium, a ja w tym czasie szusowałam na nartach z kochankiem. Z życia trzeba korzystać”