„Pokłóciłam się z teściową o przepis na pączki. Od dawna nasze relacje są bardziej kruche niż jej słynne faworki”
„Stałam tam, w kuchni, która lśniła sterylną czystością, z sercem bijącym jak oszalały młot, patrząc, jak kobieta, którą powinnam nazywać mamą, depcze moją godność, moje umiejętności i – co bolało najbardziej – pamięć o mojej zmarłej babci”.

- Redakcja
Nigdy nie sądziłam, że zwykły przepis na Tłusty Czwartek doprowadzić do wybuchu w moim małżeństwie. Stałam tam, w kuchni, która lśniła sterylną czystością, z sercem bijącym jak oszalały młot, patrząc, jak kobieta, którą powinnam nazywać "mamą", depcze moją godność, moje umiejętności i – co bolało najbardziej – pamięć o mojej zmarłej babci. To, co miało być słodką tradycją, zamieniło się w pole bitwy, na którym nie bierze się jeńców, a jedyną bronią jest cukier puder i jad sączący się z ust Barbary.
W końcu pokażę, na co mnie stać
Mój mąż, Paweł, jest jedynakiem. Klasycznym, wychuchanym jedynakiem, którego matka – Barbara – traktuje jak bożka zstępującego na ziemię za każdym razem, gdy przekracza próg jej domu. Ja w tym układzie byłam... cóż, byłam "tą dziewczyną". Nie "żoną", nie "Anią", ale elementem, który zakłócił idealną symbiozę matki z synem. Dom Barbary to forteca. Wszystko ma tam swoje miejsce. Serwetki muszą być ułożone w idealne trójkąty, kurz boi się tam osiadać, a zapach detergentów miesza się z zapachem dusznych, ciężkich perfum, których nazwy nie znam, ale który kojarzy mi się wyłącznie ze stresem.
Każda wizyta tam to egzamin. Egzamin z tego, jak siedzę, jak trzymam filiżankę, czy przytyłam (zawsze zauważała to bez słów, samym spojrzeniem na mój brzuch), i czy "dbam o Pawełka". Ale najgorsze były święta i uroczystości związane z jedzeniem. Barbara uważała się za kulinarną wyrocznię. Jej pierogi były najcieńsze, jej rosół najbardziej klarowny, a jej ciasta... Boże, jej ciasta były powodem, dla którego połowa rodziny nie miała odwagi przynieść własnych wypieków.
Wszystko zmieniło się w ten Tłusty Czwartek. Postanowiłam, że mam dość bycia biernym widzem. Postanowiłam, że w końcu pokażę, na co mnie stać. I to był błąd, który kosztował mnie więcej, niż myślałam.
Nie zdziw się, jak nikt ich nie zje
Dla niektórych faworki to tylko smażone kawałki ciasta posypane cukrem. Dla mnie to wehikuł czasu. Moja babcia Zosia, która odeszła trzy lata temu, była mistrzynią faworków. Nazywała je "anielskimi skrzydłami".
– Pamiętaj, Aniu – mawiała, gdy miałam osiem lat i ledwo sięgałam brodą do blatu kuchennego. – Ciasto na faworki musi być idealne. Musisz wałkować je tak cienko, żebyś mogła przez nie przeczytać gazetę.
Babcia Zosia nie używała wagi. Wszystko robiła "na oko i na serce". Ale przed śmiercią podyktowała mi dokładne proporcje. Sekretem nie była ilość żółtek, choć tych musiało być dużo. Sekretem był dodatek łyżki kwaśnej, wiejskiej śmietany o konkretnej zawartości tłuszczu, którą babcia zamawiała od znajomej gospodyni. Kiedy Paweł oznajmił, że w tym roku Tłusty Czwartek spędzamy u jego rodziców i że zaproszona jest też jego siostra cioteczna z mężem oraz ciotka Jadwiga (naczelna plotkara rodu), poczułam ścisk w żołądku.
– Mama mówiła, że zrobi faworki, więc nie musimy nic brać – rzucił Paweł, nie odrywając wzroku od telefonu.
Wtedy coś we mnie pękło.
– Zrobię swoje – powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Paweł podniósł wzrok, zdziwiony. – Po co? Wiesz, że mama nie lubi konkurencji w kuchni. Poza tym... jej są najlepsze.
To zdanie. "Jej są najlepsze". Zadziałało na mnie jak płachta na byka.
– Moje są z przepisu babci Zosi. Chcę, żebyście spróbowali.
– Jak chcesz – wzruszył ramionami. – Ale nie zdziw się, jak nikt ich nie zje.
To nie była tylko kwestia ambicji. To była kwestia honoru. Spędziłam środę wieczór w kuchni. Wałkowałam ciasto aż do przeźroczystości. Smażyłam na idealnie rozgrzanym smalcu (żaden olej, babcia by mnie przeklęła). Wyszły idealne. Kruche, pełne bąbelków powietrza, rozpływające się w ustach. Ułożyłam je w pięknym koszyku wyłożonym białą serwetą i posypałam waniliowym cukrem pudrem własnej produkcji. Byłam gotowa.
To dla mnie ważne
Gdy weszliśmy do domu teściów, już w progu poczułam ten specyficzny zapach. Mieszanka pasty do podłóg i smażonego tłuszczu. Barbara wyszła nas przywitać w nieskazitelnym fartuszku, bez jednej plamki.
– O, jesteście – rzuciła chłodno, nadstawiając policzek do pocałunku. – Spóźniliście się trzy minuty. Herbata już stygnie.
Jej wzrok natychmiast powędrował na koszyk, który trzymałam w rękach.
– Co to? – zapytała, marszcząc idealnie wyregulowane brwi.
– Faworki. Z przepisu mojej babci – odpowiedziałam, starając się brzmieć pewnie, choć ręce mi drżały.
Zapadła cisza. Barbara spojrzała na Pawła, jakby pytając: "Dlaczego nie zapanowałeś nad swoją żoną?", a potem znów na mnie.
– Ach tak. No cóż, postaw w kuchni. Na stole nie ma już miejsca. Zrobiłam trzy wielkie półmiski.
Poczułam ukłucie w sercu, ale nie dałam za wygraną.
– Mamo (wciąż to słowo przechodzi mi przez gardło z trudem), chciałabym, żeby wszyscy spróbowali. To dla mnie ważne.
Barbara westchnęła teatralnie.
– Dobrze, dobrze. Nie róbmy scen przy drzwiach. Postaw gdzieś z boku.
To jest... to jest poezja
Zasiedliśmy do stołu. Ciotka Jadwiga trajkotała o swoich chorobach, kuzynka Pawła chwaliła się nowym autem, a ja siedziałam jak na szpilkach. Na środku stołu pyszniły się faworki Barbary. Muszę przyznać – wyglądały dobrze. Ale były grubsze od moich. Widziałam to z daleka. Moje faworki zostały zepchnięte na koniec stołu, przy dzbanku z kompotem, gdzie nikt prawie nie sięgał.
– Częstujcie się, kochani, częstujcie! – zachęcała Barbara. – Cały dzień stałam przy garach. Pawełku, weź ten z wierzchu, jest najbardziej chrupiący.
Wszyscy jedli, mruczeli z zadowolenia, chwalili.
– Basieńko, mistrzostwo świata! – piała ciotka Jadwiga.
– No, nikt nie robi takich chruścików jak mama – dodał Paweł z pełnymi ustami. Spojrzałam na niego wzrokiem bazyliszka, ale on był zbyt zajęty przeżuwaniem.
W końcu nie wytrzymałam.
– Może spróbujecie też moich? – zapytałam, podając koszyk bliżej środka. – Są trochę inne. Cieńsze.
Zapadła niezręczna cisza. Ciotka Jadwiga, chcąc być uprzejma, sięgnęła po jednego.
– O, jakie delikatne... – mruknęła, biorąc kęs.
Jej oczy się rozszerzyły. Chrupnięcie było słyszalne w całym pokoju. Faworek dosłownie rozsypał się w jej ustach w tysiąc kruchych kawałków.
– O mój Boże... – szepnęła Jadwiga, nie kontrolując się. – Basia, nie obraź się, ale to jest... to jest poezja. To smakuje jak te, co robiła nasza prababka Eleonora!
Twarz Barbary stężała. Zrobiła się sina, a potem czerwona. Uśmiech, który miała przyklejony do twarzy, zaczął pękać jak tania farba. Kuzynka też sięgnęła. Paweł też.
– O kurczę, Ania... faktycznie dobre – powiedział mój mąż, jakby był szczerze zdziwiony, że potrafię ugotować wodę na herbatę, a co dopiero coś takiego. – Takie... lekkie. Nie czuć tłuszczu.
W ciągu pięciu minut mój koszyk był pusty. Półmiski Barbary wciąż były w połowie pełne. To był mój triumf. Cichy, słodki triumf. Ale nie wiedziałam, że właśnie wypowiedziałam wojnę totalną.
Rozumiem, chcesz zaimponować
Barbara siedziała sztywno. Nie zjadła ani jednego mojego faworka. Patrzyła na pusty koszyk z nienawiścią, jakby znajdowała się w nim głowa jej ukochanego kota.
– Ciekawe – powiedziała w końcu lodowatym tonem. – Bardzo ciekawe.
– Co jest ciekawe, mamo? – zapytał naiwnie Paweł.
– Że Ania twierdzi, że to jej przepis. I że to domowa robota.
W pokoju temperatura spadła o dziesięć stopni.
– Słucham? – zapytałam, czując, jak krew uderza mi do głowy.
– No nie udawajmy, kochanie – Barbara zaśmiała się sucho, nerwowo poprawiając serwetkę. – Przecież wiem, że nie masz czasu na takie rzeczy. Pracujesz w tej swojej... agencji, wracasz późno. To są faworki z tej cukierni na rogu, prawda? Smakują identycznie.
Zatkało mnie. Oskarżyła mnie o kłamstwo, a do tego obraziła moją pracę.
– Nie kupiłam ich w cukierni. Robiłam je wczoraj do północy.
– Oj, daj spokój, Aniu – machnęła ręką lekceważąco. – Nie musisz się popisywać. Każdy wie, że młode pokolenie idzie na łatwizну. Kupiłaś, przesypałaś do koszyka i chcesz zebrać laury. To żałosne. Ale rozumiem, chcesz zaimponować.
Spojrzałam na Pawła. Oczekiwałam, że wstanie i powie: "Mamo, widziałem jak Ania je smażyła. Cały dom pachniał smalcem". Ale Paweł... Paweł siedział i patrzył w talerz.
– Mamo, może po prostu jej wyszły – mruknął cicho, bez przekonania.
– Pawełku, ty się nie znasz na kuchni – ucięła go matka. – Ja wiem, jak smakuje prawdziwe ciasto, a jak te oszukane. Przykro mi, Aniu, że okłamujesz nas w żywe oczy przy rodzinnym stole.
Dziękuję za gościnę
– Paweł! – krzyknęłam do męża, który siedział blady jak ściana. – Powiedz coś! Przecież wiesz, że to z przepisu babci Widziałeś, jak sama je robię.
Po czym dodałam:
– Nie zamierzam słuchać tych oszczerstw.
Paweł spojrzał na swoją matkę, która patrzyła na niego, a potem na mnie, ale nic nie powiedział.
– Nie życzę sobie, żebyś podnosiła na mnie głos – rzuciła teściowa.
– Ania... może po prostu przeprosisz mamę i zmienisz trochę ton – dodał nagle mój mąż.
Świat mi zawirował. Mój mąż, człowiek, z którym przysięgałam być na dobre i na złe, właśnie stanął po stronie ewidentnego kłamstwa swojej matki, tylko po to, żeby mieć święty spokój. Żeby mamusia nie musiała przyznać, że synowa robi lepsze faworki. Wzięłam głęboki oddech. Poczułam dziwny spokój. Taki spokój, jaki czuje się po przeżyciu katastrofy, gdy wiesz, że gorzej już nie będzie.
– Nie przeproszę – powiedziałam powoli, bardzo wyraźnie. – Nie ukradłam niczego. To ty, Barbaro, jesteś małym, zawistnym człowiekiem, który nie potrafi znieść, że ktoś inny może coś potrafić. A ty, Paweł... – spojrzałam na niego z politowaniem – ty jesteś tchórzem.
Wzięłam swój pusty koszyk. Odsunęłam Barbarę ramieniem i wyszłam z kuchni.
– Wychodzę – rzuciłam w stronę salonu, gdzie rodzina siedziała w osłupieniu, słysząc krzyki. – Dziękuję za gościnę. Faworki były mojej babci Zosi. Smacznego.
Wyszłam z domu, nie czekając na Pawła. Zamówiłam taksówkę. Przez całą drogę do naszego mieszkania ryczałam jak bóbr. Czułam się upokorzona, zdradzona i samotna. Ale gdzieś pod tą warstwą rozpaczy, czułam dumę. Nie dałam się złamać. Nie przyznałam się do niepopełnionego błędu.
Mamy o wiele większy problem
Paweł wrócił trzy godziny później.
– Przesadziłaś – powiedział od progu. – Mama płacze. Ciotka Jadwiga tylko kręci nosem.
– A ty co uważasz? – zapytałam, siedząc na kanapie i patrząc na zdjęcie babci Zosi, które stało na komodzie.
– Uważam, że to tylko głupie ciastka! – wybuchnął. – Czy to było warte robienia takiej afery? Mogłaś jej przytaknąć! Powiedzieć: "Tak, mamo, może faktycznie czymś się zasugerowałam". Mielibyśmy spokój! A teraz?
– To nie są tylko ciastka, Paweł. To prawda. To szacunek. Jeśli nie rozumiesz, dlaczego nie mogłam pozwolić jej nazwać mnie kłamczuchą, to mamy o wiele większy problem niż faworki.
Od tamtego Tłustego Czwartku minęły dwa miesiące. Nie rozmawiam z Barbarą. Ona oczekuje oficjalnych przeprosin. Paweł jest "pomiędzy młotem a kowadłem" i coraz częściej wychodzi z kolegami, żeby nie wracać do domu, gdzie panuje chłód. Rodzina Pawła plotkuje, że jestem zazdrosna o talent kulinarny teściowej. Ale tydzień temu dostałam SMS-a od ciotki Jadwigi. "Aniu, kochana. Nie mów nic Basi, Ale czy mogłabym prosić o ten przepis na faworki? Próbowałam zrobić z przepisu Basi, ale to jednak nie to samo... Te twoje śniły mi się po nocach."*
Uśmiechnęłam się. To małe zwycięstwo. Wysłałam jej zdjęcie pożółkłej kartki z zeszytu babci Zosi. Moje małżeństwo wisi na włosku. Mój mąż okazał się dużym dzieckiem bez kręgosłupa. Moja teściowa jest moim wrogiem numer jeden. Ale wiecie co? Warto było. Nikt nie będzie obrażał faworków mojej babci. Nikt. A za rok, na Tłusty Czwartek? Wyjeżdżam do spa. Sama. I zabieram ze sobą pudełko domowych pączków.
Anna, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa myślała, że zdrady dzieją się tylko w filmach. Teraz przyszła do mnie z płaczem, bo jej mąż wziął nogi za pas”
- „Dla świętego spokoju pojechałam z teściową na ferie. To, co usłyszałam od niej 1 dnia, powaliło mnie na kolana”
- „Staram się być miły dla teściowej, ale ona traktuje mnie z pogardą. Nie mogę dłużej robić dobrej miny do złej gry”