Reklama

Przez całe życie uważałam się za osobę lojalną. Moja praca w firmie zaczęła się prawie dziesięć lat temu, kiedy to jako młoda stażystka stawiałam pierwsze kroki na zawodowej ścieżce. Z czasem awansowałam, zdobywając zaufanie współpracowników i klientów. Oddawałam pracy wszystko – zostawałam po godzinach, dbałam o każdy szczegół, angażowałam się bardziej niż ktokolwiek inny. Zawsze wierzyłam, że ten wysiłek zostanie doceniony. Jednak pewnego dnia przyszła niespodziewana propozycja. Konkurencyjna firma chciała mnie zatrudnić na znacznie lepszych warunkach – wyższa pensja, atrakcyjne benefity, większe możliwości rozwoju. Musiałam podjąć ważną decyzję.

Reklama

Czułam ciężar na sercu

Wątpliwości gryzły mnie od środka. Monika od dawna doradzała mi, bym zaczęła myśleć o sobie.

– Przecież nie masz wobec nich żadnego długu – stwierdziła przyjaciółka pewnym tonem. – Pracowałaś na ich sukces. Teraz czas, żebyś pomyślała o własnym.

Słuchałam jej, ale wciąż czułam ciężar na sercu. Poczucie winy, które nie dawało mi spokoju. W końcu zdecydowałam się na rozmowę z szefem. Powiedziałam mu o ofercie, ale nie prosiłam o kontrpropozycję. Chciałam tylko zobaczyć, jak zareaguje.

– Wiesz, że zawsze cię ceniłem – odpowiedział Andrzej z rezygnacją w głosie. – Chciałbym, żebyś została, ale nie mogę ci dać więcej.

W jego głosie wyczułam zmęczenie i rezygnację. I w tym momencie wiedziałam, co muszę zrobić. Zdecydowałam się odejść.

Zaczęłam się niepokoić

Pierwsze dni w nowej firmie były fantastyczne. Czułam, że podjęłam właściwą decyzję. Wyższa pensja, nowoczesne biuro, ambitne projekty – wszystko to sprawiało, że wierzyłam w lepszą przyszłość. Rekruter, który mnie zatrudnił, emanował pewnością siebie.

Tu naprawdę możesz się rozwijać – mówił z przekonaniem, a ja chciałam mu uwierzyć.

Jednak po początkowej euforii zaczęłam dostrzegać rysy na powierzchni. W firmie brakowało struktury, a ludzie wydawali się spięci i niepewni. Nikt nie mówił tego wprost, ale zaczęłam zauważać oznaki problemów. Pierwszy sygnał ostrzegawczy pojawił się, gdy firma opóźniła wypłaty. Zaczęłam się niepokoić. Czy to możliwe, że popełniłam błąd, odchodząc z miejsca, które znałam tak dobrze?

Nie mogłam dłużej ignorować znaków ostrzegawczych, więc zaczęłam szukać odpowiedzi. Nikt nie chciał mówić otwarcie, ale z czasem dowiedziałam się, że firma ma poważne problemy finansowe. Wszystko, co obiecywał rekruter, okazało się tylko próbą ratowania tonącego statku. Po miesiącu zaczęły się zwolnienia. Atmosfera w biurze stała się nie do zniesienia. Pracownicy odchodzili w panice, bojąc się, że nie dostaną wypłat. Ja również czułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg. A potem przyszła wiadomość, której najbardziej się obawiałam – firma ogłosiła bankructwo. Zostałam bez pracy. W jednej chwili wszystkie moje plany i marzenia legły w gruzach. Czy naprawdę postawiłam wszystko na jedną kartę, tylko po to, by stracić wszystko?

Byłam na siebie wściekła

Siedziałam w swoim pustym mieszkaniu, patrząc na stosy dokumentów i nie mogłam uwierzyć, jak bardzo się pomyliłam. Lata lojalności oddałam jednej firmie, tylko po to, by ją porzucić dla czegoś, co okazało się iluzją. Czułam, jakby moje życie zawodowe stanęło na krawędzi, a ja nie miałam pojęcia, co dalej. Nie mogłam wrócić do poprzedniej firmy. Wiedziałam, że moje miejsce zostało już zajęte. Próbowałam znaleźć pocieszenie u Moniki, która sama niedawno zmieniła pracę.

Nie mogłaś tego przewidzieć – próbowała mnie uspokoić Monika, ale jej słowa niewiele mi pomagały.

Wiedziałam, że mogłam. Mogłam lepiej sprawdzić firmę, mogłam posłuchać swojej intuicji, która podpowiadała mi, że coś jest nie tak. Ale pragnęłam wierzyć, że w końcu dostanę to, na co zasługuję. Byłam na siebie wściekła.

Z dnia na dzień znalazłam się w nowej rzeczywistości – bez pracy, bez stabilizacji, zmuszona zacząć wszystko od nowa. Rozsyłałam CV, chodziłam na rozmowy, ale pewność siebie, którą kiedyś miałam, gdzieś się ulotniła. Każda rozmowa kwalifikacyjna przypominała mi o mojej porażce. A potem zadzwonił telefon. Był to Andrzej.

– Słyszałem, co się stało – zaczął bez wstępów. – Jeśli chcesz, możemy porozmawiać.

Nie obiecywał mi niczego konkretnego, ale w jego głosie wyczułam nutę wsparcia. Dawał mi szansę na rozmowę, na powrót do miejsca, które kiedyś było moim drugim domem. Wahałam się, bo z jednej strony powrót do starej firmy był dla mnie porażką. Z drugiej strony wiedziałam, że nie mam innego wyjścia. Może to miała być życiowa lekcja, której potrzebowałam, by zrozumieć, że lojalność nie zawsze jest wadą.

Nie czułam się też całkowicie pokonana

Weszłam do dawnej firmy pełna obaw i nadziei. To nie był triumfalny powrót, ale nie czułam się też całkowicie pokonana. Andrzej przyjął mnie z uśmiechem, który krył w sobie zrozumienie, a może nawet cień sympatii.

Coś się zmieniło? – zapytał, badając mnie wzrokiem.

Kiwałam głową, czując ciężar moich doświadczeń.

Ja – odpowiedziałam cicho, ale stanowczo.

Zrozumiałam, że czasem trzeba upaść, żeby nauczyć się, jak się podnieść. Każdy krok, nawet ten z pozoru błędny, był częścią mojej drogi. W pracy, jak w życiu, chodzi o to, by nie przestawać się uczyć, dostosowywać i wyciągać wnioski z porażek. Wychodząc z gabinetu Andrzeja, poczułam, że ta nowa rzeczywistość, choć nadal niepewna, otwiera przede mną nowe możliwości. Lojalność nie musi być więzieniem, o ile uczymy się być lojalni przede wszystkim wobec siebie.

Reklama

Weronika, 41 lat

Reklama
Reklama
Reklama