Reklama

Siedzę na kartonach w kawalerce i wciąż nie mogę uwierzyć, że to moje życie. Jeszcze rok temu martwiłam się, czy hortensje w ogrodzie przetrwają przymrozki, a dziś zastanawiam się, czy wystarczy nam emerytury na czynsz i leki dla męża. Jednak najgorsze nie jest to, że straciliśmy dom budowany przez trzydzieści lat. Najgorsza jest pustka w miejscu, gdzie kiedyś była moja bezgraniczna miłość i duma z jedynego syna. Jego słowa wciąż dźwięczą mi w uszach niczym wyrok.

Byliśmy dumni z syna biznesmena

Dom przy ulicy Lipowej był historią naszego małżeństwa zapisaną w murach. Każde drzewo sadziliśmy z Tadeuszem wspólnie, fundamenty pod garaż wylewaliśmy sami. Ten dom dojrzewał razem z nami. Na emeryturze wreszcie mieliśmy czas, by się nim nacieszyć. Tadeusz, mimo problemów z krążeniem, godzinami przesiadywał w piwnicznym warsztacie, naprawiając stare zegary, ja każdą chwilę spędzałam wśród kwiatów. Żyliśmy spokojnie, mając oszczędności na czarną godzinę i poczucie absolutnego bezpieczeństwa.

Ale naszą największą dumą był Krzysztof. Wyrósł na przystojnego, elokwentnego mężczyznę, który zawsze mierzył wysoko. Nie chciał pracować na etacie. Kiedy założył firmę zajmującą się nowymi technologiami, pękaliśmy z dumy. Przyjeżdżał lśniącym samochodem, w drogim garniturze, sypiąc terminami, których nie rozumiałam – startupy, leasingi, dywersyfikacje. Widziałam jednak błysk w jego oku i wierzyłam mu bezgranicznie. Przecież to był mój syn. Ten sam, któremu opatrywałam zdarte kolana.

Tamtej niedzieli przyjechał spóźniony i wyraźnie pobudzony. Ciągle zerkał na telefon. Tadeusz kroił pieczeń, a ja nakładałam ziemniaki, starając się ignorować napięcie wiszące w powietrzu.

– Mamo, tato, stoję przed życiową szansą – zaczął, nie dotykając jedzenia. – Mój obecny projekt to za mało. Rynek się zmienia, muszę iść naprzód. Mam już plan. To jest pewny zysk, mam nawet wstępne umowy z dystrybutorami.

Słuchaliśmy jak zaczarowani. Mówił o milionach, o bezpieczeństwie dla całej rodziny, o wakacjach na Maderze. Ale to okazało się zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

Widziałam w nim człowieka sukcesu

– Jest tylko jeden mały problem – powiedział w końcu. – Potrzebuję pieniędzy. Brakuje mi kapitału obrotowego. Banki są chętne, ale procedury trwają, a okazja ucieka. Potrzebuję kredytu inwestycyjnego teraz, zaraz.

– To weź – mruknął Tadeusz. – Przecież firma dobrze prosperuje.

– Tak, ale potrzebuję zabezpieczenia. Większego niż to, co mam. Mieszkanie w centrum jest już obciążone. Potrzebuję... was.

Zapadła cisza, przerywana tylko tykaniem starego zegara. Wiedziałam, do czego zmierza. Tadeusz odłożył widelec.

– Chcesz, żebyśmy zastawili dom? – zapytał, patrząc synowi w oczy.

– Tato, to tylko formalność! – Krzysztof machnął ręką. – To kwestia pół roku, może roku. Dom jest tylko zabezpieczeniem na papierze. Nikt wam go nie zabierze, przecież to ja będę płacił raty. Moja firma ma płynność, po prostu potrzebuję tego, żeby wskoczyć na wyższy poziom.

Tadeusz, zawsze ten ostrożniejszy, zaczął dopytywać o ryzyko. Krzysztof miał jednak odpowiedź na wszystko – wyciągnął laptopa, pokazywał wykresy i analizy. Patrzyłam na niego i widziałam człowieka sukcesu, który potrzebuje tylko odrobiny wiatru w żagle.

– Tadek, to jest nasz syn – powiedziałam cicho, kładąc dłoń na ręce męża. – Komu mamy pomóc, jak nie jemu? Przecież nas nie oszuka.

Tadeusz westchnął ciężko. Widziałam w jego oczach strach, ale i rezygnację. Nie potrafił odmówić, zwłaszcza gdy ja stałam po stronie syna.

– Dobrze – powiedział w końcu. – Ale to ma być ostatni raz, Krzysiek. Ostatni raz ryzykujemy naszym dachem nad głową.

Krzysztof zerwał się i uściskał nas mocno. Wtedy myślałam, że to wdzięczność. Dziś wiem, że to była tymczasowa ulga.

Ziemia usunęła mi się spod nóg

Wizyta u notariusza była szybka i mechaniczna. Czułam się nieswojo w sterylnym wnętrzu, ale pewność siebie Krzysztofa dodawała mi otuchy. Kiedy wróciliśmy, Tadeusz zaszył się w warsztacie, a ja na tarasie próbowałam odpędzić myśl, że właśnie oddaliśmy nasz azyl w cudze ręce. Powtarzałam sobie, że za rok będziemy śmiać się z tego na Maderze.

Początkowo wszystko wyglądało normalnie. Krzysztof dzwonił, wpadał na kawę, przywoził drobne prezenty. Uśpił naszą czujność. Pierwszy sygnał ostrzegawczy pojawił się cztery miesiące później, w środku nocy.

– Mamo, słuchaj, jest mały poślizg w porcie – mówił szybko, drżącym głosem. – Urząd robi problemy, muszę dopłacić. Czy macie może pożyczyć jakieś piętnaście tysięcy? Oddam w przyszłym tygodniu, jak tylko zwolnią towar.

Bez wahania wyjęliśmy nasze żelazne rezerwy na leczenie i remont dachu. Przelałam pieniądze natychmiast. Minął tydzień, gotówka nie wróciła, a syn przestał odbierać telefony. Gdy w końcu oddzwonił, zbył mnie obietnicą przelewu „jutro”. Przelew nigdy nie nadszedł.

Zaczęłam zauważać zmiany. Krzysztof przestał przyjeżdżać autem, wyglądał blado, na pytania o firmę reagował z irytacją: „Mamo, nie drąż. Biznes lubi ciszę”. Tadeusz zaczął gorzej sypiać. Wiedział, że dzieje się coś złego, ale bał się to nazwać. Prawdziwy cios nadszedł w szary, listopadowy poranek.

Listonosz przyniósł polecony z banku. Wezwanie do zapłaty zaległych rat za trzy miesiące. Kwota była dla nas niebotyczna. Termin: 14 dni. Sankcja: wypowiedzenie umowy i egzekucja z nieruchomości. Ziemia usunęła mi się spod nóg. Usiadłam na schodach, nie mogąc złapać tchu. Tadeusz zbladł.

– Dzwoń do niego – wycharczał.

Byliśmy bezsilni i upokorzeni

Krzysztof nie odbierał. W jego biurze zastaliśmy zamknięte drzwi i puste biurka. Firma zniknęła. Znaleźliśmy go dopiero wieczorem w mieszkaniu jego nowej partnerki. Otworzył w dresie, z puszką w ręku. Wyglądał na kogoś, kto się poddał. Weszliśmy do środka, trzęsąc się z nerwów.

– Krzysiek, co to jest? – rzucił ojciec, kładąc pismo na stole. – Gdzie są pieniądze?

Syn westchnął i usiadł na fotelu, nie proponując nam nawet herbaty.

– Firma padła, tato. Kontrahent okazał się oszustem, towar to szmelc. Nie do sprzedania. To koniec. Ogłaszam upadłość.

– Upadłość?! – krzyknęłam. – A co z kredytem? Co z naszym domem?!

Spojrzał na mnie wzrokiem pustym, chłodnym jak lodowiec.

– Bank weźmie dom, mamo. Tak to działa. Nie mam z czego płacić. Jestem bankrutem.

– Jak to „weźmie dom”? – Tadeusz złapał się za klatkę piersiową. – Przecież obiecałeś! Mówiłeś, że to formalność! Gdzie my będziemy mieszkać?!

Krzysztof wzruszył ramionami.

– Nie wiem, tato. Wynajmiecie coś. Macie emerytury. Słuchajcie, nie dramatyzujcie. To są tylko mury. Ja straciłem lata pracy, reputację, wszystko. Każdy ponosi ryzyko w biznesie. Wy też je ponieśliście, podpisując umowę. Jesteście dorośli. Wiedzieliście, co podpisujecie.

Zatkało mnie. Mój syn mówił o utracie naszego dorobku życia jak o nieudanej transakcji.

– Ryzyko? – wycedził Tadeusz. – My nie chcieliśmy zysków! My chcieliśmy ci pomóc! Zaufaliśmy ci!

– I to był błąd – odparł cynicznie. – W biznesie nie ma sentymentów. Przykro mi, że tak wyszło, naprawdę. Ale ja wam teraz nie pomogę. Muszę zadbać o siebie, żeby nie skończyć pod mostem.

Wyszliśmy bez pożegnania. W windzie Tadeusz rozpłakał się z bezsilności i upokorzenia. Syn potraktował nas jak zużyty zasób, jak nieudaną inwestycję, którą odpisuje się od podatku.

Pieniądze były ważniejsze niż rodzina

Procedury są bezlitosne. Dom trafił na licytację. Pamiętam dzień, gdy oprowadzano kupców. Siedzieliśmy w kuchni, słuchając obcych głosów wyśmiewających nasze tapety. Czułam się, jakby ktoś mnie opluł. Dom sprzedał się za cenę, która ledwo pokryła długi. Dla nas nie zostało prawie nic.

Pakowanie czterdziestu lat życia w kilkanaście kartonów było koszmarem. Dębowy stół, świadek wszystkich Wigilii, poszedł za grosze. Narzędzia z warsztatu trafiły do sąsiadów. Każda wyrzucona rzecz była jak kawałek mojego serca, ale najbardziej bolał widok ogrodu. Róże właśnie zaczynały kwitnąć, a ja wiedziałam, że nowi właściciele zaleją je betonem. Krzysztof nie pomógł w przeprowadzce. Wysłał tylko SMS-a: „Przepraszam, nie dam rady, mam ważne spotkania. Powodzenia”. Nawet nie zapytał, czy mamy dokąd pójść.

Znaleźliśmy dwupokojowe mieszkanie w starym bloku na obrzeżach. Ciemna kuchnia, widok na śmietnik. Czynsz pożera większość emerytur, reszta idzie na leki i skromne jedzenie. Mieszkamy tu od roku. Tadeusz bardzo się postarzał, tęskni za swoim warsztatem. Ja próbuję hodować zioła na parapecie, ale słońca jest tu jak na lekarstwo.

Krzysztof odezwał się raz, w święta. Zadzwonił wesoły, jakby nic się nie stało. Opowiadał, że rozkręca firmę w branży konsultingowej, że jest teraz „coachem biznesu”. Uczy innych, jak radzić sobie z porażką. Ironia losu.

– Mamo, wpadnę kiedyś, jak będę w okolicy – rzucił na koniec.

Nie przyjeżdżaj – powiedziałam cicho.

Zapadła cisza.

– Co? Dlaczego? Przecież to już przeszłość. Trzeba żyć dalej.

– Dla ciebie to przeszłość – odparłam, czując drżenie głosu. – Dla nas to codzienność w czterech ścianach, których nienawidzimy. Zabrałeś nam nie tylko dom, Krzysztof. Zabrałeś nam spokój na starość i wiarę w to, że wychowaliśmy dobrego człowieka.

Rozłączyłam się. Nie oddzwonił. Czasami przechodzę obok naszego starego domu. Wycięli drzewa, w miejscu hortensji stoi plastikowa zjeżdżalnia. Dom, przemalowany na szaro, wygląda obco. Wiem, że nienawiść zatruwa, ale kiedy patrzę na męża liczącego w aptece drobne na leki i przypominam sobie słowa: „Każdy ponosi ryzyko”, coś we mnie pęka na nowo.

Mamy siebie – to jedyne, czego komornik nie mógł zająć. Wieczorami wspominamy, jak budowaliśmy tamten dom. W naszych głowach on wciąż istnieje, nienaruszony. Ale w głębi duszy wiem, że prawdziwy dom straciliśmy nie wtedy, gdy bank przysłał pismo. Straciliśmy go w momencie, gdy pieniądze stały się dla naszego syna ważniejsze niż rodzina.

Jadwiga, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama