Reklama

Nie wiem, kiedy ostatni raz czułam, że jesteśmy naprawdę blisko. Michał był obok – fizycznie – ale między nami zrobiła się jakaś pusta przestrzeń. Przestrzeń, której nie dało się już wypełnić wspólnym serialem, obiadem ani szybkim zbliżeniem z przyzwyczajenia. Nie kłóciliśmy się o wielkie rzeczy, tylko o drobiazgi: że nie zamknął pasty, że znów nie odczytał wiadomości, chociaż był online. A ja udawałam, że nie widzę. Albo że to nie boli.

Miałam trzydzieści parę lat, własną firmę, znajomych, zajęcia. I męża, który coraz częściej milczał. Gdy próbowałam z nim rozmawiać, mówił, że przesadzam. Że wszystko jest okej. Że mam za dużo czasu na myślenie. Czasem łapałam się na tym, że robię więcej, żeby zasłużyć na jego uwagę – gotowałam coś nowego, dbałam o siebie, kupowałam ładną bieliznę. Nic nie działało.

W grudniu usiadłam wieczorem i zrozumiałam, że jeśli czegoś nie zmienimy, zostanę z nim z przyzwyczajenia. Zostało tylko współistnienie, jakbyśmy byli wspólnikami w jakimś biznesie, a nie partnerami. W styczniu postawiłam warunki.

– Albo uczciwość, albo rozstanie – powiedziałam. – Ja nie chcę już żyć w półprawdach.

Michał się nie bronił. Usiadł, słuchał, kiwał głową. Potem powiedział:

– Masz rację. Od teraz wszystko: hasła, telefony, rozmowy. Czysta karta.

Uwierzyłam mu. Uwierzyłam… bo tak bardzo chciałam.

Albo jesteśmy w tym razem, albo rozstanie

Usiedliśmy przy stole. Bez telewizora w tle, bez telefonów w rękach. Po prostu ja i on. Michał wyglądał na spokojnego. Może nawet zbyt spokojnego, jak na powagę rozmowy, którą mieliśmy przeprowadzić.

– Chcę, żebyśmy wszystko zaczęli od nowa – powiedziałam. – Bez niedomówień, bez półprawd. Ja nie mam już siły zgadywać, co się dzieje w twojej głowie. Albo jesteśmy w tym razem, albo nie.

Pokiwał głową. Trochę za szybko.

– Jasne – odpowiedział. – Też tego chcę.

– Serio? – spojrzałam na niego podejrzliwie. – Bo to nie będzie łatwe. Nie chcę żadnych ukrytych rozmów, nie chcę sytuacji, w których mam się domyślać. Chcę mieć dostęp do twojego telefonu. Tak samo ty do mojego. Hasła, skrzynki, wszystko.

– Masz dostęp. Nie mam nic do ukrycia – rzucił, sięgając po swój smartfon. – Tu, proszę. Hasło to twoja data urodzenia.

Zdziwiłam się. Spodziewałam się oporu, choćby drobnego. Jakiejś obrony prywatności. Tymczasem on podał mi telefon tak, jakby od dawna czekał na tę rozmowę.

– Serio? Tak po prostu? – zapytałam ostrożnie.

– A dlaczego nie? Jeśli to ma nam pomóc… – wzruszył ramionami.

Z jednej strony poczułam ulgę. Z drugiej – coś mnie ukłuło. Jakaś nuta niepokoju, której nie potrafiłam wtedy nazwać. W nocy leżałam długo, z jego telefonem przy łóżku. Mogłam zajrzeć. Ale nie chciałam być tą osobą, która musi. Która szuka. „On się zmienił” – powtarzałam sobie w myślach. Jeszcze nie wiedziałam, że to ja się zmieniłam. Że nauczyłam się ufać tylko dlatego, że bardzo chciałam wierzyć, że to wszystko jeszcze ma sens.

Od razu ją polubiłam

Pojawiła się znikąd. Wtorek, połowa lutego. Deszcz, szarość, ten typowy klimat, w którym nic dobrego się nie zaczyna. A jednak wtedy przyszła Karolina – świeża, uśmiechnięta, pachnąca jakby wyszła prosto z reklamy perfum.

– Cześć, jestem Karolina. Nowa. Wzięli mnie do zespołu contentowego – wyciągnęła rękę z takim luzem, że przez chwilę poczułam się jak pierwszoklasistka w nowej klasie, mimo że to był mój zespół.

Zaskoczyła mnie. Była konkretna, szybka w myśleniu i błyskotliwa. Po godzinie śmiałyśmy się przy ekspresie do kawy, jakbyśmy znały się od lat. Miała w sobie coś magnetycznego – ten typ ludzi, którzy zawsze stoją w centrum uwagi, ale nigdy nie są nachalni.

Zaczęłyśmy razem wychodzić na lunch. Na początku z całą ekipą, potem już we dwie. Opowiadałam jej o firmie, o klientach, a potem – jak to zwykle bywa – zeszło na prywatne tematy.

– Twój mąż? – zapytała któregoś dnia, gdy pokazałam jej zdjęcie ze świąt. – Fajny facet.

– Tak, Michał. Jesteśmy razem dziesięć lat. Ostatnio trochę ciężko… Ale próbujemy. Nowe zasady, nowy start.

Karolina uniosła brwi, ale szybko się uśmiechnęła.

Brzmi… dojrzale. Serio. Dobrze, że się staracie.

Wtedy nie zwróciłam uwagi na to, jak dziwnie zabrzmiało to „dobrze”. Jakby wiedziała coś, czego ja jeszcze nie wiedziałam. Coś w jej oczach błysnęło. Tylko przez ułamek sekundy. Zignorowałam to. Bo przecież zaczynałam jej ufać. Zbyt szybko. Zbyt łatwo.

Coś nie grało

Na początku to były rzeczy, które łatwo zignorować. Słowa, które mogły paść przypadkiem. Ton głosu, który można było sobie wmówić. W pracy Karolina była nadal taka jak zawsze – otwarta, uśmiechnięta, z tym swoim luzem, który sprawiał, że czułam się przy niej mniej spięta. Może nawet trochę lepsza. Lubiłam ją.

Aż do momentu, kiedy przeczytałam jedną z jej wiadomości i coś we mnie zadrżało. Chodziło o zwrot. Coś w stylu: „No dobra, zróbmy jak zawsze, nie?” Styl pisania, rytm, słowa – wszystko brzmiało… znajomo. Za bardzo.

Wieczorem w domu Michał wysłał mi SMS-a. Prawie identyczne sformułowanie. Wpatrywałam się w ekran. To mógł być przypadek. Jasne, przecież tak mówi masa ludzi. Ale potem przypomniałam sobie, że Karolina kiedyś powiedziała coś o tym, że nie lubi zbędnych ozdobników w wiadomościach. Że ceni prostotę. Michał… mówił dokładnie tak samo.

Kiedy indziej usłyszałam, jak Karolina rozmawia przez telefon – niby zwykły telefon, szybka pogawędka. Ale słowa, które wypowiedziała, wyryły mi się w głowie:

– Nie żartuj, przecież ustaliliśmy, że na razie stop. Nie komplikuj.

Na razie stop? Zamarłam. Nie wiedziałam, czy dobrze usłyszałam, czy to tylko moja głowa zaczęła dopowiadać historie. Michał i ja ustaliliśmy zasady. Szczerość, otwartość, zero tajemnic. Czy zaczynam świrować? Czy jestem jedną z tych kobiet, które paranoicznie podejrzewają wszystko?

A może… właśnie na tym to polega? Na małych rzeczach, które tylko ja mogę zauważyć, bo nikt inny nie zna Michała tak jak ja? W głowie kłębiły mi się pytania. I to jedno najgorsze: czy Karolina naprawdę jest nową osobą w moim życiu… czy tylko znajomą z przeszłości Michała, o której nie miałam wiedzieć?

Weszłam w zakładkę „chmura”

To był zupełny przypadek. Nawet nie szukałam. Przeglądałam zdjęcia na telefonie, żeby przesłać klientce kilka pomysłów na kampanię, i nieopatrznie weszłam w zakładkę „chmura”. Rzadko tam zaglądam, wszystko mam zsynchronizowane automatycznie. A jednak… coś się tam pojawiło. Coś, czego nie pamiętałam, żebym robiła.

Kliknęłam. Zdjęcie. Michał. I Karolina. Uśmiechnięci. On w tej swojej koszuli, którą miał nosić „na spotkania z klientem”. Ona w sukience, której jeszcze nigdy nie widziałam w biurze. I tło – to nie było moje mieszkanie. Ani żadne firmowe spotkanie. Zdjęcie zrobione kilka miesięcy temu. Przed ustaleniami. Przed tym wszystkim.

Miałam ochotę zwymiotować. Siedziałam z telefonem w ręku, jakby parzył. Mój oddech był płytki, a w klatce piersiowej czułam ucisk, jakby całe powietrze ze mnie uciekło. Patrzyłam na ich twarze i próbowałam pojąć, jak to się mogło stać. Jak on mógł… Jak ona mogła?

Wieczorem, kiedy Michał wszedł do domu, usiadłam w kuchni bez słowa. Pokazałam mu telefon.

– Co to jest? – zapytałam, choć znałam odpowiedź.

Zamarł. Bił się z myślami, czerwieniał i bladł na zmianę, aż wreszcie wydusił:

– To było… chwilę przed tym, jak zaczęła u was pracować. To był tylko romans. Zakończyliśmy to. Przysięgam.

– Czyli ustalenia były ci na rękę – wyszeptałam. – Idealne wyjście z sytuacji. Pokój bez wybuchu.

Nie zaprzeczył.

– Natalia… – zaczął, ale nie pozwoliłam mu skończyć.

– Zamilcz. Ja się starałam naprawdę zacząć od nowa. A ty po prostu zrobiłeś sobie pauzę. Idealny układ, prawda?

Byłam tą idiotką, która wierzyła, że jego milczenie to dojrzałość.

Musiałam wiedzieć, po co się pojawiła

Czekałam na nią po pracy. Stałam przy jej samochodzie, oparta o maskę, z dłońmi w kieszeniach. Nie wiedziałam, co powiem. Wiedziałam tylko, że muszę ją zobaczyć. Twarzą w twarz. Bez biurowego small talku, bez kawy i uśmiechów.

Wyszła jak zwykle pewnym krokiem. Zobaczyła mnie i na sekundę się zawahała. A potem podeszła. Bez lęku. Bez zaskoczenia. Jakby wiedziała, że ten moment prędzej czy później nastąpi.

– Hej – powiedziała tylko.

– Hej? Serio? – syknęłam.

Milczała chwilę, patrząc mi prosto w oczy. Jakby nie miała nic do ukrycia. Jakbyśmy rozmawiały o pogodzie.

– Chcesz wiedzieć, jak było? – zapytała cicho.

– Już wiem, jak było. Michał mi powiedział. Że to się skończyło, zanim zaczęłaś tu pracować.

– Tak. To prawda.

– Więc po co przyszłaś do mojej firmy?

– Bo to dobra firma – odparła z takim spokojem, że miałam ochotę ją uderzyć.

– Bo to wygodne – poprawiłam. – Bo to pozwalało ci być blisko. Obserwować. Karmić się tym. Jesteś nienormalna!

Karolina nie drgnęła. Nie odwróciła wzroku. Jej twarz była chłodna, ale nie wroga.

Myślałam, że on się rozstanie. Miał taki plan. Przynajmniej tak mówił. Ale nie zrobił tego. Więc… odpuściłam.

– Odpuściłaś. Jak wielka altruistka – parsknęłam.

Karolina wzruszyła ramionami.

– On cię teraz nie zdradza, Natalia. Już nie. Po prostu przestał kłamać.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakiekolwiek wyzwisko. Bo były prawdziwe. A ja poczułam, jak pęka we mnie coś ostatniego.

Już nie muszę wiedzieć więcej

Siedzę przy kuchennym stole. Telefon Michała leży obok mnie, odblokowany. Mógłby tu teraz wejść, a ja mogłabym otworzyć każdą wiadomość, przejrzeć każdy folder. Sprawdzić, czy mówił prawdę. Jednak nie chcę. Nie dlatego, że mu ufam. Po prostu… nie wiem, po co miałabym to robić.

Zasady miały nas ocalić. Ustaliliśmy reguły gry, która – jak sądziłam – miała naprawić nasze małżeństwo. Tylko że on znał wynik już wcześniej. Zanim rzucił kochankę, zanim podsunął mi pomysł wspólnej otwartości. To wszystko było wyreżyserowane. Zgodził się na „szczerość” tylko dlatego, że chwilowo nie miał czego ukrywać.

Jakie to sprytne. Zaufanie nie wraca dlatego, że ktoś przestaje kłamać. Czasem wraca. A czasem po prostu umiera w ciszy, zostawiając po sobie smutek i poczucie, że nie da się już zacząć naprawdę od nowa.

Nie wiem, co dalej. Czy się rozstaniemy, czy będziemy tkwić w tej nowej przezroczystości. Jestem zmęczona. Nie złamana – po prostu zmęczona udawaniem, że nie czuję się wykorzystana.

Michał śpi w sypialni. Ja siedzę w kuchni, z jego telefonem, z herbatą, z pustką. Nic nie klikam. Niczego nie sprawdzam. Już nie muszę wiedzieć więcej. Wiem wystarczająco.

Natalia, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama