Reklama

Mój budzik dzwoni codziennie o tej samej porze, chociaż od pięciu lat jestem na emeryturze. Teoretycznie powinnam teraz spać do dziewiątej i czytać książki, na które nigdy nie miałam czasu. W praktyce o 7:15 stoję już pod drzwiami mieszkania mojej córki Magdy z gotowymi pojemnikami z obiadem.

Tyrałam na pełny etat

Dlaczego? Bo Magda i jej mąż Marek robią kariery. Ona jest managerem w korporacji, on ma własną firmę budowlaną. Żyją w biegu, w stresie i – jak sami twierdzą – bez mojej pomocy ich świat by runął. Mam dwoje wnucząt: 4-letniego Kubusia i 7-letnią Zosię. Kocham te dzieci nad życie. To miłość bezwarunkowa, taka, która ściska za gardło, gdy małe rączki oplatają twoją szyję, ale ta miłość ma swoją cenę.

Ceną jest mój kręgosłup, który rwie przy każdym pochyleniu się nad rozrzuconymi klockami. Ceną jest mój czas, bo zamiast iść do kina z koleżankami, ja siedzę i czekam, aż hydraulik naprawi im cieknący kran, bo Magdy nie ma w domu, a Marek jest na budowie. Jestem babcią od wszystkiego: od podtarcia nosa, od ugotowania rosołu, od odebrania ze szkoły, od zrobienia prania, kiedy w koszu nie mieści się już brudna bielizna.

Nigdy nie narzekałam głośno. Czułam się potrzebna. Czułam, że w ten sposób buduję naszą więź. Myliłam się. Budowałam tylko ich wygodę. Tego dnia, w Dzień Babci, wszystko miało być inaczej. Magda zapowiedziała uroczysty obiad w niedzielę.

– Mamo, nic nie gotuj! – krzyczała do słuchawki w piątek. – Zamówimy catering, zrobimy to elegancko. Przyjedzie też Teresa.

Ona była inna

Teresa to druga babciam matka Marka. Mieszka w dużym domu pod miastem, jest o trzy lata starsza ode mnie, ale wygląda na o dziesięć lat młodszą. Botox, kwas hialuronowy, nienaganna fryzura prosto od stylisty i ciuchy, których metki onieśmielają. Teresa nie zajmuje się wnukami. Ona je „odwiedza”.

Jej wizyty to święto. Wpada jak kolorowy ptak, zawsze z drogimi prezentami – najnowsze zestawy klocków, markowe ubranka, tablety. Dzieci na jej widok piszczą z radości. Teresa nie zmienia pieluch – kiedyś stwierdziła, że ma za długie paznokcie. Teresa nie gotuje, boi się, że ubrudzi jedwabną bluzkę. Teresa zabiera Zosię do teatru albo na lody, robi sobie z nią selfie na Instagram i odwozi ją do domu po dwóch godzinach, mówiąc, że jest padnięta.

Kiedy weszłam w niedzielę do salonu córki, Teresa już tam była. Siedziała na kanapie z kieliszkiem prosecco, ubrana w kaszmirowy sweter w kolorze écru. Ja miałam na sobie moją najlepszą garsonkę, ale przy niej czułam się szara i znoszona.

– O, Helenka! – zawołała, nie wstając. – Ależ ty jesteś dzielna z tymi dzieciakami na co dzień. Ja bym nie dała rady, moje nerwy już nie te.

Uśmiechnęłam się krzywo. „Twoje nerwy są świetne, pomyślałam. To twoje chęci są zerowe”.

Nie dostrzegali mnie

Obiad przebiegał w atmosferze, którą można by kroić nożem, gdyby nie fakt, że wszyscy udawali sielankę. Marek nalewał wino, Magda biegała do kuchni – mimo cateringu zawsze czegoś brakowało – a dzieci skakały wokół Teresy.

– Babciu Teresko, pokażesz nam zdjęcia z Egiptu? – prosiła Zosia.

– Oczywiście, kochanie. Patrz, tutaj babcia nurkuje.

Siedziałam naprzeciwko i przeżuwałam pieczeń, która smakowała jak trociny. Czułam się niewidzialna. Kubuś wylał sok na obrus. Zanim ktokolwiek zareagował, ja już byłam na nogach ze ścierką. To odruch. Pawłow by się uśmiał.

– Mamo, zostaw, ja to zrobię – rzuciła Magda, ale nawet nie wstała od stołu. Wiedziała, że zrobię to szybciej i dokładniej.

Teresa tylko podciągnęła nogi, żeby sok nie kapnął na jej zamszowe szpilki.

– Helenko, jesteś niezastąpiona – powiedziała słodkim głosem.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to słowo – „niezastąpiona” – będzie kluczem do mojego upokorzenia.

Ekscytowałam się

Po deserze nadszedł czas na prezenty. Dzieciaki wręczyły nam laurki. To było piękne. Koślawe serduszka, napisy z błędami ortograficznymi – „Dla kohanej Babci”. Te kartki są dla mnie święte, mam ich całą szufladę. Przytuliłam Kubusia i Zosię tak mocno, że aż pisnęli. Teresa swoje laurki odłożyła na komodę, żeby „nie pognieść”, po czym wróciła do picia kawy.

– A teraz niespodzianka od nas, rodziców – powiedział Marek, wstając zza stołu.

Wyglądał na dumnego z siebie. Wyciągnął dwie torebki prezentowe i jedną kopertę. Najpierw podszedł do swojej matki.

– Mamo, wiemy, jak bardzo lubisz dbać o siebie i jak ciężko ostatnio pracowałaś nad remontem tarasu – zaczął.

Teresa otworzyła kopertę. W środku była złota karta podarunkowa.

– Ojej! – pisnęła, przykładając dłoń do ust. – Weekend w SPA? Z pełnym pakietem zabiegów?

– Tak – uśmiechnęła się Magda. – Masaże, zabiegi na twarz, strefa wellness. Zasłużyłaś na relaks.

Zrobiło mi się gorąco. Weekend w tym SPA kosztował fortunę. Wiedziałam o tym, bo Magda kiedyś pokazywała mi ich stronę internetową, marząc o wyjeździe. Spojrzałam na Teresę. Jej oczy błyszczały.

– Dziękuję, kochani! Jesteście cudowni! – rzuciła się synowi na szyję.

Nie mogłam uwierzyć

Wtedy Marek podszedł do mnie. W rękach trzymał duże, ciężkie pudło zapakowane w szary papier. Serce zabiło mi mocniej. Może to jakiś sprzęt grający? Może ekspres do kawy, o którym marzyłam, taki na kapsułki, żeby rano nie tracić czasu? A może... może voucher na wycieczkę? Przecież zawsze mówiłam, że chciałabym zobaczyć Pragę.

– A to dla ciebie, mamo – powiedziała Magda, podchodząc do mnie. W jej głosie słyszałam dziwną nutę… czy to było usprawiedliwienie? – Wiemy, jak dużo czasu spędzasz u nas w kuchni i jak bardzo to cię męczy. Chcieliśmy ci to ułatwić.

Rozerwałam papier. Moim oczom ukazał się wielki, srebrny garnek, ale nie taki zwykły. To był wolnowar. Urządzenie do gotowania gulaszów i bigosu. Obok, doklejony taśmą, był zestaw profesjonalnych pojemników próżniowych na żywność. Zapadła cisza. Słyszałam tylko tykanie zegara i szum krwi w uszach. Teresa dostała luksus, odpoczynek, chwilę dla siebie, celebrację jej kobiecości. Ja dostałam narzędzie pracy. Dostałam sygnał: „Gotuj nam więcej, ale szybciej”.

– I jak? – zapytał Marek niepewnie. – Pani w sklepie mówiła, że to hit. Wrzucasz składniki rano, a jak wracamy z pracy, obiad jest ciepły i gotowy. To ci zaoszczędzi stania przy garach!

Było mi przykro

Spojrzałam na moją córkę. Patrzyła na mnie z nadzieją. Naprawdę wierzyli, że to świetny prezent. Nie rozumieli, że właśnie sprowadzili mnie do roli kucharki, że Teresa jest babcią-kobietą, a ja jestem babcią-funkcją.

– Piękny – wydusiłam z siebie, czując, jak gardło ściska mi żal tak wielki, że bałam się wybuchnąć płaczem. – Bardzo… praktyczny.

– No właśnie! – ucieszyła się Teresa. – Helenko, ty masz taki talent kulinarny. Zazdroszczę ci. Ja to bym wodę na herbatę przypaliła. Ale za to przywiozę ci próbki kremów ze SPA!

To był ten moment. Wstałam od stołu gwałtowniej, niż zamierzałam.

– Przepraszam, muszę skorzystać z toalety – rzuciłam i uciekłam do łazienki.

Tam, oparta czołem o zimne kafelki, rozpłakałam się jak dziecko. Nie chodziło o pieniądze. Mogli dać Teresie nawet samochód. Chodziło o symbolikę. Dla Teresy – nagroda za bycie. Dla mnie – sprzęt, żebym mogła lepiej służyć. Po kilku minutach usłyszałam pukanie.

– Mamo? Wszystko w porządku? – to była Magda.

Otworzyłam drzwi. Moje oczy były czerwone, makijaż spłynął. Nie miałam już siły udawać.

– Nie, Magda. Nic nie jest w porządku.

– O co chodzi? O prezent? Mamo, to jest najlepszy model na rynku! Kosztował sześćset złotych.

Nic nie rozumiała

Wciągnęłam powietrze.

– Tu nie chodzi o cenę, dziecko. Chodzi o to, co ten prezent o mnie mówi.

– Co ty opowiadasz?

– Teresie daliście relaks. Daliście jej sygnał: „Jesteś ważna, odpocznij, zadbaj o siebie”. Mi daliście garnek. Sygnał: „Ugotuj obiad, żebyśmy my mieli wygodnie”.

– Mamo, ale ty lubisz gotować! – Magda uniosła głos, wchodząc w tryb obronny.

– Lubię gotować dla przyjemności! Raz w tygodniu! A nie codziennie dla czterech osób, bo wy nie macie czasu! Robię to, bo was kocham i chcę wam pomóc, ale jestem zmęczona, Magda. Jestem potwornie zmęczona. Bolą mnie plecy, nie mam czasu na fryzjera, chodzę w starych butach, bo szkoda mi pieniędzy, które wydaję na wasze zakupy spożywcze.

Magda zamilkła. Oparła się o pralkę.

– Ale teściowa… wiesz jaka ona jest. Gdybyśmy jej kupili garnek, obraziłaby się śmiertelnie. Ona ma… wymagania.

– A ja nie mam wymagań? – zapytałam cicho. – Czy to znaczy, że skoro ja nie tupię nogą, nie strzelam fochów i jestem na każde zawołanie, to można mnie traktować jak część inwentarza? Dostałam gorszy prezent nie dlatego, że mnie mniej kochacie, ale dlatego, że mnie mniej szanujecie. Bo jestem pewniakiem. Teresa to gość specjalny. Ja to obsługa.

Miarka się przebrała

– To nie tak… – Magda zaczęła płakać. – Myślałam, że cię to ucieszy. Że będziesz miała lżej.

– Lżej bym miała, gdybyś raz w tygodniu powiedziała: „Mamo, dzisiaj masz wolne, my zamawiamy pizzę, a ty idź na spacer”. Wolnowar nie sprawi, że będę miała wolne. Sprawi tylko, że gulasz będzie się robił osiem godzin zamiast dwóch.

Wróciłyśmy do salonu. Magda miała czerwone oczy, ja twarz bez wyrazu. Atmosfera siadła. Marek wyczuł pismo nosem, bo nagle zaczął bardzo intensywnie zajmować się dolewaniem soku dzieciom. Teresa, w swojej błogiej nieświadomości albo doskonałym aktorstwie opowiadała o nowym zabiegu z wykorzystaniem złota koloidalnego.

– Muszę już iść – powiedziałam, nie siadając nawet do stołu.

– Ale mamo, jeszcze kawa… – zaczął Marek.

– Głowa mnie boli. Dziękuję za obiad. Dziękuję za… garnek. Zostawię go tutaj, będzie wam służył.

Wyszłam, nie czekając na protesty. Zostawiłam ten cholerny garnek na środku ich designerskiego stołu, tuż obok złotej koperty Teresy.

Dałam im nauczkę

Przez lata uczyłam ich, jak mnie traktować. Uczyłam ich, że jestem niezniszczalna, bezobsługowa i tania w eksploatacji. Dziś wystawiłam im rachunek, a oni zapłacili go walutą, której nie akceptuję.

Następnego dnia o 6:30 budzik zadzwonił jak zwykle. Wyłączyłam go. Przekręciłam się na drugi bok i naciągnęłam kołdrę na głowę. O 7:20 zadzwonił telefon. Magda. Nie odebrałam. O 7:30 zadzwonił Marek. Nie odebrałam. O 7:45 przyszedł SMS: „Mamo, wszystko ok? Spóźnimy się do pracy, kto zaprowadzi Zosię?”. Odpisałam powoli, delektując się każdą literą: „Źle się czuję. Muszę odpocząć. Wypróbujcie wolnowar. Podobno sam gotuje”.

To było złośliwe, może nawet dziecinne, ale leżąc w łóżku i patrząc w sufit, po raz pierwszy od lat poczułam, że to moje łóżko i mój czas. Wyobraziłam sobie popłoch w ich domu, Marka szukającego skarpetek Zosi, Magdę próbującą zrobić śniadanie i jednocześnie malującą rzęsy. Przez cały tydzień nie poszłam do nich. Powiedziałam, że dopadła mnie grypa. Kłamstwo? Tak, ale potrzebne. Przez ten tydzień czytałam książki, poszłam do fryzjera, na kawę sama ze sobą i gapiłam się na ludzi przez szybę kawiarni.

W piątek wieczorem zadzwonił dzwonek do drzwi. W wizjerze zobaczyłam Magdę. Wyglądała tragicznie. Cienie pod oczami, niedbały koczek, plama na płaszczu. Otworzyłam. W rękach trzymała wielki bukiet kwiatów i małą torebkę z drogerii.

– Mogę wejść? – zapytała cicho.

Zreflektowała się

Usiadłyśmy w kuchni.

– Przepraszam, mamo – powiedziała, chowając twarz w dłoniach. – Ten tydzień to był koszmar. Nie zdawałam sobie sprawy… Boże, jak my cię wykorzystywaliśmy.

– Nie wykorzystywaliście – poprawiłam ją łagodnie. – Po prostu przyzwyczailiście się do wygody. A wygoda usypia wdzięczność.

– Marek też przeprasza. To był jego pomysł z tym garnkiem, ale ja go poparłam. Byliśmy głupi. Teściowa… ona dzwoniła dwa razy, żeby zapytać, czy może wpaść w weekend, ale powiedzieliśmy, że nie mamy czasu. Bo naprawdę nie mieliśmy. Bez ciebie nasz dom to chaos.

Podała mi małą torebkę. W środku były moje ulubione perfumy. Używałam ich dwadzieścia lat temu, a potem przestałam, bo szkoda mi było pieniędzy.

– To nie jest prezent praktyczny – uśmiechnęła się smutno Magda. – I wykupiliśmy ci wyjazd. Nie do drogiego SPA, ale na weekend do Ciechocinka, z wycieczką do Torunia. Tylko dla ciebie.

Rozpłakałyśmy się obie. Tym razem to był dobry płacz. Oczyszczający.

Postawiłam na swoim

Nadal kocham moje wnuki i nie chcę, żeby jadły fast foody. Nadal odbieram Zosię ze szkoły,

ale zmieniły się zasady. W poniedziałki i czwartki mam „wolne”. Nie interesuje mnie, jak sobie poradzą. To czas na mój Uniwersytet Trzeciego Wieku i na basen. Wolnowar stoi u nich w kuchni. Czasem nawet go używają.

A Teresa wróciła ze SPA opalona i zrelaksowana. Pokazywała nam zdjęcia, zachwycała się masażami. Kiedyś by mnie to żółcią zalało. Teraz patrzyłam na nią z politowaniem. Ona ma zdjęcia na Instagramie i „wspaniałe chwile” raz na miesiąc. Ja mam brudne rączki Kubusia, który mówi: „Babciu, twoja pomidorowa jest lepsza niż w przedszkolu”. I mam szacunek. Musiałam go sobie wyszarpać, musiałam trzasnąć drzwiami i zostawić ich z bałaganem, żeby go odzyskać, ale było warto.

Dostałam garnek, żeby zrozumieć, że zasługuję na koronę. I od teraz sama ją sobie nakładam, codziennie rano, zanim wyjdę z domu. Nawet jeśli tą koroną jest tylko chwila spokoju z gorącą kawą, której nikt mi nie przerywa.

Bożena, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama