„Poszłam na Dzień Singla, żeby spotkać mojego byłego narzeczonego. Zemsta była słodsza niż walentynkowe czekoladki”
„Wszystko zaczęło się od chwili, gdy zrozumiałam, że przez lata były narzeczony odzierał mnie z godności po kawałeczku. Po rozstaniu został smutek i gniew, z którymi nie umiałam sobie poradzić. Gdy zobaczyłam ogłoszenie o Dniu Singla, na którym on miał być, poczułam, że czas na rewanż”.

- Redakcja
Wszystko zaczęło się od poczucia, że narzeczony przez długi czas systematycznie odbierał mi godność, kawałek po kawałku, aż prawie przestałam ją zauważać. Kiedy zniknął z mojego życia, została cisza, a w niej gniew, którego nie umiałam nazwać. Wtedy pomyślałam, że sprawiedliwość nie zawsze przychodzi sama. Czasem trzeba jej pomóc.
Poszłam na „Dzień Singla”
Stałam w kolejce na poczcie, ściskając w dłoni awizo, a w głowie znów słyszałam jego głos. Spokojny, wyważony, zawsze taki sam, gdy tłumaczył mi, dlaczego przesadzam, dlaczego jestem zbyt wrażliwa, dlaczego „normalne kobiety” nie robią problemów. Zawsze kończyło się tak samo – ja przepraszałam, choć nie wiedziałam za co.
Kilka miesięcy po rozstaniu wciąż łapałam się na tym, że prostuję plecy, jakby miał zaraz wejść do pokoju i ocenić mój ton. To było najbardziej upokarzające: jego nieobecność bolała bardziej niż obecność.
– Pani już? – zapytała urzędniczka, a ja drgnęłam, jakbym została wyrwana z obcego snu.
Wyszłam na chłodne powietrze i wtedy zobaczyłam ogłoszenie przyklejone do tablicy: „Dzień Singla – spotkanie integracyjne”. Uśmiechnęłam się krzywo. Wiedziałam, że on tam będzie, bo widziałam informację na portalu społecznościowym. Lubił takie wydarzenia. Lubił, gdy ludzie go słuchali, gdy mógł opowiadać, jak świetnie radzi sobie po rozstaniu.
W domu usiadłam przy stole i rozpisałam plan, choć brzmiało to zbyt poważnie jak na coś, co miało być tylko drobnym rewanżem. Chciałam, żeby przez chwilę poczuł się tak, jak ja przez lata. Nie zraniony, nie zniszczony. Obnażony ze swojej pewności.
Zadzwoniłam do Asi, jedynej osoby, która znała całą historię.
– Zwariowałaś – powiedziała bez wahania. – Po co wracać do tego bagna?
– Żeby w końcu z niego wyjść – odpowiedziałam. – Na własnych zasadach.
– A jeśli to się obróci przeciwko tobie?
Zamilkłam. Tego nie było w planie.
– Muszę spróbować – dodałam ciszej. – Inaczej zawsze będę się zastanawiać, czy mogłam coś zrobić.
Wieczorem wyciągnęłam z szafy sukienkę, której nigdy przy nim nie nosiłam. Mówił, że jest zbyt odważna. Teraz, patrząc w lustro, zobaczyłam kogoś obcego, ale po raz pierwszy od dawna nie czułam wstydu. Czułam napięcie. I dziwną, niepokojącą ulgę. Plan był prosty. Życie rzadko takie bywa.
Niczym nie zabłysnął
Sala domu kultury pachniała kurzem i świeżo zaparzoną herbatą. Krzesła ustawiono w półkole, jakby ktoś chciał stworzyć iluzję bliskości. Dotarłam na miejsce wcześniej. Zawsze tak robiłam, żeby mieć chwilę na oswojenie przestrzeni, zanim pojawią się inni. Serce biło mi szybciej, choć powtarzałam sobie, że to tylko spotkanie, zwykły wieczór.
Usiadłam pod ścianą. Obserwowałam, jak ludzie wchodzą parami lub pojedynczo, niektórzy nerwowo, inni z wymuszonym luzem. I wtedy go zobaczyłam. Wszedł pewnym krokiem, rozejrzał się, jakby sprawdzał, kto już jest, a potem uśmiechnął się do kogoś po drodze. Ten sam uśmiech, który kiedyś był tylko dla mnie.
Udawałam, że go nie widzę. To była część planu. On zawsze reagował, gdy tracił uwagę.
– Nie sądziłem, że tu przyjdziesz – usłyszałam obok siebie po kilku minutach.
Podniosłam wzrok powoli, bez pośpiechu.
– A ja nie sądziłam, że będziesz zaskoczony – odpowiedziałam spokojnie.
Zmrużył oczy, jakby próbował mnie odczytać na nowo.
– Dobrze wyglądasz – rzucił, zbyt szybko, zbyt lekko.
– Ty też wyglądasz… jak zawsze – uśmiechnęłam się grzecznie.
Usiadł obok, choć było mnóstwo wolnych miejsc. Prowadząca zaczęła mówić o integracji, o rozmowach w parach, o ćwiczeniach. Słuchałam jednym uchem. Drugim wychwytywałam jego oddech, drobne ruchy, napięcie, którego wcześniej u niego nie widywałam.
– Nadal robisz z siebie zagadkę – szepnął, gdy wszyscy pochylili się nad kartkami.
– A ty nadal myślisz, że wszystko jest o tobie – odparłam.
Spojrzał na mnie zaskoczony. Przez chwilę milczał. To była nowość.
W kolejnej rundzie usadzono nas w innych parach. Trafił do grupy, w której miał opowiadać o sobie. Zauważyłam, jak mówi głośniej, jak gestykuluje, jak próbuje błyszczeć. Ludzie słuchali, ale bez zachwytu. Ktoś zadał niewygodne pytanie. Ktoś inny przerwał mu w pół zdania.
Patrzyłam na to z dystansu. I nagle poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Nie satysfakcję. Nie triumf. Raczej smutek, jakby właśnie opadała kurtyna. Po przerwie podszedł do mnie jeszcze raz.
– Zmieniłaś się – powiedział cicho. – Nie wiem, czy mi się to podoba.
– To nie musi ci się podobać – odpowiedziałam. – Wystarczy, że mi odpowiada.
Odwróciłam się i poszłam do wyjścia, zanim zdążył coś dodać. Na zewnątrz było chłodno. Oddychałam głęboko, czując, że coś we mnie pęka, ale nie w bolesny sposób. Raczej jak stary mur, który wreszcie przestaje stać.
Byłam górą i to mi wystarczyło
Przez kilka dni po spotkaniu nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Niby wróciłam do codzienności, do pracy, zakupów, rozmów o niczym, ale pod skórą czułam niepokój. Spodziewałam się ulgi, może nawet euforii. Zamiast tego pojawiło się dziwne napięcie, jakby coś zostało rozpoczęte, ale nie domknięte.
Odezwał się pierwszy. Krótka wiadomość, bez emocji. „Możemy porozmawiać?” Patrzyłam na ekran dłuższą chwilę. Dawniej odpowiedziałabym natychmiast, z sercem w gardle. Teraz odłożyłam telefon i zrobiłam herbatę. Dopiero po godzinie napisałam: „O czym?”
Spotkaliśmy się w kawiarni przy rynku. Miejscu neutralnym, bez wspomnień. Spóźnił się kilka minut. To było nowe.
– Nie dajesz mi spać – zaczął bez wstępu. – Cały czas myślę o tym, co powiedziałaś.
– To chyba normalne – wzruszyłam ramionami. – Ja przez lata myślałam o twoich słowach.
Zamilkł. Obracał serwetkę w dłoniach, jakby szukał w niej odpowiedzi.
– Wiesz, że nigdy nie chciałem cię zranić – powiedział w końcu.
– Wiem, że nigdy nie chciałeś tego zauważyć – odpowiedziałam spokojnie.
Spojrzał na mnie uważnie, jakby dopiero teraz widział, że nie drżę, nie tłumaczę się, nie szukam aprobaty. Zaczęłam mówić. O sytuacjach, żartach, które bolały. O poprawianiu mnie przy innych. O tym, jak powoli przestałam ufać własnym odczuciom. Nie podnosiłam głosu. Nie musiałam.
– Czemu mówisz mi to teraz? – zapytał.
– Bo teraz mogę – odparłam. – I bo już nic od ciebie nie zależy.
To było jak przesunięcie ciężaru. Zobaczyłam w jego oczach coś, czego wcześniej nie znałam. Nie złość. Bezradność.
– Chciałaś się zemścić? – zapytał nagle.
Uśmiechnęłam się lekko.
– Chciałam odzyskać siebie. A to, co się z tobą przy tym stało, nie było moim celem.
Wyszłam pierwsza. Pomyślałam, że zaczęła się dla niego surowa zima.
Zgodziłam się na spacer
Myślałam, że po tej rozmowie zniknie z mojego życia na dobre. Tak byłoby najprościej. Tymczasem zaczęłam go spotykać częściej, jakby miasto nagle się skurczyło. W sklepie, w drodze do pracy, raz nawet na przystanku. Nie podchodził. Patrzył tylko, a ja udawałam, że tego nie widzę. To dawało mi dziwną przewagę, ale też zmuszało do konfrontacji z samą sobą.
Pewnego popołudnia zadzwonił ponownie.
– Nie chcę niczego naprawiać – powiedział szybko, jakby bał się, że przerwę. – Chcę tylko zrozumieć.
Zgodziłam się na spacer. Było pochmurno, wiatr szarpał drzewami. Szliśmy obok siebie, a nie siedzieliśmy naprzeciw jak w walce.
– Zawsze uważałem, że jesteś silniejsza ode mnie – przyznał nagle. – Dlatego… chyba próbowałem cię pomniejszyć. Żeby poczuć się lepiej.
Zatrzymałam się.
– Wiesz, co jest w tym najgorsze? – zapytałam. – Że ja w to uwierzyłam.
Chciał coś powiedzieć, ale uniosłam dłoń.
– Nie mówię tego, żeby cię obwiniać. Mówię, bo już nie chcę tego dźwigać.
Szliśmy dalej w ciszy. Nagle dotarło do mnie, że nie czuję już tej potrzeby, która napędzała cały plan. Nie chciałam, żeby cierpiał. Chciałam, żeby przestał mieć nade mną władzę. I to właśnie się stało.
– To spotkanie wtedy… – zaczął. – Ono mnie obnażyło. Przed innymi. Przed sobą.
– Mnie też – odpowiedziałam. – Tylko że ja na to czekałam.
Rozstaliśmy się bez dramatów. Bez obietnic. W domu tę sukienkę, która była symbolem buntu, schowałam głęboko do szafy. Już nie była mi potrzebna. Wieczorem spojrzałam w lustro i po raz pierwszy od dawna zobaczyłam spokój. Zrozumiałam, że moja zemsta nie polegała na tym, że on coś stracił. Polegała na tym, że ja coś odzyskałam.
Odzyskałam życie bez jego oceny
Kilka tygodni później zobaczyłam w mediach społecznościowych zdjęcie z kolejnego spotkania. Stał w tłumie, uśmiechnięty, ale ten uśmiech był już inny. Jakby trochę za bardzo wyuczony. Przez chwilę patrzyłam na ekran, a potem zamknęłam aplikację bez żalu. To nie była już moja historia.
Zrozumiałam, że to co dla niego zaplanowałam, wydarzyło się przede wszystkim we mnie. Opadły złudzenia, rozsypały się dawne role. Przestałam być tą, która się tłumaczy, a on przestał być tym, który rozdaje karty. Każde z nas zostało z tym, co naprawdę nasze.
Nie było zemsty z fanfarami, było coś cenniejszego – cisza, w której nie czułam już jego obecności. Mogłam podejmować decyzje bez zastanawiania się, jak je oceni. Mogłam się mylić i mieć rację na własnych zasadach. Zemsta okazała się tylko drogą, nie celem. A gdy dotarłam na koniec, nie było już potrzeby oglądać się za siebie. Zima powoli odchodziła, a ja wiedziałam, że następna pora roku będzie już tylko moja.
Ala, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dałem synowi kasę, by rozwinął własny biznes. Teraz patrzę bezradnie, jak jego nowa panna chce go puścić w skarpetkach”
- „Żona mnie zdradzała i nawet się z tym nie kryła. Gdy zrobiłem tę 1 rzecz, jej kochankowie rozpłynęli się jak we mgle”
- „Teściowa myślała, że zdrady dzieją się tylko w filmach. Teraz przyszła do mnie z płaczem, bo jej mąż wziął nogi za pas”