„Pożyczyłam córce 20 tysięcy na remont łazienki. Obiecała oddać szybko, a dziś nawet nie odbiera ode mnie telefonu”
„Nie chodzi tylko o pieniądze, choć to były oszczędności całego mojego życia. Chodzi o to, że czuję się oszukana przez jedyną osobę, dla której byłabym gotowa oddać ostatnią koszulę”.

- Redakcja
Kiedyś córka dzwoniła codziennie, opowiadała o pracy, o planach, o tym, jaki odcień beżu wybrali do przedpokoju. Dziś moje wiadomości pozostają bez odpowiedzi, a sygnał w słuchawce urywa się po kilku sekundach, jakby ktoś po drugiej stronie nerwowo wciskał czerwoną słuchawkę. Nie chodzi tylko o pieniądze, choć to były oszczędności całego mojego życia. Chodzi o to, że czuję się oszukana przez jedyną osobę, dla której byłabym gotowa oddać ostatnią koszulę.
Słuchałam jej z troską
Wszystko zaczęło się w duszne, lipcowe popołudnie. Paulina wpadła do mnie prosto po pracy, jeszcze w garsonce, z rozwianymi włosami i tym błyskiem w oku, który pamiętam z czasów, gdy była małą dziewczynką. Przyniosła sernik z cukierni, mój ulubiony. Już wtedy powinnam była wyczuć, że to nie jest zwykła wizyta kurtuazyjna. Zazwyczaj, gdy przychodziła bez interesu, piłyśmy szybką kawę i narzekała na szefa. Tym razem usiadła, wygładziła obrus i zaczęła opowiadać o swoim mieszkaniu z taką pasją, jakby budowała pałac.
– Mamo, nie wyobrażasz sobie, w jakim stanie jest ta nasza łazienka – westchnęła teatralnie, biorąc kęs ciasta. – Płytki odpadają, woda cieknie pod wanną, a Kamil boi się, że zalejemy sąsiadów. To jest tykająca bomba.
Słuchałam jej z troską. Wiedziałam, że kupili mieszkanie na kredyt, raty poszły w górę i nie jest im lekko. Kamil pracował w logistyce, Paulina w urzędzie, ale życie w dużym mieście kosztowało krocie. Zawsze starałam się im pomagać, podrzucałam słoiki, kupowałam wnuczkowi ubranka, czasami wsuwałam jej do kieszeni banknot na „drobne wydatki”. Tylko że tym razem chodziło o coś większego.
– Mamy ekipę, która może wejść od poniedziałku – kontynuowała, patrząc na mnie tymi swoimi dużymi, brązowymi oczami. – Dali nam świetną cenę, ale chcą gotówkę na materiały. A my czekamy na zwrot podatku i premię Kamila. Mamo, to tylko kwestia dwóch, góra trzech miesięcy.
Zamarłam z filiżanką w połowie drogi do ust. Wiedziałam, do czego zmierza.
– Ile potrzebujecie? – zapytałam cicho, czując ucisk w żołądku.
– Dwadzieścia tysięcy – wyrzuciła z siebie szybko. – Wiem, że to dużo, ale oddamy ci, co do grosza. Przysięgam. Nawet z odsetkami, jak będziesz chciała, chociaż w banku to by nas zdarli ze skóry, a tobie te pieniądze leżą na koncie i tracą na wartości przez inflację.
Dwadzieścia tysięcy. Dla niektórych to cena wakacji czy używanego samochodu. Dla mnie to było poczucie bezpieczeństwa na starość, na leki, na ewentualną opiekę.
Namówiła mnie
Gdy Paulina wyszła, siedziałam długo w milczeniu, patrząc na zdjęcie Tadeusza. Mój mąż nie żył od pięciu lat, ale wciąż rozmawiałam z nim w myślach. Byliśmy prostymi ludźmi. Nigdy nam się nie przelewało. Pamiętam te wyrzeczenia. Odmawialiśmy sobie wyjazdów, żeby Paulina mogła pojechać na kolonie. Tadeusz chodził w tych samych butach przez cztery zimy, by opłacić jej korepetycje. Te dwadzieścia tysięcy na koncie to nie były po prostu cyfry. To były jego nadgodziny, moje niewykupione recepty na witaminy, wszystkie niedziele spędzone w domu zamiast w kawiarni.
– Daj jej, Tadziu by dał – powiedziała mi przez telefon Beata, moja przyjaciółka, kiedy zadzwoniłam do niej z wątpliwościami. – To twoja córka. Przecież cię nie okradnie. Mają teraz ciężko, a ty masz emeryturę, jakoś sobie poradzisz. Pieniądze ci zwrócą.
Przekonała mnie. Następnego dnia poszłam do banku. Ręce mi drżały, gdy wpisywałam numer konta Pauliny. Zatwierdzając transakcję, czułam mieszankę dumy, że mogę pomóc dziecku, i paraliżującego strachu, że właśnie pozbawiłam się tarczy ochronnej.
– Dziękuję, mamo! Jesteś wielka! – krzyczała Paulina do słuchawki godzinę później. – Uratowałaś nas! Przyjedź w sobotę, zobaczysz projekt!
Byłam dumna
Pierwsze tygodnie po przelewie były cudowne. Czułam się potrzebna i doceniona. Paulina wysyłała zdjęcia kafelków, pytała o baterie prysznicowe, dzwoniła tylko po to, by zdać relację z postępów prac. Nawet Kamil, zazwyczaj mrukliwy, stał się milszy.
– Dobrze, że mama nam pomogła – rzucił kiedyś przy obiedzie, nakładając mi dokładkę. – Bez tego byśmy utonęli w tym gruzie.
Byłam dumna. Opowiadałam sąsiadkom, że córka robi generalny remont, a ja jestem częścią tych planów. Remont dobiegł końca po dwóch miesiącach. Pojechałam zobaczyć efekt. Łazienka wyglądała imponująco: wielkie podświetlane lustro, nowoczesna kabina, elegancki gres. Wszystko pachniało nowością.
– Pięknie – zachwycałam się, gładząc dłonią chłodną ceramikę. – Naprawdę warto było.
– No pewnie, że warto – Paulina uśmiechnęła się szeroko. – Teraz wreszcie można się zrelaksować po pracy.
Nie pytałam wtedy o pieniądze. Uznałam, że to nieelegancko w momencie, gdy wciąż sprzątają pył. Termin zwrotu jeszcze nie minął. Wróciłam do domu spokojna, nie wiedząc, że ten piękny obrazek wkrótce zacznie pękać.
Czułam się oszukana
Gdy minął trzeci miesiąc, sprawdziłam konto – pusto. Zadzwoniłam do Pauliny, starając się brzmieć swobodnie.
– Cześć córeczko, co tam u was? Jak się sprawuje nowa wanna? – zagaiłam.
– Ojej, mamo, cudownie – odpowiedziała, ale wyczułam napięcie. – Słuchaj, nie mogę teraz rozmawiać, jestem w biegu.
– Chciałam tylko zapytać, bo wiesz, minął termin... Chodzi o pożyczkę – wydusiłam.
Zapadła cisza.
– A, o to ci chodzi – jej ton ochłódł. – Mamo, mamy mały poślizg. Kamilowi przesunęli wypłatę premii. Szef coś kręci w firmie. Musisz poczekać jeszcze z miesiąc. Dasz radę? Przecież nie przymierasz głodem.
Zabolało mnie to zdanie. „Nie przymierasz głodem”. Zgodziłam się jednak. Co miałam zrobić? Kłócić się? Miesiąc później sytuacja się powtórzyła. Tym razem zepsuł im się samochód.
– Mamo, zrozum, musimy czymś dojeżdżać do pracy. Naprawa kosztowała trzy tysiące. Jak tylko się odkujemy, przeleję ci pierwszą ratę – tłumaczyła.
– Ratę? – zapytałam zdziwiona. – Mówiłaś, że oddacie całość.
– No tak, ale sytuacja się zmieniła. Będziemy ci oddawać po tysiąc złotych miesięcznie. Tak będzie dla nas łatwiej.
Zgodziłam się na raty, byle odzyskać cokolwiek. Jednak minął kolejny miesiąc, a na konto nie wpłynęła nawet złotówka. Paulina przestała odbierać, odpisując jedynie zdawkowe SMS-y: „Jestem na spotkaniu”, „Oddzwonię”, „Nie męcz mnie, mam migrenę”.
Płakałam z bezsilności
Prawdziwy dramat rozegrał się w listopadzie. Mój stary piec gazowy odmówił posłuszeństwa. Serwisant stwierdził pęknięcie wymiennika ciepła – naprawa nieopłacalna. Nowy piec z montażem to wydatek sześciu tysięcy złotych. Miałam dwa tysiące na życie. Brakowało co najmniej czterech. Zimno wciskało się do mieszkania, a ja siedziałam w dwóch swetrach, płacząc z bezsilności. Zadzwoniłam do córki. Odebrała za trzecim razem, wyraźnie zniecierpliwiona.
– Paulinko, stała się tragedia – powiedziałam drżącym głosem. – Piec mi wysiadł. Muszę kupić nowy, jest zimno. Potrzebuję części tych pieniędzy. Cztery tysiące. Proszę cię, to pilne.
– Mamo, znowu zaczynasz? – westchnęła głośno. – Przecież mówiłam ci, że teraz nie mamy z czego. Mamy wydatki, idą święta. Nie wyczaruję ci tych pieniędzy.
– Ale ja marznę! – krzyknęłam, tracąc cierpliwość. – To są moje pieniądze! Pożyczyłam wam na łazienkę, a teraz ja siedzę w zimnym domu!
– Nie dramatyzuj – ucięła ostro. – Weź sobie na raty, masz dobrą historię kredytową. Spłacimy ci te raty, obiecuję. Teraz nie mam gotówki. Muszę kończyć, Kamil woła.
Rozłączyła się. Siedziałam z martwym telefonem, nie mogąc uwierzyć. Własna córka kazała mi brać kredyt, bo ona „nie ma gotówki”, choć wisi mi dwadzieścia tysięcy. Pożyczyłam brakującą kwotę od Beaty, płonąc ze wstydu. Przyjaciółka nie powiedziała „a nie mówiłam”, tylko zrobiła mi gorącej herbaty.
Byłam w szoku
Od tamtej rozmowy minęły dwa tygodnie ciszy. Paulina nie dzwoniła. Postanowiłam, że nie będę dłużej siedzieć jak żebraczka. To były pieniądze Tadeusza. Należał się im szacunek. Wsiadłam w autobus i pojechałam do nich w sobotę bez zapowiedzi. Dzwoniłam domofonem, ale nikt nie odpowiadał. Zaniepokojona weszłam na górę, używając zapasowych kluczy. W przedpokoju stały nierozpakowane walizki. Z salonu dobiegała muzyka. Weszłam do środka i zamarłam. Na środku pokoju stał ogromny, nowy telewizor, droższy niż mój piec.
– Mamo? Co ty tu robisz? – Paulina zerwała się, przestraszona, a po chwili wściekła. – Nie wchodzi się tak do ludzi bez pukania! To naruszenie prywatności!
– Dzwoniłam domofonem – powiedziałam spokojnie, choć w środku wrzałam. Mój wzrok błądził po drogich sprzętach. – Byliście gdzieś?
– Byliśmy na weekend w SPA, musieliśmy odpocząć po tym remoncie – mruknął Kamil, nie wstając z kanapy.
– W SPA... – powtórzyłam cicho. – I macie nowy telewizor. A ja musiałam pożyczać od obcych ludzi na piec, bo wy nie mieliście dla mnie ani grosza.
– To była okazja! Promocja! – Paulina zaczęła krzyczeć, machając rękami. – Co ty nam wyliczasz? Zaglądasz nam do portfela? To, że pożyczyłaś nam pieniądze, nie znaczy, że jesteśmy twoimi niewolnikami!
– Ale to są moje pieniądze! – głos mi się załamał. – Obiecałaś oddać szybko. Minęło pół roku. Nie oddałaś nic. A teraz widzę, że żyjecie jak królowie, podczas gdy ja ledwo wiążę koniec z końcem.
– Oddamy! – wrzasnęła. – Boże, jaka ty jesteś materialistka! Tylko kasa i kasa. Nigdy bym nie pomyślała, że własna matka będzie mi tak wyliczać. Masz emeryturę, mieszkanie, czego ci jeszcze brakuje? My musimy żyć, jesteśmy młodzi!
– Brakuje mi szacunku – powiedziałam, czując łzy na policzkach. – I brakuje mi córki, która była uczciwym człowiekiem.
Odłożyłam klucze na komodę, obok drogich perfum.
– Nie chcę tych kluczy. I nie chcę słuchać kłamstw. Przelejcie mi pieniądze, kiedy „znajdziecie chwilę”. Tylko nie liczcie na to, że przyjdę jeszcze kiedyś z sernikiem.
Wychowałam egoistkę
Wyszłam, trzasnąwszy drzwiami. Czułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Nie chodziło o to, że kupili sobie rzeczy, ale o to, że kłamali mi w żywe oczy, pozwalając, żebym marzła i zadłużała się u znajomych. Wybrali komfort ponad dobro matki. Od tamtej soboty minęły trzy tygodnie. Panuje cisza. Telefon milczy. Wczoraj dostałam przelew. Pięćset złotych. W tytule: „Rata 1”. Żadnego słowa przepraszam. Po prostu bezduszny przelew jakbyśmy były obcymi stronami w transakcji handlowej.
Patrzę na to potwierdzenie i myślę o Tadeuszu. Cieszę się, że tego nie dożył. Że nie widzi, jak owoce jego ciężkiej pracy stały się powodem rozpadu rodziny. A może te pieniądze tylko obnażyły prawdę, której nie chciałam widzieć? Prawdę o tym, że wychowałam egoistkę, dla której „mieć” jest ważniejsze niż „być”. Odzyskam te pieniądze, jestem tego pewna. Choćby miało to trwać lata po te pięćset złotych. Jednak straciłam coś znacznie cenniejszego – wiarę w to, że jestem dla mojego dziecka kimś ważnym. Tej straty żaden przelew mi nie wynagrodzi. Łazienka jest piękna, ale fundamenty naszej rodziny okazały się zrobione z piasku.
Renata, 56 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rodzice dali mi pieniądze na ślub, a teraz mną dyrygują. Gdybym wiedziała, że tak będzie, nie wzięłabym nawet złotówki”
- „Walentynki już zawsze będą mi się śniły po nocach. W święto zakochanych straciłam nie tylko pracę, ale i miłość życia”
- „Zostałam sama w tłusty czwartek i nawet pączki nie poprawiły mi humoru. Samotność ma gorzki smak”