Reklama

Stało się to w momencie, gdy byłem przekonany, że wreszcie mam w życiu porządek. Stałą pracę, oszczędności i spokojną głowę. Wtedy zadzwonił Rafał. Głos miał nerwowy, mówił szybko, jakby bał się, że się rozmyślę. Prosił o pomoc przy remoncie. Myślałem, że chodzi tylko o pieniądze. Nie wiedziałem, że chodzi też o granice, których nigdy wcześniej w naszej rodzinie nie stawiałem.

To miała być tylko pożyczka

Rafał zadzwonił wieczorem, gdy siedziałem jeszcze przy laptopie. Numer brata wyświetlił się na ekranie i zanim odebrałem, przez głowę przemknęła mi myśl, że to pewnie coś pilnego. On rzadko dzwonił bez powodu.

– Paweł, masz chwilę? – zapytał bez wstępów.

– Mam. Co się stało?

– Remont… wiesz, jak to jest. Wszystko się rozjechało. Materiały droższe, ekipa chce zaliczki. Brakuje mi pieniędzy.

Mówił szybko, zbyt szybko. Znałem ten ton. Tak brzmiał zawsze, gdy coś mu się wymykało spod kontroli. Oparłem się o oparcie krzesła i spojrzałem w sufit, jakbym tam mógł znaleźć odpowiedź.

– Ile? – zapytałem w końcu.

Zapadła krótka cisza.

Dwadzieścia pięć tysięcy. Oddam, jak tylko skończymy. Najdalej za trzy miesiące.

Ta kwota nie była dla mnie drobnostką, ale też nie rujnowała mnie finansowo. Bardziej zabolało mnie coś innego. To, że znów byłem tym, który coś „ogarnie”. Od dzieciństwa ratowałem sytuację, gdy to Rafał coś zawalał. Przynosiłem podpisane dzienniczki, tłumaczyłem się przed nauczycielami, później przed rodzicami. Teraz przyszła kolej na pieniądze.

– Musimy to jasno ustalić – powiedziałem po chwili. – To pożyczka. Termin jest terminem.

– Jasne, przecież wiem – odpowiedział szybko. – Rodzina to rodzina, ale oddam co do złotówki.

Słowo „rodzina” zawisło między nami jak argument, z którym trudno dyskutować. Wtedy do rozmowy włączyła się Katarzyna, moja bratowa. Słyszałem ją w tle.

– Paweł, naprawdę nam pomożesz. Rafał bardzo to doceni.

Doceni. To słowo brzmiało jak obietnica spokoju. Po rozmowie długo siedziałem w ciszy. Przypomniałem sobie, jak matka powtarzała, że bracia powinni trzymać się razem, bo świat i tak wystarczająco potrafi podzielić. Następnego dnia zrobiłem przelew. Wmawiałem sobie, że robię to z rozsądku, nie z przyzwyczajenia. Że tym razem wszystko będzie jasne i uczciwe. Jeszcze nie wiedziałem, jak szybko ta decyzja wróci do mnie przy rodzinnym stole.

Czekałem na zwrot pieniędzy

Na początku wszystko wyglądało dokładnie tak, jak obiecywał Rafał. Co kilka dni dostawałem wiadomości ze zdjęciami. Najpierw gołe ściany, potem nowe instalacje, wreszcie podłoga, która połyskiwała świeżością. Odpowiadałem krótko, czasem dodawałem pytanie, czy wszystko idzie zgodnie z planem.

– Jasne, jeszcze chwila i koniec – pisał. – Trochę wyszło drożej, ale panujemy nad tym.

„Trochę” zaczęło się jednak powtarzać. Najpierw droższe kafelki, potem niespodziewana poprawka w łazience, później sprzęt, który „już był potrzebny teraz, bo promocja”. Patrzyłem na te zdjęcia z rosnącym napięciem. Mieszkanie wyglądało coraz lepiej, a ja coraz częściej łapałem się na tym, że liczę w głowie dni do ustalonego terminu zwrotu pieniędzy. Bo przecież to miała być pożyczka.

Zadzwoniłem raz, potem drugi. Nie odebrał. Oddzwonił po kilku godzinach.

– Przepraszam, byłem na budowie. Co tam?

– Chciałem zapytać, jak stoisz z zamknięciem remontu – powiedziałem możliwie spokojnie.

– Spokojnie, wszystko pod kontrolą.

Zaczęło mnie drażnić to słowo. „Spokojnie”. Jakby problem istniał tylko w mojej głowie. Matka też dzwoniła częściej.

– Rafał mówił, że bardzo mu pomogłeś – zaczynała. – Wiesz, on teraz ma ciężki czas. Dobrze, że ma ciebie.

Nie mówiłem jej o tym, że kontakt się urywa. Sam jeszcze nie chciałem tego nazywać. Tłumaczyłem sobie, że remont pochłania energię, że każdy by się skupił na sprawach bieżących. A jednak coś mi zgrzytało. Zwłaszcza wtedy, gdy zobaczyłem zdjęcie nowej kanapy. Dużej, jasnej, wyraźnie nie takiej z najtańszych.

Napisałem krótką wiadomość: „Musimy się wkrótce zdzwonić w sprawie pożyczki”. Odpowiedź przyszła dopiero następnego dnia.
„Jasne, pogadamy. Teraz jest trochę chaosu”. Chaos. Kolejne słowo, które miało wszystko wyjaśniać. A ja pierwszy raz pomyślałem, że ten chaos może mnie kosztować więcej niż pieniądze. Że oddałem nie tylko oszczędności, ale też poczucie kontroli nad własną decyzją.

Nie chciałem ustąpić

Trzy miesiące minęły szybciej, niż się spodziewałem. Zorientowałem się dopiero wtedy, gdy spojrzałem w kalendarz i zobaczyłem zaznaczoną datę z krótką notatką: „Rafał – zwrot pieniędzy”. To ja ją tam wpisałem, zaraz po przelewie. Na wypadek, gdybym zapomniał. Paradoksalnie pamiętałem aż za dobrze.

Napisałem do niego rano. Krótko, bez emocji. „Minął termin. Musimy porozmawiać”. Przeczytane, ale odpowiedzi brak. Zadzwoniłem po południu. Najpierw sygnał, potem poczta. Wieczorem znów spróbowałem. Bez skutku. Czułem, jak narasta we mnie złość, ale jeszcze bardziej coś, czego się wstydziłem. Poczucie winy. Jakbym robił coś niestosownego, domagając się własnych pieniędzy. Siedziałem w kuchni, gapiąc się w kubek z herbatą, gdy zadzwoniła mama.

– Paweł, Rafał mówił, że trochę go naciskasz – zaczęła ostrożnie.

– Minął termin, mamo.

– Wiem, ale on naprawdę teraz nie ma z czego. Remont go wykończył. Daj mu trochę czasu.

Zacisnąłem usta.

– A ja? Mam udawać, że nic się nie stało?

– Nie rób z tego afery – powiedziała ciszej. – To rodzina.

To słowo znów padło jak tarcza. Poczułem, że jeśli teraz ustąpię, już zawsze będę tym, który ma ustąpić. Wieczorem Rafał w końcu oddzwonił.

– Paweł, serio teraz nie dam rady – powiedział bez wstępu. – Myślałem, że jakoś się to rozłoży.

– „Rozłoży”? – zapytałem. – Umówiliśmy się na konkretny termin.

– No ale wiesz, jak jest… – westchnął.

Wiedziałem. I właśnie to bolało najbardziej. Że on liczył na moją ciszę, na to, że się nie odezwę. Po raz pierwszy jasno zobaczyłem, że problemem nie były pieniądze, tylko to, jak łatwo przyszło mu zignorować moją granicę. Odłożyłem telefon z drżącymi rękami. Cisza, która zapadła, była gorsza niż kłótnia.

Nasza relacja się zmieniła

Do Rafała pojechałem w niedzielę, na rodzinny obiad. Nowo wyremontowane mieszkanie pachniało świeżością i czymś słodkim, co Katarzyna postawiła na stole. Jasne ściany, równe listwy, wszystko jak z katalogu. Zdjąłem kurtkę i od razu zobaczyłem salon. Ten sam, który wcześniej wyglądał jak plac budowy. Teraz był dopieszczony w każdym detalu.

– No i jak? – zapytał Rafał z dumą. – Zupełnie inaczej, prawda?

Kiwnąłem głową.

– Widać, że wszystko już gotowe.

Usiedliśmy do stołu. Mama krzątała się nerwowo, poprawiała talerze, jakby chciała czymś zająć ręce, żeby nie patrzeć nam w oczy. Katarzyna siedziała cicho, uważnie nasłuchując.

– Paweł zawsze był rozsądny – zaczęła mama, nalewając zupę. – Taki odpowiedzialny.

Spojrzałem na nią uważnie.

– Nie tylko za siebie.

Rafał odchrząknął.

– Nie zaczynajmy przy obiedzie.

Wtedy coś we mnie pękło.

– A kiedy mamy zacząć? – zapytałem spokojnie. – Termin minął. Unikałeś mnie. A tu wszystko wygląda, jakby problemu nie było.

Zapadła cisza. Katarzyna spuściła wzrok. Mama przestała się ruszać.

– Paweł, przesadzasz – powiedziała w końcu. – Zobacz, ile stresu miał Rafał.

– A ja? – odpowiedziałem. – Dla mnie to też był stres. Tylko mój dotyczył pieniędzy, więc lepiej było go nie zauważać.

Rafał westchnął ciężko.

– Myślałem, że zrozumiesz. Że jakoś rozłożymy to na raty.

– Bez rozmowy? – zapytałem. – Bez uczciwości?

Nie krzyczałem. I chyba to było najgorsze. Widziałem w jego oczach, że liczył na awanturę, po której wszystko się rozmyje. A dostał spokojne zdanie, którego nie dało się zignorować. Zrozumiałem wtedy, że ten stół nie jest miejscem pojednania. Wyszedłem wcześniej, niż planowałem. Na klatce schodowej poczułem ulgę, jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar. Wiedziałem, że relacja już się zmieniła, ale nigdy nie była wzorowa. I że to dopiero początek konsekwencji tej jednej, oczywistej decyzji.

Przestałem czuć się winny

Zakończenie przyszło szybciej, niż się spodziewałem, choć dojrzewało we mnie od dawna. Kilka dni po tamtym obiedzie spotkałem się z Rafałem sam na sam. Bez mamy, bez Katarzyny, na neutralnym gruncie. Usiedliśmy na ławce pod jego blokiem. Tym razem nie uciekał wzrokiem.

– Nie mam tych pieniędzy – powiedział wprost. – Liczyłem, że… że odpuścisz. Jak zawsze.

To „jak zawsze” zabolało bardziej niż sama kwota.

– Właśnie dlatego nie mogę – odpowiedziałem. – Nie chodzi już o remont. Chodzi o to, że przestałeś mnie traktować fair.

Nie było kłótni. Nie było dramatycznych gestów. Rafał zaproponował spłatę w ratach, małych, rozciągniętych w czasie. Zgodziłem się, ale postawiłem warunek: wszystko na piśmie, jasno i bez niedomówień. Przyjął to bez sprzeciwu. Chyba pierwszy raz zobaczył, że nie da się już grać na rodzinnych sentymentach.

Pieniędzy nie odzyskałem od razu. Pierwszy przelew był symboliczny, drugi trochę większy. Ważniejsze było jednak coś innego. Mama przestała dzwonić z prośbami o „zrozumienie”, a ja przestałem czuć się winny, że czegoś oczekuję. W rodzinie zrobiło się ciszej, chłodniej, ale też uczciwiej. Zrozumiałem, że ten spokój, który kupiłem pożyczką, musiałem potem odkupić granicami. Drogo, ale wreszcie na własnych warunkach.

Paweł, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama