„Pożyczyłem od babci 10 tysięcy, ale odeszła, zanim zdarzyłem jej je oddać. Nie mogę się z tym pogodzić”
„Mogłem się przyznać, ale tchórzostwo znów wygrało. Bałem się ich spojrzeń. Bałem się, że uznają mnie za pasożyta, który wykorzystał staruszkę. Kilka dni po pogrzebie pojechałem z mamą do mieszkania babci, żeby posprzątać i przejrzeć jej rzeczy. To było bolesne doświadczenie”.

- Redakcja
Ten ciężar noszę w sobie każdego dnia, choć od pogrzebu minęły już dwa lata. Ludzie mówią, że czas leczy rany, ale nikt nie wspomina o tym, co dzieje się z wyrzutami sumienia, które z czasem tylko przybierają na wadze. To miała być pożyczka od najbliższej osoby, która wierzyła we mnie bardziej niż ja sam w siebie. Dziś wiem, że nie chodziło tylko o pieniądze. Chodziło o zaufanie, którego nie zdążyłem odbudować, i o zwykłe słowo „przepraszam”.
Poczułem wstyd
Wszystko zaczęło się w duszne, lipcowe popołudnie. Pamiętam ten dzień z fotograficzną dokładnością, bo słońce wdzierało się do małego saloniku babci Jadwigi przez koronkowe firanki, rzucając na podłogę skomplikowane wzory. Siedziałem naprzeciwko niej, gniotąc w dłoniach rąbek obrusa, a serce mi waliło. Miałem wielkie marzenia i jeszcze większe długi. Moja firma graficzna, którą dumnie zarejestrowałem pół roku wcześniej, istniała głównie na papierze. Rzeczywistość skrzeczała. Klienci spóźniali się z płatnościami, czynsz za wynajmowane biuro pożerał oszczędności, a laptop, moje główne narzędzie pracy, właśnie wyzionął ducha. Potrzebowałem gotówki. Szybko. Banki patrzyły na moje dochody z politowaniem, rodzice sami ledwo wiązali koniec z końcem po remoncie dachu. Została tylko ona. Babcia Jadwiga.
– Babciu, to tylko na chwilę zacząłem, starając się, by mój głos brzmiał pewnie. Mam pewien kontrakt na horyzoncie, duża rzecz. Muszę tylko zainwestować w sprzęt. Oddam ci wszystko w trzy miesiące, przysięgam. Może nawet z procentem.
Spojrzała na mnie z miłością. Nie pytała o biznesplan. Nie chciała widzieć umów. Dla niej liczyło się to, że jej ukochany wnuk, ten sam, któremu smażyła naleśniki z serem, potrzebuje pomocy. Wstała powoli, podeszła do starej meblościanki i wyciągnęła z głębi szuflady metalową puszkę po herbatnikach. To był jej bank. Oszczędności całego życia, odkładane ze skromnej emerytury, grosz do grosza.
– Masz, dziecko – powiedziała, wciskając mi w dłoń plik banknotów spiętych gumką recepturką. – To jest dziesięć tysięcy. Trzymałam na czarną godzinę, ale skoro ty potrzebujesz, to bierz. Tylko pamiętaj, dbaj o siebie. Pieniądze to rzecz nabyta.
Poczułem ukłucie wstydu, gdy chowałem gotówkę do kieszeni, ale ulga była silniejsza. Obiecałem sobie, że oddam jej to, co do grosza, zanim spadną pierwsze liście. Nie wiedziałem wtedy, że to początek końca naszej relacji, jaką znaliśmy.
Żyłem jak król
Kupno nowego komputera było koniecznością, to prawda. Jednak reszta pieniędzy zaczęła przeciekać mi przez palce w sposób, którego do dziś nie potrafię logicznie wytłumaczyć. Zamiast zacisnąć pasa i odkładać na spłatę długu, zacząłem szastać pieniędzmi na lewo i prawo. Skoro miałem sprzęt, sukces był przecież gwarantowany, prawda? Zacząłem wychodzić na miasto. Zapraszałem moją ówczesną dziewczynę, Marlenę, do restauracji, na które normalnie nie byłoby mnie stać. Kupiłem markowe buty, bo przecież grafik musi wyglądać profesjonalnie. Wmawiałem sobie, że to inwestycja w wizerunek. Kiedy Marlena pytała, skąd nagle mam na to wszystko, zbywałem ją machnięciem ręki, mówiąc o zaliczkach od klientów. Kłamstwo przychodziło mi coraz łatwiej.
Trzy miesiące minęły błyskawicznie. Jesień nadeszła, liście spadły, a ja nie miałem nawet połowy kwoty. Zlecenie, o którym mówiłem babci, okazało się klapą, a klient wycofał się w ostatniej chwili. Zostałem z nowym komputerem, stertą rachunków i długiem honorowym, który zaczął ciążyć mi jak kamień u szyi. Zadzwoniła do mnie w listopadzie.
– Tomeczku, przyjdziesz w niedzielę na obiad? Zrobiłam gołąbki – powiedziała ciepło.
W jej głosie nie było ponaglenia, żadnej wzmianki o pieniądzach. Jednak ja słyszałem w tym pytaniu nieme oskarżenie. Spanikowałem.
– Babciu, wiesz, mam teraz straszny młyn w pracy – skłamałem gładko, patrząc na serial, który właśnie oglądałem. –Może w przyszłym tygodniu? Ten projekt jest kluczowy, rozumiesz.
– Rozumiem, kochanie. Pracuj, pracuj. Jestem z ciebie dumna.
Te słowa bolały bardziej niż krzyk. Byłem tchórzem. Unikałem własnej babci, bo nie miałem odwagi przyznać się do porażki i rozrzutności.
Czułem się jak oszust
Zima przyniosła ochłodzenie nie tylko w pogodzie, ale i w moich relacjach z rodziną. Rodzice zaczęli dopytywać, dlaczego tak rzadko odwiedzam babcię. Wymyślałem niestworzone historie o wyjazdach służbowych, o szkoleniach, o terminach nie do przesunięcia. Prawda była taka, że bałem się spojrzeć jej w oczy. Bałem się, że zapyta o te dziesięć tysięcy, a ja będę musiał się przyznać, że przejadłem jej oszczędności. Odwiedziłem ją tylko raz, w Boże Narodzenie. Nie mogłem się wykręcić. Siedzieliśmy cała rodzinną przy stole, a ja czułem się jak oszust. Babcia wyglądała na zmęczoną. Jej dłonie drżały, gdy nakładała mi barszcz.
– Jak tam w firmie, wnusiu? – zapytała cicho, gdy reszta rodziny dyskutowała o polityce.
– Dobrze, babciu. Wszystko idzie w dobrym kierunku – odpowiedziałem, nie odrywając wzroku od talerza. – Niedługo wszystko ci oddam. Przepraszam, że to tak długo trwa.
Machnęła ręką, jakby odganiała natrętną muchę.
– Daj spokój. Nie o pieniądze mi chodzi. Tęsknię po prostu. Rzadko wpadasz.
To był ten moment, w którym powinienem był paść jej do nóg, przyznać się do wszystkiego i obiecać poprawę. Zamiast tego uśmiechnąłem się sztucznie i zmieniłem temat. Obiecałem sobie, że od nowego roku biorę się w garść. Że w styczniu, najpóźniej w lutym, przyniosę jej te pieniądze w kopercie, dorzucę wielki bukiet kwiatów i jej ulubione czekoladki. Wyobrażałem sobie tę scenę dziesiątki razy. Mój tryumfalny powrót, jej radość, oczyszczenie atmosfery. Ta wizja pozwalała mi spać w nocy.
Czułem euforię
Wiosna przyniosła przełom w moich interesach. W końcu udało mi się złapać stałego klienta. Pieniądze zaczęły wpływać na konto regularnie. Odkładałem każdy grosz, żyjąc o chlebie i wodzie, byle tylko uzbierać tę sumę. Zerwałem z Marleną, która nie potrafiła zrozumieć, dlaczego nagle stałem się takim skąpcem. Nie obchodziło mnie to. Miałem cel. Był początek maja, gdy w końcu zobaczyłem na koncie upragnioną kwotę. Dziesięć tysięcy złotych. Czułem euforię. Pamiętam, jak poszedłem do bankomatu, wypłaciłem gotówkę, żeby poczuć jej fizyczny ciężar. Włożyłem banknoty do eleganckiej, grubej koperty. Kupiłem największy bukiet tulipanów, jaki znalazłem w kwiaciarni.
Zadzwoniłem do niej rano, ale nie odebrała. Pomyślałem, że pewnie jest w sklepie albo u sąsiadki na parterze. Wsiadłem w samochód, nucąc pod nosem jakąś wesołą piosenkę z radia. Czułem się, jakbym zrzucał z pleców stukilowy plecak. W końcu będę wolny. W końcu będę mógł spojrzeć jej w oczy bez wstydu. Podjechałem pod jej blok. Zdziwiło mnie, że miejsce parkingowe, które zazwyczaj zajmował samochód sąsiada, było wolne, ale stała tam karetka pogotowia. Serce zabiło mi mocniej, ale umysł natychmiast odrzucił najgorszy scenariusz. To duży blok, tu mieszka wielu starszych ludzi. To na pewno nie do niej. Wbiegłem na trzecie piętro, przeskakując po dwa stopnie. Drzwi do jej mieszkania były otwarte na oścież. Na klatce schodowej stała moja mama. Płakała.
– Mamo? – wydukałem, ściskając w jednej ręce bukiet, a w drugiej kopertę z pieniędzmi schowaną w kieszeni kurtki. – Co się dzieje?
Mama podniosła na mnie wzrok. Jej oczy były czerwone, twarz opuchnięta.
– Babcia... Ona właśnie odeszła. Serce nie wytrzymało.
Świat zawirował. Upuściłem kwiaty na brudną posadzkę klatki schodowej. Tulipany rozsypały się jak kolorowe plamy krwi. Nie, to niemożliwe. Przecież mam pieniądze. Przecież miałem jej oddać. Przecież miałem wszystko naprawić. Wszedłem do środka jak w transie. Ratownicy pakowali sprzęt. W mieszkaniu panowała cisza.
Serce podeszło mi do gardła
Kolejne dni zlały się w jedną szarą plamę. Organizacja pogrzebu, wybieranie trumny, wieńce, stypa. Funkcjonowałem jak robot. Cały czas nosiłem przy sobie tę kopertę z dziesięcioma tysiącami. Czułem się jak złodziej, który okradł zmarłego. Podczas stypy, która odbyła się w małej restauracji niedaleko cmentarza, rodzina wspominała babcię Jadwigę. Mówili o jej dobroci, o tym, jak zawsze wszystkim pomagała.
– Ona by ostatnią koszulę oddała – powiedziała ciocia Grażyna, ocierając łzę. – Pamiętam, jak pożyczyła mi na wesele córki, choć sama nie miała za wiele. Zawsze oddawałam, bo bałam się, że jej zabraknie na leki.
Siedziałem tam, przełykając łzy i rosół, który smakował jak pomyje. Nikt nie wiedział o moim długu. Nikt nie wiedział, że te pieniądze, które miały wrócić do niej, są teraz w mojej kieszeni. Mogłem się przyznać, ale tchórzostwo znów wygrało. Bałem się ich spojrzeń. Bałem się, że uznają mnie za pasożyta, który wykorzystał staruszkę. Kilka dni po pogrzebie pojechałem z mamą do mieszkania babci, żeby posprzątać i przejrzeć jej rzeczy. To było bolesne doświadczenie. Każdy przedmiot przypominał o niej. Kubek z obtłuczonym uchem, stary fotel, w którym czytała romanse, zapach lawendy w szafie.
– Musimy poszukać dokumentów – powiedziała mama. – Może są jakieś niezapłacone rachunki, może jakaś polisa.
Przeszukiwaliśmy szuflady. W końcu mama otworzyła tę samą, z której babcia rok wcześniej wyjęła dla mnie pieniądze. Znalazła tam mały, czarny notesik.
– O, tu babcia zapisywała swoje wydatki – powiedziała z czułością mama. – Jaka ona była skrupulatna. Każdy grosz zapisany.
Zamarłem. Jeśli zapisała pożyczkę, jestem skończony. Mama zaczęła kartkować notes.
– Prąd, gaz, leki, danina w kościele... czytała na głos. O, a tu co?
Serce podeszło mi do gardła.
– Data z lipca zeszłego roku. Jest wpis: dla Tomusia na start. Dziesięć tysięcy.
Mama spojrzała na mnie pytająco. W pokoju zapadła cisza tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Czułem, jak pot spływa mi po plecach.
– Tak wychrypiałem. Pożyczyła mi. Na firmę.
Mama zamknęła notes. Spodziewałem się awantury. Spodziewałem się krzyku, wyrzutów, że jak mogłem. Jednak mama tylko westchnęła głęboko i spojrzała na mnie ze smutkiem.
– Oddałeś jej? – zapytała cicho.
To był moment prawdy. Miałem kopertę w samochodzie. Mogłem powiedzieć, że tak, ale to byłoby kłamstwo, które łatwo zweryfikować. Mogłem powiedzieć, że miałem przy sobie w dniu jej śmierci.
– Nie zdążyłem – szepnąłem, spuszczając głowę. – Miałem pieniądze w kopercie, gdy przyjechałem, i stała karetka... Miałem je w kieszeni, mamo. Przysięgam. Chciałem jej oddać.
Mama podeszła do mnie i położyła mi rękę na ramieniu. Nie przytuliła mnie, ale też nie odepchnęła.
– Ona nigdy o tym nie wspomniała, wiesz? Ani słowem. Nawet gdy narzekała, że brakuje jej na opał w zimie. Mówiła tylko, że Tomek sobie poradzi, że Tomek ciężko pracuje.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż pięść. Narzekała na brak opału? A ja w tym czasie kupowałem markowe buty? Poczułem tak ogromne obrzydzenie do samego siebie, że musiałem usiąść.
Płakałem jak dziecko
Pojechałem do banku i przelałem je na konto rodziców. To na pomnik powiedziałem. Najpiękniejszy, jaki da się zrobić. I na wszystko, co związane z mieszkaniem. Nie chcę z tych pieniędzy ani grosza. Rodzice przyjęli to bez słowa sprzeciwu. Zamówiliśmy piękny nagrobek z czarnego granitu. Jednak nawet patrząc na ten pomnik, nie czułem ulgi. Kamień nie zastąpi człowieka. Pieniądze nie cofną czasu. Najgorsze przyszło jednak później, gdy porządkowaliśmy jej książki. Z jednej z nich wypadła koperta. Była zaadresowana do mnie. Pismo babci, chwiejne i drżące. Otworzyłem ją drżącymi rękami. W środku nie było pieniędzy. Była kartka wyrwana z zeszytu w kratkę.
„Tomeczku, jeśli to czytasz, to znaczy, że mnie już nie ma. Wiem, że martwisz się tym długiem. Widzę, jak unikasz przyjazdów, bo jest ci wstyd. Niepotrzebnie, dziecko. To nie była pożyczka, to był prezent. Chciałam, żebyś poczuł się odpowiedzialny, dlatego nazwałam to pożyczką. Jednak widzę, że ten ciężar cię przygniata i oddala nas od siebie. Chcę, żebyś wiedział, że ci wybaczam. Nieważne, czy oddasz, czy nie. Dla mnie zawsze będziesz moim wnukiem. Przyjedź na herbatę, pieniądze nie są ważne. Kocham cię, Babcia”.
List był datowany na styczeń. Cztery miesiące przed jej śmiercią. Przez cztery miesiące unikałem jej, myśląc, że jest zawiedziona, podczas gdy ona czekała tylko na moją obecność, nie na przelew. Upadłem na kolana w tym pustym mieszkaniu i wyłem jak zwierzę. Płakałem nad swoją głupotą, nad swoją pychą, nad straconym czasem, którego nikt mi nie zwróci. Zrozumiałem, że to nie dług finansowy był problemem. Problemem było to, że wyceniłem naszą relację na dziesięć tysięcy złotych.
Od tamtego dnia minęły dwa lata. Moja firma w końcu stanęła na nogi, zarabiam dobrze. Jednak nie ma dnia, żebym nie pomyślał o babci. Często jeżdżę na cmentarz, siadam na ławce obok jej grobu i opowiadam jej, co u mnie słychać. To monolog. Bo już nigdy nie usłyszę jej głosu. Została mi po niej tylko ta kartka z zeszytu i lekcja, najdroższa w moim życiu: nigdy nie stawiaj pieniędzy ponad ludzi, którzy cię kochają. Ten dług wdzięczności i żalu pozostanie niespłacony do końca moich dni.
Tomasz, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Liczyłam na to, że 14 lutego ukochany wręczy mi wielki diament. Teraz zamiast walentynek, świętuję Dzień Singla”
- „W ferie jestem na każde zawołanie teściowej. Ona żyje jak pączek w maśle, bo ja piorę, gotuję i sprzątam”
- „Teściowie zapisali nam połowę domu po dziadkach. Wydaliśmy 120 tysięcy na remont, a oni chcieli wejść na gotowe”