„Prezent od żony na 15. rocznicę otworzył mi oczy. Zrozumiałem, że w małżeństwie tak, jak do tanga, trzeba dwojga”
„Kiedy jednak Aneta położyła na stole tę ozdobną, kremową kopertę, a ja w środku zamiast biletów do teatru czy vouchera do spa zobaczyłem karnet na trzymiesięczny kurs tanga argentyńskiego, poczułem, jakby ktoś wymierzył mi policzek. To nie był prezent. W moich oczach to była chłodna diagnoza, że jako mężczyzna przestałem jej wystarczać”.

- Redakcja
Myślałem, że nasze życie jest stabilne jak fundamenty domu, który spłacaliśmy od dekady. Nie było fajerwerków, ale była pewność, spokój i rutyna, którą brałem za dobrą monetę. Kiedy jednak Aneta położyła na stole tę ozdobną, kremową kopertę, a ja w środku zamiast biletów do teatru czy vouchera do spa zobaczyłem karnet na trzymiesięczny kurs tanga argentyńskiego, poczułem, jakby ktoś wymierzył mi policzek. To nie był prezent. W moich oczach to była chłodna diagnoza, że jako mężczyzna przestałem jej wystarczać.
Wydawało mi się, że to jest właśnie definicja miłości
Piętnasta rocznica ślubu. Kryształowa, jak sprawdziłem wcześniej w internecie, choć u nas w domu kryształów nie było, a jedynie solidna kamionka. Przygotowałem się standardowo, tak jak lubiła. Bukiet herbacianych róż, kolacja w naszej ulubionej włoskiej knajpce, gdzie kelnerzy znali nas z widzenia, i drobna biżuteria. Byłem z siebie zadowolony. Uważałem się za dobrego męża. Wracałem do domu o stałych porach, naprawiałem cieknące krany i dbałem o to, by na koncie zawsze była poduszka finansowa. Wydawało mi się, że to jest właśnie definicja miłości po czterdziestce – bezpieczeństwo. Kiedy wróciliśmy do domu, Aneta była dziwnie poddenerwowana. Kręciła się po kuchni, przestawiała kubki, poprawiała idealnie ułożone serwetki. Usiedliśmy w salonie.
– Mam coś dla ciebie – powiedziała, wsuwając kopertę w moją stronę po blacie ławy. Jej uśmiech był niepewny, drżący.
Otworzyłem kopertę. Wyjąłem sztywny kartonik z wytłoczonymi złotymi literami: „Kurs tańca dla początkujących: Tango”. Zamiast radości, poczułem, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Taniec? Ja? Człowiek, który na własnym weselu deptał pannie młodej po palcach i modlił się, żeby orkiestra wreszcie przestała grać?
– Pomyślałam, że... – zaczęła szybko, widząc moją minę – że przyda nam się trochę ognia. Że zrobimy coś razem, coś nowego. Tylko my, bliskość, muzyka.
Dla niej brzmiało to romantycznie. Ja usłyszałem co innego. Usłyszałem: „Jesteś nudny. Nasze życie jest nudne. Jeśli się nie zmienisz, jeśli nie staniesz się nagle latynoskim kochankiem, uschnę przy tobie”.
– Taniec? – powtórzyłem tępo. – Aneta, przecież wiesz, że ja się do tego nie nadaję.
– Artur, nie przesadzaj. Nauczysz się. Chodzi o to, żebyśmy... żebyśmy się trochę rozruszali. Ożywili to wszystko – machnęła ręką, ogarniając naszą kanapę, telewizor i mnie.
„Ożywili”. To słowo zabolało najbardziej. Sugerowało, że to, co mamy teraz, jest martwe.
Czułem się jak eksponat muzealny
Sytuacja w domu nałożyła się idealnie na to, co działo się w mojej firmie. Pracowałem jako analityk danych. Przez lata byłem niekwestionowanym ekspertem, gościem, do którego przychodziło się z każdym problemem. Ale od pół roku w dziale siedział Patryk. Młodszy o piętnaście lat, w rurkach odsłaniających kostki i z fryzurą, której ułożenie zajmowało pewnie więcej czasu niż moje golenie. Patryk był dynamiczny. Rzucał angielskimi akronimami i proponował rozwiązania, których ja, przyzwyczajony do starych, sprawdzonych metod, nie do końca czułem. Szef patrzył na niego jak na objawienie. Dwa dni po rocznicy siedziałem w kuchni biurowej, mieszając kawę. Patryk opowiadał koleżankom z HR-u o swoim weekendzie.
– No mówię wam, bachata to jest życie – gestykulował żywo. – Byłem ostatnio na warsztatach tanecznych w Krakowie. Energia, flow, kontakt z partnerką. To zupełnie inna jakość relacji. Kobiety uwielbiają facetów, którzy potrafią tańczyć.
Dziewczyny chichotały, wpatrzone w niego jak w obrazek. A ja stałem tam w mojej wyprasowanej koszuli w kratę i czułem się jak eksponat muzealny. Patryk był tym, kim chciała mnie widzieć Aneta. Swobodnym, pewnym siebie, zmysłowym. Ja byłem tabelką. Wróciłem do biurka i odpaliłem stronę internetową szkoły tańca, którą wybrała żona.
– Nie dam rady – mruknąłem do monitora.
Ale nie mogłem odmówić. Widziałem, jak bardzo Anecie zależało. Odmowa oznaczałaby potwierdzenie, że jestem starym grzybem, któremu na niczym nie zależy. Musiałem podjąć rękawicę, choć czułem, że to nie dla mnie.
Tango to coś więcej niż taniec
Sala taneczna śmierdziała mieszanką potu, tanich perfum i lakieru do parkietu. Na ścianach wisiały wielkie lustra, które bezlitośnie obnażały każdą niedoskonałość sylwetki. Ja, ze swoim lekkim brzuszkiem i sztywnymi ruchami, wyglądałem komicznie na tle instruktora. Ten miał na imię Gracjan.
– Panowie! – zakrzyknął, klaskając w dłonie. – Tango to coś więcej niż taniec. To prawdziwa pasja. Rama! Trzymamy ramę!
Aneta była podekscytowana. Kupiła sobie specjalne buty na obcasie i nową sukienkę, która ładnie wirowała przy obrotach. Wyglądała pięknie. A ja czułem się przy niej jak stary dziad.
– Rozluźnij się – szeptała mi do ucha, gdy ustawiliśmy się do pierwszego kroku podstawowego.
– Jestem rozluźniony – warknąłem, spinając mięśnie karku tak mocno, że aż mnie zabolało.
– Artur, trzymasz mnie, jakbyś niósł worek ziemniaków. Delikatniej, ale pewnie.
– Robię co mogę, Aneta. Nie jestem Gracjanem.
To imię wymknęło mi się z ust z taką ilością jadu, że sam byłem zaskoczony. Żona spojrzała na mnie zdziwiona, ale nic nie powiedziała. Przez godzinę deptałem jej po stopach, myliłem kierunki i pociłem się jak mysz. Każde spojrzenie instruktora w moją stronę odbierałem jako krytykę. „Patrzcie na tego sztywniaka” – zdawały się mówić jego oczy. „Jak taka fajna kobieta wytrzymuje z takim drewnem?”. Kiedy zajęcia się skończyły, wybiegłem stamtąd pierwszy, ledwo czekając, aż drzwi zatrzasną się za moimi plecami.
– Było całkiem nieźle jak na pierwszy raz! – zawołała Aneta, doganiając mnie przy samochodzie.
– Nieźle? Było tragicznie. Ośmieszam się tam.
– Nikt na ciebie nie patrzy, Artur. Wszyscy się uczą.
– Ty patrzysz – rzuciłem, otwierając drzwi auta pilotem. – I widzę, jak jesteś rozczarowana.
– Co ty wygadujesz? – Złapała mnie za ramię, ale strząsnąłem jej dłoń. Czułem się upokorzony własną nieporadnością i tym, że zmuszała mnie do robienia czegoś, co było tak bardzo wbrew mojej naturze.
Od lat mijamy się w korytarzu
Przez kolejne tygodnie żyłem w potwornym napięciu. Wtorki i czwartki – dni kursu – stały się moimi dniami sądu ostatecznego. W pracy Patryk wciąż brylował, a ja zacząłem popełniać proste błędy w raportach, bo nie mogłem się skupić. Myślami byłem przy krokach „ocho” i „gancho”, których za nic nie mogłem zapamiętać. Zacząłem szukać wymówek. Raz powiedziałem, że muszę zostać dłużej w pracy. Innym razem udałem ból pleców. Aneta szła na zajęcia sama, tańcząc z instruktorem albo z innymi partnerami, których brakowało. Kiedy wracała, miała błyszczące oczy i rumieńce.
– Gracjan dzisiaj pokazał nam niesamowitą figurę – opowiadała przy kolacji. – To wymaga takiego zaufania do partnera. Musisz mnie złapać w odpowiednim momencie.
Słuchałem tego i aż się we mnie gotowało. Zaufanie. Bliskość. Wszystko to, co rzekomo straciliśmy, ona znajdowała w ramionach jakiegoś tancerza za pieniądze. Czułem się wypierany z własnego małżeństwa. Przełom nastąpił w piątym tygodniu. Wróciłem do domu wcześniej i zastałem Anetę, która ćwiczyła kroki w salonie. Przesuwała krzesła, puszczała muzykę z telefonu. Wyglądała na szczęśliwą, ale w tym szczęściu była jakaś samotność.
– Pokaż mi to – powiedziałem, stając w drzwiach.
Podskoczyła wystraszona.
– Co?
– No to, czego się nauczyłaś z Gracjanem. Pokaż.
Podeszła do mnie niepewnie. Objęła mnie. Poczułem jej zapach – ten sam, który znałem od lat, ale teraz wydawał mi się jakiś obcy. Zaczęliśmy się poruszać. Próbowałem naśladować to, co widziałem na zajęciach, ale moje nogi się plątały. W pewnym momencie nastąpiłem jej mocno na duży palec. Syknęła z bólu i odskoczyła.
– O losie! – krzyknąłem. – Widzisz? Nie nadaję się do tego! Jestem inżynierem, a nie tancerzem! Nie będę pajacował na parkiecie, żebyś ty mogła poczuć się jak w filmie!
– Nie o to chodzi! – Aneta też podniosła głos, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Nie chodzi o film! Chodzi o nas! O to, że od lat mijamy się w korytarzu! Że rozmawiamy tylko o rachunkach i zakupach! Chciałam, żeby między nami znów było jak dawniej.
– To zapisałaś nas na kurs upokarzania męża? Żeby mi pokazać, jaki jestem sztywny i nudny w porównaniu do tych wszystkich gogusiów? Myślisz, że nie widzę, jak patrzysz na tego instruktora?
Zapadła cisza. Aneta patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
– Ty jesteś zazdrosny? – zapytała cicho. – O Gracjana?
– Jestem wściekły, że próbujesz mnie zmienić na siłę. Że sugerujesz, że taki, jaki jestem, to za mało.
Postaram się dać z siebie wszystko
Wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami. Zostałem sam w salonie, z muzyką tango wciąż sączącą się z telefonu. Byłem wściekły, ale pod tą wściekłością krył się strach. Strach, że ona ma rację. Że nasza relacja stała się firmą do zarządzania domem, a nie związkiem dwojga ludzi. Następnego dnia w pracy Patryk zaczepił mnie przy ekspresie.
– Słyszałem, że chodzisz na tango, Artur. Szacun. To trudny taniec.
Spojrzałem na niego, spodziewając się drwiny. Ale jego twarz była poważna.
– Moja dziewczyna wyciągnęła mnie kiedyś na salsę – ciągnął. – Myślałem, że umrę ze wstydu. Dwa miesiące deptałem jej po stopach. Ale wiesz co? To nas uratowało. Bo musieliśmy nauczyć się dogadywać bez słów. Jak w pracy, stary. Czasem trzeba odpuścić kontrolę, żeby projekt wypalił.
Patrzyłem na tego młodzika w rurkach i nagle dotarło do mnie, że moja arogancja i poczucie zagrożenia przysłaniały mi rzeczywistość. On nie był moim wrogiem. Gracjan nie był moim wrogiem. Moim wrogiem było moje własne ego. Moje przekonanie, że muszę być doskonały od razu, albo nie robić nic. Wróciłem do domu z mocnym postanowieniem. Aneta siedziała w kuchni, czytając książkę. Oczy miała wciąż podpuchnięte.
– Zbieraj się – powiedziałem.
– Gdzie?
– Na tańce. Dzisiaj jest wtorek.
– Artur, nie musisz...
– Nie muszę. Ale chcę. I obiecuję, że postaram się dać z siebie wszystko.
Czułem, że robimy coś naprawdę razem
Kiedy weszliśmy na salę, Gracjan przywitał nas skinieniem głowy. Czułem ten sam ścisk w żołądku, ale tym razem postanowiłem go zignorować. Stanąłem naprzeciwko Anety. Była spięta, spodziewała się kolejnej katastrofy.
– Przepraszam – szepnąłem, zanim muzyka ruszyła. – Za to, co powiedziałem wczoraj. I za to, że zachowywałem się jak idiota. Bałem się, że chcesz mnie wymienić na nowszy model.
Aneta podniosła wzrok. Jej oczy były wilgotne.
– Nie chcę nowszego modelu, Artur. Kocham ten, który mam. Chciałam tylko, żeby ten model czasem wyszedł ze swojego pudełka.
Zaczęła grać muzyka. Zamknąłem oczy. Przestałem myśleć o tym, jak wyglądam w lustrze. Przestałem myśleć o Patryku z pracy i o tym, czy moja rama jest idealna. Skupiłem się na tym, co tu i teraz, na nas. Zrobiłem krok. Potem drugi. Nie było idealnie. Wciąż byłem trochę sztywny, wciąż myliłem rytm. Ale po raz pierwszy od lat czułem, że robimy coś naprawdę razem. Nie obok siebie, nie równolegle, ale razem. W pewnym momencie Gracjan podszedł do nas. Spiąłem się, czekając na uwagę.
– Lepiej – powiedział krótko. – Dużo lepiej. Wreszcie widać między wami prawdziwą chemię.
To zdanie zostało ze mną na długo.
I to mi w zupełności wystarczy
Nie zostaliśmy mistrzami tanga. Po trzech miesiącach wciąż byłem jednym z gorszych tancerzy w grupie, a moje „ocho” wciąż przypominało próbę rozdeptania karalucha. Ale dotrwaliśmy do końca kursu. Na ostatnich zajęciach zorganizowano mały pokaz. Mieliśmy zatańczyć jeden pełny utwór. Byłem spocony ze stresu, ręce mi drżały. Kiedy wyszliśmy na środek, Aneta ścisnęła moją dłoń.
– Tylko my – szepnęła. – Olej resztę.
I zatańczyliśmy. Pomyliłem kroki trzy razy. Raz prawie się przewróciliśmy przy obrocie. Ale śmialiśmy się. Śmialiśmy się głośno, szczerze, tak jak nie śmialiśmy się od lat. Kiedy muzyka ucichła, przytuliłem ją mocno i nie puszczałem przez dłuższą chwilę, nie zważając na oklaski innych par. Wyszliśmy ze szkoły tańca, trzymając się za ręce. Powietrze było chłodne, ale mnie rozpierało ciepło.
– To co teraz? – zapytała Aneta, wsiadając do samochodu. – Salsa? Walc?
Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się. Zrozumiałem, że prezentem nie był kurs tańca. Prezentem była szansa na wyjście ze swojej skorupy. Bałem się, że taniec obnaży moje słabości, a on obnażył coś ważniejszego – moją niechęć do zmian i strach przed byciem niedoskonałym. Musiałem potknąć się na parkiecie kilkadziesiąt razy, żeby zrozumieć, że w małżeństwie nie chodzi o to, by zawsze stawiać kroki perfekcyjnie. Chodzi o to, by, gdy się potkniesz, druga osoba pomogła ci złapać równowagę. I może nigdy nie będę tak pewny siebie jak Patryk ani gibki jak Gracjan. Ale jestem Arturem, który właśnie uczy się, że czasem warto zrobić z siebie głupka, żeby zobaczyć uśmiech żony. I to mi w zupełności wystarczy.
Artur, 44 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wykupiłam luksusowe spa z widokiem na Giewont. Mąż zamiast wyznać mi miłość, upokorzył mnie na oczach całego hotelu”
- „Po powrocie z delegacji mój mąż od razu wskoczył pod prysznic. Czyścioszek nie wie, że tak nie zmyje brudnego sumienia”
- „Wziąłem kredyt na remont mieszkania. Późno dostrzegłem, że odrestaurowania potrzebowało nasze małżeństwo, a nie ściany”