Reklama

Nigdy nie przepadałam za ludźmi, którzy płaczą na zawołanie. Tymi, którzy z każdej drobnostki robią dramat i od razu muszą mieć publiczność dla swoich łez. Ja tak nie potrafiłam. Kiedy było mi źle, zamykałam się w łazience, siadałam na krawędzi wanny i tłumiłam szloch w ręczniku, żeby nikt nie słyszał. Nawet jako dziecko nie umiałam się rozklejać przy innych. Może to przez dom, w którym łzy traktowało się jak oznakę słabości, a słabość – jak coś, czego trzeba się wstydzić. Dlatego, kiedy w końcu to się stało, byłam na siebie wściekła. Że nie potrafię utrzymać emocji na wodzy. Że moje ciało mnie zdradza. I że wszyscy wokół to widzą.

A jednak to jedno zdanie wryło mi się w pamięć na zawsze. I od tamtej pory wracało do mnie w najmniej oczekiwanych momentach. W kolejce po mięso. W tramwaju. W nocy, kiedy nie mogłam zasnąć. Zawsze tak samo: najpierw wspomnienie tamtej chwili, potem cichy głos w głowie, a potem... znowu ten piekący wstyd, że nie potrafiłam się powstrzymać.

Serce mi łomotało

– Dzieci, no szybciej, nie każcie mi tam wchodzić ostatniej! – zawołałam przez korytarz.

– Już, mamo! Buty nie chcą mi się zapiąć! – jęknął najmłodszy.

Stałam przy drzwiach z kluczami w ręku. Ostatnie, na co miałam siłę tego dnia, to organizować wycieczkę do kościoła w tempie spacerowym.

– Jak się spóźnimy, to siądziemy pod filarem, nie widzę innej opcji – burknęłam, wkładając płaszcz. – I żadnego gadania w czasie mszy. Chodźcie już, nie będziemy stali pod drzwiami jak sieroty.

Kościół był prawie pełny. Niby zwykła niedziela, ale przecież wszyscy wiedzieli, że dziś będzie inaczej. Już od tygodnia chodziły słuchy, że proboszcz coś ogłosi. Że coś się wydarzy. W małej parafii jak nasza to nie lada sensacja. Usiedliśmy w trzeciej ławce od końca, bo bliżej się już nie dało. Starsze kobiety śpiewały jak zawsze trochę za głośno, dzieci marudziły, a ja wciąż zaciskałam dłonie, żeby nie drżały. Serce mi łomotało jak szalone.

Mamo, to dziś? – spytał cicho Michał, nachylając się do mojego ucha.

– Tak – odpowiedziałam, nawet na niego nie patrząc. – Dziś.

Ścisnęło mnie w żołądku

Msza zaczęła się jak zawsze. Wszystko według porządku, jakby nic się nie działo. Proboszcz mówił spokojnie, bez emocji, jakby nie miał za chwilę rozsadzić tej parafialnej sielanki od środka.

Ksiądz dziś jakiś zamyślony – szepnęła do mnie kobieta z ławki obok. – Może chory?

Uśmiechnęłam się sztucznie i kiwnęłam głową. Nie miałam siły tłumaczyć, że on się wcale nie zamyślił. On po prostu wiedział, że to już ten moment. I że za chwilę wszyscy spojrzą na niego inaczej. Kiedy nadeszła pora ogłoszeń, ścisnęło mnie w żołądku.

– Proszę usiąść na chwilę – powiedział proboszcz. – Przepraszam, że nie mówiłem wcześniej, ale potrzebowałem czasu.

Cały kościół zamarł. Dzieci przestały wiercić się w ławkach. Nawet pan Marian, który zawsze przysypiał przy ogłoszeniach, uniósł głowę. Proboszcz wyjął z kieszeni kopertę. Zwyczajną, białą.

Co on robi? – szepnął Michał.

– Cicho – uciszyłam go. – Słuchaj.

Proboszcz rozerwał kopertę, wyjął pojedynczą kartkę, przeczytał ją w milczeniu i w końcu uniósł wzrok.

– Kochani... Nie zasługuję, żeby dłużej być waszym proboszczem – powiedział, a jego głos był zupełnie inny niż zwykle. Cichy. Jakby go ktoś zdławił od środka.

A potem spojrzał prosto na mnie.

– Wydarzyło się wiele zła. I nie chcę, żebyście cierpieli przeze mnie.

Łzy napłynęły mi do oczu

– Co on wygaduje? – szepnęła starsza kobieta z przodu. – Przecież ksiądz zawsze taki porządny był...

Proboszcz pochylił głowę. Przez moment nikt się nie odezwał. Cisza była tak gęsta, że słyszałam, jak dzieci przestępują z nogi na nogę, jak ktoś w kącie kościoła cicho chrząka. A potem on kontynuował:

Prawda prędzej czy później wychodzi na jaw. I lepiej, żebyście ją usłyszeli ode mnie. Nie chcę się chować. Nie chcę więcej udawać.

Wstałam. Nie wiem, po co. Może, żeby pokazać, że wiem. Że słyszałam już te słowa – choć w zupełnie innym kontekście, w zupełnie innym miejscu. Albo, żeby się upewnić, że naprawdę zamierza to zrobić. Publicznie.

Pani chce coś powiedzieć? – spytał proboszcz, patrząc mi w oczy.

– Nie – odpowiedziałam spokojnie, choć wszystko się we mnie gotowało. – Już wszystko zostało powiedziane.

Ludzie zaczęli się szeptać. Proboszcz westchnął.

Nie będę się tłumaczył. I nie proszę o zrozumienie. Chciałem, żebyście wiedzieli, że odchodzę. I że... nie wszyscy, którym ufaliście, są tacy, jakimi się wydają.

Spojrzał na mnie jeszcze raz. I właśnie wtedy powiedział to jedno zdanie. Jedno jedyne, które uderzyło mnie jak obuchem.

Pani syn nie jest winny. To ja zawiodłem.

I wtedy łzy same napłynęły mi do oczu.

Wciąż milczałam

– Co on powiedział? – zapytała sąsiadka z ławki, szarpiąc mnie za rękaw. – O jakim synu mowa? Coś się stało?

Nie odpowiedziałam. Nie byłam w stanie. Miałam wrażenie, że cała twarz mi płonie, a język przykleił się do podniebienia. Stałam jak idiotka, wpatrzona w proboszcza, który schodził z ambony jak skazaniec.

Mamo, co to znaczy? – Michał spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami. – O mnie mówił?

– Nie teraz – syknęłam. – Potem ci powiem. W domu.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, proboszcz zniknął za drzwiami zakrystii. Tyle po nim zostało – jedno zdanie, jedna koperta, jeden moment ciszy, który rozciągał się między nami wszystkimi jak pajęczyna. Ludzie zaczęli podnosić się z ławek, zbici z tropu, niepewni, czy mogą już wyjść.

Przecież to jakaś kpina... Co on sobie wyobraża, że tak po prostu rzuci bombę i zniknie? – oburzała się sąsiadka.

Ja wciąż milczałam. Patrzyłam na wnętrze kościoła, które znałam na pamięć – witraże, drewniane ławki, ołtarz z Maryją – i czułam, że wszystko stało się nagle obce. Jakby ktoś odwrócił rzeczywistość na lewą stronę.

– Mamo, ja nic nie zrobiłem, naprawdę – Michał szepnął, przyciskając się do mnie. – Nie rozumiem, dlaczego proboszcz tak powiedział.

Spojrzałam na niego i ścisnęło mnie w gardle.

– Wiem, synku. Wiem. To nie ty masz się tłumaczyć.

Bo wszystko zaczęło się wiele tygodni wcześniej. Od jednej rozmowy. I od tego, że ja – w przeciwieństwie do niego – doskonale wiedziałam, o co chodziło.

Zrobiło mi się zimno

To było po spowiedzi. Michał wrócił do domu blady jak ściana, choć przecież miał tylko iść „do kościoła na chwilę”. Wszedł do kuchni i usiadł ciężko przy stole, nawet nie ściągając kurtki.

– Co się stało? – zapytałam, nalewając mu herbaty. – Z kim się biłeś?

– Nikt mnie nie pobił – mruknął. – Mogę nie mówić?

To „mogę nie mówić?” było bardziej wymowne niż jakiekolwiek słowa. Usiadłam naprzeciw niego i odsunęłam kubek.

– Michał. Masz czternaście lat. I nie jesteś sam. Cokolwiek się stało, mów.

Zamilkł. Wpatrywał się w blat stołu, jakby tam był odpowiednik sumienia, który go rozliczał. Po dłuższej chwili powiedział:

Proboszcz kazał mi przyjść do zakrystii. Po spowiedzi. Powiedział, że musimy porozmawiać.

Zrobiło mi się zimno. Od razu. Jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody.

– Co? Co on ci zrobił?

– Nic. Znaczy... tylko przytulił. Mówił, że to znak ojcowskiej troski.

– Michał...

– Mamo, ja się nie wygłupiam. Ja po prostu nie wiedziałem, co mam robić.

Patrzyłam na niego, przerażona.

– Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałeś?

– Bo myślałem, że to ja jestem winny.

Wtedy postanowiłam, że zmuszę księdza, żeby powiedział prawdę publicznie. Bo mój syn nie będzie dźwigał tego sam.

Spojrzałam na niego

Po mszy ludzie podchodzili do mnie pojedynczo, jakby bali się tłumu. Jedni patrzyli ze współczuciem, inni z ciekawością, a byli też tacy, którzy udawali, że mnie nie widzą. Klasyka. W małej parafii każdy chce wiedzieć, ale nikt nie chce być pierwszy.

– Przykro mi – powiedziała jedna z kobiet, ściskając mi dłoń. – Choć zawsze czułam, że z nim coś nie gra.

Skinęłam głową. Teraz to już wszyscy czuli. Michał szedł obok mnie w milczeniu. Dopiero przed kościołem przystanął.

– Mamo… on już nie wróci?

– Nie – odpowiedziałam. – I dobrze.

Spojrzałam na niego z miłością.

– Teraz dopiero zaczynamy oddychać.

Tydzień później proboszcza już nie było. Oficjalnie „z powodów osobistych”. Nieoficjalnie wszyscy wiedzieli swoje, choć nikt nie mówił głośno.

Wybaczysz mu kiedyś? – zapytał mnie Michał któregoś wieczoru, kiedy zmywałam naczynia.

– Nie – odpowiedziałam bez wahania. – I to też jest w porządku.

– Ksiądz na religii mówił, że trzeba…

– Ksiądz nie jest twoją matką – ucięłam.

Uśmiechnął się wtedy pierwszy raz od dawna. Nie szeroko. Ostrożnie. Jak ktoś, kto sprawdza, czy ziemia pod nogami wreszcie przestała się ruszać. A ja zrozumiałam, że o dziecko zawsze warto walczyć do końca.

Anna, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama