Reklama

W moim sklepie cisza dźwięczy głośniej niż dzwonek nad drzwiami. Taka głęboka, znajoma już pustka, co ciąży na ramieniu bardziej niż torba z ziemniakami i nie daje o sobie zapomnieć. Sklepik spożywczy przy bocznej ulicy – niby nic wielkiego, ale przez lata stał się moim całym światem. Półki z towarem pamiętają lepsze czasy, ja też. Teraz tylko zimne światło z lodówki odbija się w moich okularach i pokazuje zmarszczki, których nie chce mi się już nawet tuszować. Zresztą kto miałby patrzeć?

Klientów coraz mniej. Czasem przejdzie ktoś z osiedla, starszy pan po mleko, sąsiadka po pasztet. Młodzi? Młodzi jeżdżą do dużych marketów. Albo zamawiają przez aplikację. A ja stoję za ladą, przekładam bułki, liczę w myślach rachunki i udaję, że nie boję się otwierać kopert z czerwonymi pieczątkami.

Samotność już mnie nie zaskakuje. Jest jak poranna herbata – trochę gorzka, ale znajoma. Nie mam już w sobie tamtej energii, którą kiedyś miałam, kiedy jeszcze miałam dla kogo wracać do domu. Teraz wracam tylko do ciszy. Praca, dom, sen. Rano znowu to samo. Dni się zlewają. Czasem myślę, jakby to było, gdybym wtedy zrobiła coś inaczej. Ale szybko odpędzam te myśli. Bo wiem, że od marzeń o lepszym jutrze prądu nie zapłacę.

Zaczęłam myśleć o nim częściej

Wszedł do sklepu tuż po ósmej. Jeszcze nie zdążyłam wypakować całej dostawy, kiedy rozległo się ciche dzwonienie drzwi. Odwróciłam się, myśląc, że to pewnie jeden z tych, co zawsze narzekają na ceny, ale tym razem zobaczyłam kogoś innego. Miał na sobie szary płaszcz, porządny, drogie buty i twarz, której nie znałam. Przeszedł między regałami z takim spokojem, jakby dobrze wiedział, czego szuka.

– Dzień dobry – powiedział cicho, zatrzymując się przy ladzie.

– Dzień dobry, co podać? – zapytałam mechanicznie, zanim zrozumiałam, że widzę go pierwszy raz.

– Tę gazetę i butelkę wody niegazowanej poproszę – odpowiedział z lekkim uśmiechem.

Podałam mu to, o co prosił, zapłacił, a ja wydałam mu paragon. Zauważyłam, że mi się przygląda. Na odchodne jeszcze raz się uśmiechnął. i ruszał w stronę drzwi.

– Do widzenia. Miłego dnia – rzucił.

Zamknęły się za nim drzwi, a ja przez chwilę stałam, jak zamurowana. Jego sposób mówienia, spojrzenie, wszystko w nim było... inne. Uprzejme, pewne, ale nie nachalne. Następnego dnia przyszedł znowu. Ten sam płaszcz, ten sam błysk w oku.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry. Dziś też gazeta i butelka wody? – zapytałam z uśmiechem.

– Dziś może jeszcze dodatkowo czekoladę.

Nabiłam produkty na kasie. Wręczyłam mu, zapłacił. Po czym wziął do ręki butelkę wody, a mi wręczył czekoladę.

– Nie rozumiem... – zaczęłam. – Miała być jakaś inna?

– To dla Pani, na osłodę dnia – powiedział.

Zarumieniłam się. Zupełnie nie wiedziałam co powiedzieć. Odparłam tylko: dziękuję. Wracał codziennie. Nie mówił wiele. Nie patrzył w telefon. Patrzył na mnie. Uważnie. Zbyt uważnie, jak na kogoś, kto przyszedł tylko po gazetę i wodę. I za każdym razem wychodził, zostawiając pieniądze i jakieś niewidzialne napięcie. Zaczęłam myśleć o nim częściej. Niepokoiło mnie to. Przecież wiedziałam, jak się to kończy. Najpierw rozmowa, potem flirt, w końcu zostaje pustka. Ale mimo to... czekałam.

Miałam w głowie tylko jedną myśl: co ja robię?

Tym razem znów się pojawił. Poranek był mroźny, taki jak wiele innych, a jednak tym razem padły słowa, których się nie spodziewałam.

– Może napijemy się kiedyś kawy? – zapytał mężczyzna, spokojnie, bez napięcia.

Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na niego. Obcy facet znikąd, który zaczął przychodzić codziennie, uważnie się przygląda i proponuje kawę. To wszystko pachniało kłopotami. Powinnam była odmówić.

Właściwie po co? – rzuciłam.

– Bo chciałbym panią lepiej poznać. – i tym razem to nie był uśmiech z grzeczności. W jego oczach nie było pustych słów. Nie silił się na żadne sztuczki. Po prostu czekał.

Zgodziłam się. Sama nie wiem, kiedy padło to „dobrze”. Właśnie wtedy, kiedy powinnam była się zamknąć. Umówiliśmy się na sobotę, w małej kawiarni na drugim końcu dzielnicy. Przyszedł punktualnie. Ja byłam wcześniej, jak zwykle. Lubiłam mieć kontrolę. Przyniósł mi w prezencie książkę. Powiedział, że prowadzi małą księgarnię, niedaleko.

– Od dawna prowadzi Pani sklep? – zapytał.

– Nie, wcześniej... nieważne.

Zawahałam się. Nie chciałam za dużo powiedzieć. Przez resztę spotkania mówił więcej niż ja. Ja słuchałam. Siedziałam, piłam kawę, niby spokojna, ale w środku poczułam coś dziwnego. Kiedy wyszliśmy z kawiarni, delikatnie prószył śnieg. Powiedział, że zamówi mi taksówkę, ale odmówiłam. Wolałam się przejść, pomyśleć w samotności. Wracając do domu, miałam w głowie tylko jedną myśl: co ja robię? Przecież wiem, jak się to kończy. Najpierw kawa, potem cisza w telefonie.

Nie wiem, co będzie dalej

Zaczęło się od drobiazgów. Przynosił książki, zostawiał je na ladzie, czasem opowiadał, co w nich znajdę. Zawsze wiedział, co mi się może spodobać. Jakby znał mnie lepiej niż ja siebie. Tak mijały tygodnie, potem miesiące. Zaczął być stałym elementem mojej codzienności. Nigdy nie był nachalny. Ale zawsze obecny, gdy go potrzebowałam. I właśnie ta obecność zaczęła mnie niepokoić. Już dawno nikt się mną nie interesował w taki sposób. Pewnego dnia, gdy siedzieliśmy u niego w mieszkaniu, rzucił.

– Zamieszkaj ze mną.

Roześmiałam się.

– To szaleństwo, Marek.

– Szaleństwem byłoby nadal żyć osobno.

– A jeśli się nam nie uda?

– Dlaczego od razu tak zakładasz?

Nie odpowiedziałam. Serce waliło mi jak oszalałe. W nocy nie mogłam zasnąć. W głowie miałam jego słowa i swoje pytania. Ale w końcu zrozumiałam, że już podjęłam decyzję. Czekała we mnie od dawna. Następnego dnia spotkaliśmy się znowu, tym razem w kawiarni.

– Nie wiem, co będzie dalej, ale chcę spróbować.

Nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko bez zbędnych słów. Ale tym razem ja też już nie potrzebowałam więcej.

Dzięki tobie czuję się jak w domu

Przeprowadzka zajęła mi dwa tygodnie. Trochę nazbierało się tych rzeczy. Nie wiedziałam jeszcze, co zrobię ze swoim mieszkaniem, ale nie chciałam go sprzedawać. U Marka od razu poczułam się, jak w domu. Dbał o to, by było mi komfortowo. Niczego nie narzucał, starał się dać mi przestrzeń, bym mogła sama przywyknąć do nowej rzeczywistości. Jego mieszkanie było niewielkie, ale ciepłe, przytulne, pełne regałów z książkami.

Lubiłam te nasze codzienne poranki z kawą i długie rozmowy o autorach, o nowych wydaniach. Cisza nie była już ciężarem. Wreszcie nie czułam się samotna. Wiedział, że mam za sobą nieudany związek, ale nie pytał zbyt wiele o moją przeszłość. Nie naciskał, bym mu o niej opowiadała. Wiedział, że wszystko przyjdzie w swoim czasie.

– Napijesz się herbaty? – pytał, gdy wracałam zmęczona z pracy.

A ja czułam się wreszcie zaopiekowana.

– Dziękuję, że dzięki tobie czuję się jak w domu.

– Bo od teraz to jest twój dom – powiedział i spojrzał mi głęboko w oczy.

Kiedyś myślałam, że już nie potrafię być tak naprawdę szczęśliwa. A teraz wierzę, że może jeszcze nie jest na to za późno.

Iwona, 44 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama