„Matka po 13 latach przypomniała sobie, że ma córkę. Zapomniała, co mi zrobiła chwilę przed studniówką”
„Miałam tylko osiemnaście lat, kiedy mama powiedziała, że mam się wynosić. Pamiętam, jak wbijałam wzrok w podłogę, próbując zrozumieć, jakim cudem ta kobieta, która mnie wychowała, potrafiła tak po prostu mnie wyrzucić. Poszło o sukienkę i studniówkę – nic więcej”.

- Redakcja
Nie poszło ani o chłopaka, ani używki, ani o złe oceny. O taniec, makijaż i noc poza domem. Nie wróciłam do niej. Nie odezwała się przez trzynaście lat. Aż w końcu zadzwoniła. Potrzebowała mnie. Córki, której się wyrzekła. I wtedy musiałam zadecydować: pomóc czy przypomnieć, jak to bolało?
Czekałam, aż powie, że żartuje
– Wyglądasz jak tania dziewucha... – usłyszałam, zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek.
Stałam w korytarzu, w nowej, bordowej sukience. Do kolan, z odkrytymi ramionami. Włosy spięte w kok, delikatny makijaż. Czułam się pięknie. Inaczej niż zwykle. Mama patrzyła na mnie tak, jakby zobaczyła obcą osobę.
– To studniówka, mamo. Każda dziewczyna się tak ubiera – próbowałam się tłumaczyć.
– Ty nie jesteś każdą dziewczyną. Nie po to cię wychowuję, żebyś łaziła nocami po jakichś potańcówkach!
– To bal w szkole. Wracam rano, tak jak wszyscy.
– Nie wszyscy mają matkę, która jeszcze ma coś do powiedzenia!
Wiedziałam, że jest uparta i surowa. Ale nie sądziłam, że aż tak. Gdy próbowałam włożyć płaszcz, wyrwała mi go z ręki i rzuciła na podłogę.
– Jeśli wyjdziesz z tego domu, nie wracaj – powiedziała zimno.
Stałam chwilę, jakby to był jakiś test. Czekałam, aż powie, że żartuje. Nie powiedziała. Wzięłam płaszcz i wyszłam. Nie ze złości. Z żalu. I jeszcze wierzyłam, że rano wszystko wróci do normy. Nie wróciło.
Bez domu, ale nie całkiem sama
Pierwszą noc spędziłam u Oli. Drugą też. Jej mama była miła, ale po kilku dniach zapytała wprost, co się dzieje. Zadzwoniła nawet do mojej mamy. Bez skutku. Mama powiedziała tylko, że „już nie ma córki”.
Po tygodniu pojechałam do babci. Mieszkała na wsi, w małym domu z piecem kaflowym. W środku pachniało zupą pomidorową i świeżym praniem. Przyjęła mnie bez pytań. Ale była słaba, żyła tylko z emerytury, ledwo starczało jej na chleb. Wiedziałam, że nie mogę zostać tam na długo.
Pomogła mi ciotka – młodsza siostra mamy. To ona zawiozła mnie do pedagoga szkolnego, pomogła napisać podanie o zasiłek, załatwiła tymczasowy pokój u znajomej pani, która wynajmowała studentkom lokum w bloku. Spałam na wersalce, płaciłam grosze, ale miałam dach nad głową. W szkole wiedzieli, że „mam trudną sytuację domową”. Nikt nie robił problemu. Wtedy takich spraw raczej nie ciągnięto. Dostałam stypendium socjalne jeszcze przed maturą. Zaczęłam dorabiać w małym sklepie po lekcjach. Mama nadal milczała...
Do matury uczyłam się nocami, przy kuchennym stole. Zdałam. Dostałam się na studia zaoczne w innym mieście. Ciotka pomogła mi znaleźć tani pokój u swojej znajomej. Pomogła też z umową i pierwszym przelewem za kaucję. To wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam, że już nie mam dokąd wracać.
Dorosłość na siłę
Dorosłość przyszła szybciej, niż chciałam. Bez żadnego ostrzeżenia. Studiowałam w weekendy, pracowałam, żeby zarobić na życie. Odsypiałam między wykładami. Nie miałam czasu na imprezy, znajomych, nawet Ola się ode mnie odsunęła. Bo trudno spotykać się z kimś, kto nie ma za co kupić kawy. Raz na jakiś czas wysyłałam mamie SMS-a. Zwykłe „żyję”. Bez odpowiedzi. Ani jednej. Próbowałam też napisać kartkę na święta, ale nie miałam odwagi jej wysłać. Z czasem przestałam próbować.
Pojawił się Michał – sąsiad z piętra niżej. Starszy o siedem lat. Dzielił się ze mną obiadami, kiedy wracał z delegacji. Słuchał uważnie. Kiedyś powiedział:
– Ty ciągle jesteś w kłótni z całym światem.
– Bo nikt mnie nie broni – odpowiedziałam, nie patrząc mu w oczy.
To on pierwszy powiedział, że powinien mi ktoś oddać dzieciństwo. Nie mama. Ktoś. Byłam wtedy tak zmęczona, że mu uwierzyłam.
Wiadomość po latach
Wiadomość przyszła trzynaście lat później. Miała w sobie tylko dwa zdania: „Cześć. Potrzebuję pomocy”. I numer telefonu, który znałam na pamięć, a nigdy nie miałam odwagi go zablokować. Zawahałam się. Siedziałam w kuchni z laptopem i kubkiem zimnej kawy, Michał bawił się z naszym czteroletnim synem w pokoju obok. Moje życie wyglądało inaczej niż wtedy, gdy je zaczynałam je bez niej. Miałam dom, rodzinę. Spokój.
A mimo to, ręka mi drżała, gdy sięgnęłam po telefon. Wpisałam numer. Cisza. Potem krótkie piknięcie. Odebrała.
– Halo?
– Cześć... Mamo.
Zamilkła. Myślałam, że się rozłączy. Usłyszałam jej oddech. Zmęczony, zachrypnięty.
– Nie mam nikogo. Potrzebuję pomocy, Martyna. Jestem bardzo samotna.
Słowo „córka” nie padło. Ani „przepraszam”. Przez sekundę chciałam jej to wygarnąć. Te wszystkie zimne noce, rozmrożone parówki, maturę, na której siedziałam jak sierota. Ale nie powiedziałam nic.
– Gdzie jesteś? – zapytałam tylko.
– W domu opieki.
Nie płakała. Ja też nie. Po latach złości została tylko pustka i zmęczenie. I pytanie, czy to jeszcze moja matka.
Za późno na wyjaśnienia
Pojechałam. Nie z litości. Nie z obowiązku. Chciałam zobaczyć jej twarz, żeby zrozumieć, kim dla mnie jest. Michał został z synem. Powiedział tylko:
– Zrób to, jeśli czujesz, że tego potrzebujesz. Nie dla niej. Dla siebie.
Dom opieki był szary i cichy. Pachniało sterylnością. Mama siedziała przy oknie. Wyglądała starzej, niż powinna. Gdy mnie zobaczyła, spojrzała tak, jakby nie wierzyła, że naprawdę przyszłam.
– Martyna... – powiedziała cicho.
Nie odpowiedziałam. Usiadłam. Przez chwilę milczałyśmy. A potem zaczęła mówić. O tym, że ojciec pił. Że wyrzuciła mnie z domu, bo się bała, że ja ją zostawię. Bo była zła na siebie, a wyładowała to na mnie. Nie słuchałam tego z czułością. Raczej z dystansem. Nie próbowała się tłumaczyć, nie udawała. Może właśnie dlatego nie wyszłam. Nie przebaczyłam jej, ale też nie nienawidziłam już tak jak kiedyś. Odwiedzałam ją. Gotowałam jej czasem zupę, trzymałam za rękę, kiedy gorzej się czuła.
Zamknęłam za sobą ten rozdział
Gdy mama zmarła, poczułam smutek. Nie poprosiła o przebaczenie, nie powiedziała, że mnie kocha. Ale w szufladzie szpitalnej szafki pielęgniarka znalazła zeszyt. W środku – listy. Nigdy niewysłane. Pisała je do mnie przez te wszystkie lata. Niektóre tylko z datą i jednym zdaniem: „Dziś znowu cię widziałam w tramwaju. Nie wiem, czy to byłaś ty”. Albo: „Wiem, że nie mam prawa, ale tęsknię”.
Nie płakałam nad tym zeszytem. Może zrobiłam to już tyle razy wcześniej, że nie zostało nic. Pogrzeb był skromny. Nie zaprosiłam nikogo. Zamknęłam za sobą rozdział, który przez lata był otwartą raną. Po wszystkim wróciłam do domu. Michał zapytał:
– I co teraz?
– Teraz... nie wiem. Może w końcu przestanę szukać winnych. Może po prostu będę żyć.
Nie umiem powiedzieć, czy ją zrozumiałam. Nie wiem, czy jej wybaczyłam. Ale wiem, że nie chciałam, żeby umierała w samotności. I że to ja, nie ona, wyciągnęłam rękę. Nie dlatego, że byłam lepsza. Tylko dlatego, że potrafiłam.
Martyna, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Bałam się, że Dzień Babci minie bez echa. Dostałam wiadomość od wnusia i wtedy aż nogi się pode mną ugięły”
- „Kocham męża, ale w snach jestem w związku z teściem. On ma to, czego brakuje mi w jego synu”
- „Wyszłam za mąż tylko dla pieniędzy. Dopiero po latach zrozumiałam, że gruby portfel nie zastąpi mi prawdziwej miłości”