„Przekonałam męża, byśmy pojechali z teściową na ferie do Wisły. Przez to, co tam zobaczyłam, do domu wrócimy osobno”
„Zapakowaliśmy się do naszego starego kombi i ruszyliśmy w góry. Jeszcze nie wiedziałam, że ten wyjazd tak nami wstrząśnie. Wtedy cieszyłam się po prostu, że jedziemy”.

- Redakcja
Zawsze miałam słabość do gór zimą – śnieg skrzypiący pod butami, ciepło w małej chatce i poczucie, że świat można na chwilę zostawić za sobą. Marzyłam o takim wyjeździe od miesięcy. Oczywiście, mój mąż uważał, że ferie to strata pieniędzy, a teściowa? Teściowa za nic nie chciała nigdzie jechać.
– Po co mam marznąć i tłuc się w aucie, jak tu mam ciepło, telewizor i rosół? – powtarzała do znudzenia.
Jednak tym razem postanowiłam być twarda. Przekonałam męża, że trochę świeżego powietrza dobrze nam zrobi. Ostatecznie wszyscy zapakowaliśmy się do naszego starego kombi i ruszyliśmy w góry. Jeszcze nie wiedziałam, że ten wyjazd tak nami wstrząśnie. Wtedy cieszyłam się po prostu, że jedziemy.
Zganił mnie wzrokiem
Już pierwszego dnia pożałowałam swojego uporu. Po czterdziestu minutach teściowa jęczała z tyłu, że jej „nogi drętwieją” i czy ktoś „w końcu uchyli okno, bo tu zaduch jak w tramwaju”. O śnieżnych krajobrazach mogłam zapomnieć.
– Ile jeszcze będziemy jechać? – jęknęła teściowa, po raz piąty sprawdzając czas na swoim telefonie.
– Spokojnie, jeszcze tylko dwadzieścia kilometrów, zaraz będzie zjazd – odpowiedział mój mąż, zrezygnowanym tonem. – Przypomnij mi, kto wymyślił te ferie?
– Ja wymyśliłam. Chciałam, żebyśmy w końcu spędzili razem czas, a nie tylko w domu przed telewizorem – odburknęłam, nie zamierzając przepraszać za swoje marzenia.
– W domu to by człowiek przynajmniej w kapciach posiedział – mruknęła teściowa.
Dojechaliśmy w końcu do naszej chatki – niewielka drewniana, stojąca tuż przy szlaku. W środku było chłodniej, niż zakładałam.
– O rany, jak tu zimno! – teściowa owinęła się szalikiem i rozejrzała z dezaprobatą. – Przecież tu zamarznę. Ty chyba naprawdę masz fantazję, dziecko.
– Zaraz rozpalimy w kominku, zaraz będzie ciepło – mój mąż rzucił torbę pod ławę i spojrzał na mnie z pretensją.
Nie przypuszczałam, że pierwszy wieczór aż tak nas do siebie zbliży – choć, niestety, nie w taki sposób, o jakim marzyłam.
Siliłam się na spokój
Jeszcze tego samego wieczoru czekał nas pierwszy rodzinny kryzys. Kominek okazał się bardziej ozdobą niż źródłem ciepła, a drewno – wilgotne i niechętne do współpracy. Mój mąż po raz trzeci klęczał przy palenisku.
– Może trzeba podłożyć więcej papier? – zaproponowałam z nadzieją, podając mu stare gazety.
– Może trzeba po prostu wrócić do domu – burknęła teściowa, która na wszelki wypadek już nałożyła na siebie drugi sweter i patrzyła na zegarek z miną skazańca odliczającego minuty do końca wyroku.
– Mamo, daj spokój. Twoje komentarze nie pomagają – mruknął mój mąż, pocierając czoło rękawem. – I jak tak dalej pójdzie, to spalimy tu całą prasę z ostatnich pięciu lat i nadal będzie lodówka.
– Ja się pytam: po co myśmy tu przyjechali? – teściowa westchnęła ciężko. – Żeby się hartować? Mówiłam, że w styczniu to do sanatorium, a nie w góry.
– Mamo, to miały być rodzinne ferie. Miała być atmosfera – odpowiedziałam, siląc się na spokój, choć już czułam, że zaraz coś mnie trafi.
Kominek zajaśniał maleńkim płomieniem, a mąż z triumfem odwrócił się do nas.
– O, patrzcie, jednak się dało!
W tej samej chwili rozległo się dziwne skrzypienie z poddasza. Spojrzeliśmy na siebie – trochę rozbawieni, trochę zaniepokojeni.
– Co to było? – spytałam szeptem.
– Pewnie mysz. Albo twoja atmosfera się przechadza po strychu – odparł mąż, próbując żartować.
Na razie śmialiśmy się z nerwów, ale już wtedy przeczuwałam, że te ferie nie będą przypominać żadnych wcześniejszych.
Najadałam się strachu
Noc była zimna, a chatka skrzypiała, jakby chciała nam udowodnić, że wcale nie zamierza się podporządkować moim wizjom „rodzinnej sielanki”. Teściowa postanowiła spać w kuchni. Próbowałam zignorować jej zrzędzenie, chociaż przez cienkie ściany słyszałam każde słowo.
– Słyszałaś to? – mój mąż wsunął głowę do naszej mikrosypialni, cały rozczochrany i w polarze narzuconym na piżamę.
– Co niby? – podniosłam się, nasłuchując.
– Ktoś chodzi po schodach. Albo… nie wiem, coś stuka, słyszysz? – wyszeptał, jakbyśmy byli w horrorze klasy B.
– Nie wygłupiaj się. To pewnie stara chata, drewno pracuje. I nie panikuj, bo twoja mama zaraz wpadnie tu z krucyfiksem i wodą święconą.
– Mówię ci, coś się ruszało. Idę sprawdzić – stwierdził, a ja widziałam, że wcale nie ma na to ochoty.
Zza drzwi kuchni dochodził cichy szept teściowej:
– Wy tam żyjecie? Dziecko, sprawdź, bo zaraz zadzwonię po pogotowie, jak mnie coś tu zje!
Westchnęłam i podniosłam się z łóżka. Szliśmy razem po skrzypiących schodach, uzbrojeni w latarkę i tłuczek do ziemniaków. Teściowa szła za nami, trzymając w ręku butelkę z wodą mineralną, jakby to miało cokolwiek pomóc.
– Otwórz te drzwi powoli – syknęłam do męża, który próbował zachować minę bohatera, ale nogi trzęsły mu się jak galareta.
Nacisnął klamkę i… nic. Spojrzeliśmy na siebie z ulgą i lekkim rozbawieniem.
– Widzisz? – powiedziałam, odkładając tłuczek. – To nie duchy, tylko przeciąg.
– Może, ale śpimy dziś przy zapalonym świetle – mruknął mój mąż, a teściowa natychmiast przytaknęła.
Wróciliśmy do łóżek, ale sen już tej nocy nie był taki spokojny.
Wszystko się skomplikowało
Rankiem obudził mnie zapach kawy i... znajomy odgłos kłótni w kuchni. Zanim zdążyłam się ubrać, usłyszałam charakterystyczny ton mojej teściowej, który zwiastował burzę.
– Powiedz mi, po co te wszystkie naczynia są tu porozstawiane? – oburzyła się, szurając kubkiem po blacie. – Tu herbata, tam kawa, a tu masło zostawione na stole jakbyśmy byli w hotelu!
– W hotelu byłoby cieplej – odparł mój mąż, z ironią. – Chciałaś góralskiego klimatu, masz.
– To nie ja chciałam, tylko twoja żona. Mnie wystarczyłby mój fotel i serial – teściowa odbiła piłeczkę.
– Dobry humor z rana – rzuciłam, udając, że wcale mnie to nie rusza. – Może zrobimy dziś coś fajnego? Może pójdziemy do starego schroniska.
– Jeszcze tylko mi wycieczki po lesie brakuje – jęknęła teściowa, ale już widziałam, jak zerka przez okno na zasypane śniegiem drzewa. – Przecież ja nie mam odpowiednich butów, a tu zaraz mi się nogi połamią.
– Mamo, damy radę. Pójdziemy powoli, zobaczysz, przyda ci się trochę ruchu – próbował udobruchać ją mój mąż.
– No jasne, a potem ktoś mnie będzie niósł na plecach, jak się przewrócę – nie odpuszczała, ale już zapinała kurtkę.
Po pół godziny byliśmy gotowi do wyjścia. Szlak prowadził przez piękny, cichy las. Śnieg skrzypiał pod butami, powietrze było świeże, a ja – może naiwnie – poczułam, że właśnie o to mi chodziło.
– Zobacz, jak tu pięknie – powiedziałam do teściowej, która z początku szła zrezygnowana, ale po chwili rozpromieniła się trochę.
– No, nie powiem, krajobraz ładny – przyznała, poprawiając czapkę. – Jakbym wiedziała, że tu tak cicho, to może nie narzekałabym aż tyle.
– Możemy tu wrócić za rok – rzucił mój mąż, zerkając na mnie z przekąsem.
Jeszcze nie wiedzieliśmy, że w drodze powrotnej wszystko się skomplikuje.
Chciało mi się płakać
Powrót ze szlaku był daleki od sielanki. Najpierw teściowa zaczęła narzekać na kolano, które „nagle odmówiło posłuszeństwa”, potem mój mąż zgubił rękawiczkę, a ja próbowałam udawać, że to wszystko mnie nie dotyczy. Zaczęło prószyć, wiatr świszczał między drzewami, a las wydawał się nagle mniej przyjazny niż rano.
– No pięknie, mówiłam, że mnie coś boli! – teściowa zatrzymała się i teatralnie złapała za kolano. – Po co było łazić po tych zaspach? Mogłam zostać w domu, a nie tu zamarzać.
– Mamo, to tylko kawałek, zaraz będziemy w chatce – próbował ją uspokoić mój mąż, rozglądając się nerwowo po ścieżce.
– Nie ruszam się stąd, dopóki nie odpocznę! – oświadczyła, siadając na przewróconym pniu. – Ty, synu, szukaj tej rękawiczki, a ty, dziecko, podaj mi termos z herbatą.
– Super, rodzinny biwak – mruknęłam, przekopując plecak, choć miałam ochotę usiąść i po prostu się popłakać.
Mój mąż zaczął chodzić w kółko, podnosząc śnieg butami i przeklinając pod nosem:
– No świetnie, zgubiłem rękawiczkę, za chwilę zgubię jeszcze rozum… Kto normalny idzie zimą do lasu?
– Ktoś, kto chce, żebyśmy się zbliżyli jako rodzina – odparłam zgryźliwie.
– Dziecko, jak ty możesz tak spokojnie siedzieć? Tu mróz, a twój mąż lata za rękawiczką. To są te twoje wymarzone ferie? – teściowa patrzyła na mnie z wyrzutem.
– Tak, to są dokładnie takie ferie, jakich chciałam – rzuciłam już bez cienia cierpliwości.
Wtedy, gdy już wszyscy byliśmy na granicy wytrzymałości, usłyszeliśmy za plecami chrzęst śniegu i cichy głos:
– Przepraszam, zgubili państwo coś? – z lasu wyłonił się starszy mężczyzna.
Wyglądał, jakby wyrósł z tej zimy, z brodą całą w śniegu.
– Rękawiczka! – mój mąż aż podskoczył z radości.
Nie wiedzieliśmy jeszcze, że ta niepozorna pomoc i rozmowa z nieznajomym zmienią całą dynamikę naszej rodziny.
Zaskoczyły mnie jego słowa
Starszy mężczyzna okazał się miejscowym leśnikiem. Przysiadł się na chwilę, częstując nas kawałkiem czekolady, jakby wiedział, że to właśnie teraz najbardziej jej potrzebujemy. Rozmowa zaczęła się od zwykłego „skąd państwo są?”, ale szybko zeszła na temat rodzin, dawnych świąt i tego, co naprawdę liczy się w życiu.
– Wiecie, my tu w górach nauczyliśmy się nie narzekać na byle co – powiedział, uśmiechając się pod śnieżną brodą. – Jak człowiek się złości na pogodę albo na innych, to szybko robi się zimno i samotnie. A jak się razem pośmiejemy, nawet z najgorszego, to zaraz lżej na duszy.
Teściowa, zaskakująco rozczulona, spojrzała na niego i westchnęła:
– Pan mówi tak, jakby wszystko było proste… A tu się człowiek stara, gotuje, martwi, a i tak zawsze komuś coś nie pasuje.
– Bo czasem najprościej po prostu się odpuścić – leśnik odpowiedział z powagą. – Rodzina nie jest po to, żeby wszystko było jak w bajce, tylko żeby się razem potykać i razem wstawać.
Patrzyłam na męża, który ściskał znalezioną rękawiczkę, jakby to był talizman. On chyba też nagle zrozumiał, jak absurdalne były nasze kłótnie o pogodę, drewno czy zgubione rzeczy.
– To co, wracamy do tej naszej chatki? – powiedział w końcu z lekkim uśmiechem.
– Wracamy – odparłam, pierwszy raz tego dnia czując, że naprawdę chcę tam być, z nimi.
Teściowa dźwignęła się z pnia z westchnieniem i przez chwilę wydawało mi się, że nawet uśmiechnęła się do mnie lekko. Wróciliśmy do chatki. Może było zimno i nie wszystko wyszło jak z reklamy, ale w końcu przestaliśmy udawać, że jesteśmy idealną rodziną. Przynajmniej na te kilka dni w górach byliśmy po prostu razem – i tylko to się liczyło.
Olga, 46 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie stać mnie na ferie w górach dla dzieci, więc wzięłam pożyczkę. Ich radość jest dla mnie cenniejsza niż złoto”
- „Myślałam, że znam męża na wylot. Gdy zamknęła się jego trumna, otworzyła się za to Puszka Pandory”
- „Zobaczyłam zdjęcia męża z kochanką i zapragnęłam odwetu. W Tatrach z przyjaciółką uknułyśmy zemstę idealną”