„Przepisałam dom na dzieci, wierząc w ich uczciwość. Teraz dzwonią tylko wtedy, gdy znowu potrzebują pieniędzy”
„Po ich wyjściu nie płakałam. Byłam zbyt zaskoczona, zbyt zmęczona. Po raz pierwszy zobaczyłam wyraźnie to, czego wcześniej nie chciałam dostrzec: dla moich dzieci stałam się zapleczem finansowym. A dom – kartą przetargową”.

- Redakcja
Od zawsze wierzyłam, że rodzina to bezpieczna przystań. Dom, który z mężem budowaliśmy przez trzydzieści lat, był dla mnie czymś więcej niż cegłami i dachem – był dowodem naszej pracy, wyrzeczeń i marzeń o spokojnej starości. Kiedy przepisywałam go na dzieci, byłam przekonana, że robię to z miłości i że ta miłość do mnie wróci. Nie przypuszczałam, jak bardzo się pomylę.
Uwierzyłam im na słowo
Pamiętam dzień, w którym siedzieliśmy u notariusza. Był maj, przez uchylone okno wpadał zapach kwitnących drzew, a ja ściskałam w dłoni torebkę tak mocno, jakbym trzymała w niej całe swoje życie.
– Mamo, przecież to tylko formalność – uśmiechnęła się Karolina, poprawiając włosy. – I tak zawsze będziemy tu razem.
– Dokładnie – wtórował jej Michał. – A ty będziesz miała święty spokój. Zajmiemy się wszystkim.
Skinęłam głową. Po śmierci męża coraz częściej myślałam o przyszłości. Bałam się, że kiedyś coś mi się stanie, a dzieci będą musiały załatwiać sprawy urzędowe w pośpiechu. Chciałam im tego oszczędzić.
– Najważniejsze, żebyście byli zgodni – powiedziałam cicho. – Ten dom ma was łączyć, nie dzielić.
Karolina ścisnęła moją dłoń.
– Mamo, jak możesz w ogóle tak myśleć?
Podpis złożyłam bez wahania. Wyszłam z kancelarii lżejsza, jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężar odpowiedzialności. Tego samego wieczoru siedzieliśmy przy stole w kuchni.
– Teraz to my będziemy się tobą opiekować – oznajmił Michał z powagą.
Uwierzyłam w każde słowo. Przez pierwsze miesiące rzeczywiście było pięknie. Dzieci wpadały częściej, pytali, czy czegoś mi nie potrzeba, czy nie naprawić kranu, czy nie przywieźć zakupów. Czułam się potrzebna, ale też zaopiekowana. Z czasem jednak wizyty stawały się krótsze. Telefony rzadsze. Najpierw tłumaczyłam ich pracą, obowiązkami, wnukami. Sama mówiłam do sąsiadki:
– Dzieci mają swoje życie, nie będę im siedzieć na głowie.
A potem przyszedł pierwszy telefon, który brzmiał inaczej.
– Mamo, słuchaj… – zaczął Michał bez zwykłego „co u ciebie?”. – Potrzebowałbym pożyczki. Tylko na miesiąc.
Zgodziłam się bez zastanowienia. W końcu to mój syn. Gdy miesiąc minął, pieniędzy nie było, a ja nie miałam odwagi upomnieć się o swoje. Niedługo później zadzwoniła Karolina.
– Mamo, wiesz, czasy są trudne. Mogłabyś nam trochę pomóc?
Zaczęłam zauważać, że dzwonili głównie wtedy, gdy czegoś potrzebowali. Gdy mówiłam, że czuję się samotna, zapadała cisza.
– Przyjedziemy w weekend – odpowiadali. – Teraz naprawdę nie damy rady.
Weekend często nie nadchodził. Siedziałam wieczorami w salonie, patrząc na ściany, które kiedyś malowałam z mężem. Dom już formalnie nie był mój, ale wciąż sprzątałam go i ogrzewałam. Coraz częściej zastanawiałam się, czy nie oddałam czegoś więcej niż nieruchomości. Może oddałam też swoją pozycję, swoje bezpieczeństwo. A najgorsze było to, że wciąż usprawiedliwiałam dzieci, choć serce podpowiadało mi, że coś między nami zaczęło się kruszyć.
Stałam się ich bankomatem
Najbardziej zabolał mnie wieczór, kiedy dzieci wpadły w odwiedziny, a ja już po pierwszym jej „mamo” wiedziałam, że znowu chodzi o pieniądze.
– Mamo, nie będę owijać w bawełnę – zaczęła szybko. – Mamy problem z ratą. To tylko przejściowe, naprawdę. Mogłabyś przelać nam dziesięć tysięcy? Oddamy, jak tylko sytuacja się unormuje.
Siedziałam przy stole z kubkiem herbaty. Za oknem padał deszcz, a ja poczułam, jak robi mi się chłodno, choć kaloryfer był ciepły.
– Karolinko, ja nie mam już takich oszczędności jak kiedyś – odpowiedziałam ostrożnie. – Pomagałam wam kilka razy. Moja emerytura nie jest z gumy.
Zapadła cisza, a potem westchnienie.
– Mamo, przecież mieszkasz sama w dużym domu. Nie masz wielkich wydatków.
Te słowa zabolały mnie bardziej niż prośba o pieniądze.
– Ten dom to całe moje życie – powiedziałam cicho. – I nadal ja go utrzymuję.
– No tak, ale formalnie jest nasz – wtrącił się w tle głos Michała. – Gdyby trzeba było, moglibyśmy go sprzedać i wszyscy byśmy skorzystali.
Serce zaczęło mi bić szybciej.
– Sprzedać? – powtórzyłam, jakbym nie dosłyszała.
– To tylko opcja – odpowiedział Michał. – Mamo, nie patrz tak emocjonalnie. To nieruchomość, nic więcej.
Nic więcej. A dla nich to była tylko opcja.
– Nie chcę, żeby ten dom był tematem waszych kalkulacji – powiedziałam stanowczo. – I nie przeleję wam tych pieniędzy.
Po drugiej stronie zapadła lodowata cisza.
– Skoro tak stawiasz sprawę… – zaczęła Karolina chłodno. – My też mamy swoje zobowiązania.
Po ich wyjściu nie płakałam. Byłam zbyt zaskoczona, zbyt zmęczona. Po raz pierwszy zobaczyłam wyraźnie to, czego wcześniej nie chciałam dostrzec: dla moich dzieci stałam się zapleczem finansowym. A dom – kartą przetargową. Następnego dnia Michał przysłał wiadomość:
„Musimy porozmawiać o przyszłości nieruchomości. Umówmy się w niedzielę”.
Nie zapytał, jak się czuję. Nie wspomniał o wczorajszej rozmowie. Tylko „nieruchomość”. W niedzielę przyszli oboje. Usiedli w salonie, przy stole, który mój mąż własnoręcznie skręcał.
– Mamo, musisz zrozumieć, że to też nasze zabezpieczenie – zaczął Michał rzeczowym tonem. – Może powinnaś rozważyć mniejsze mieszkanie. Byłoby ci wygodniej.
– A resztę pieniędzy można by podzielić – dodała Karolina.
Patrzyłam na nich i nagle poczułam, jak coś we mnie pękło.
– Czy wy w ogóle słyszycie, co mówicie? – zapytałam spokojnie. – Ja jeszcze żyję. To mój dom. I nie zamierzam się z niego wyprowadzać tylko dlatego, że wam brakuje pieniędzy.
– Ale przecież sama go na nas przepisałaś – przypomniała Karolina.
– Z miłości – odpowiedziałam. – A nie po to, żebyście planowali moją przeprowadzkę.
W ich oczach zobaczyłam zniecierpliwienie. Nie wdzięczność, nie troskę. Zniecierpliwienie. Kiedy wyszli, po raz pierwszy od dawna poczułam, że muszę coś zrobić. Że jeśli teraz się nie postawię, zostanę we własnym domu tylko gościem. I wtedy podjęłam decyzję, która miała wszystko zmienić.
Jasno postawiłam granicę
Następnego dnia rano zadzwoniłam do notariusza.
– Chciałabym dowiedzieć się, czy mam jakiekolwiek zabezpieczenie jako darczyńca – zapytałam wprost. – I czy mogę cofnąć darowiznę.
Umówiłam się na spotkanie. Kiedy siedziałam w kancelarii, miałam wrażenie, że wracam do punktu wyjścia, ale już jako inna kobieta. Mniej naiwna. Dowiedziałam się, że w przypadku rażącej niewdzięczności mogę wystąpić o odwołanie darowizny. To nie była prosta droga, ale była możliwa. Sama świadomość tego dodała mi sił. Wieczorem napisałam do dzieci wiadomość:
„Chcę, żebyście przyszli w sobotę. To ważne”.
Przyszli z wyraźnym dystansem. Usiedli naprzeciw mnie, jakby byli na spotkaniu biznesowym.
– Mamo, jeśli chodzi o ten dom, to naprawdę powinnaś spojrzeć na to rozsądnie – zaczął Michał.
Uniósł brwi, gdy mu przerwałam.
– To ja teraz powiem – oznajmiłam spokojnie. – Przepisałam wam dom z miłości i zaufania. W zamian dostałam telefony tylko wtedy, gdy potrzebowaliście pieniędzy. Propozycję sprzedaży mojego miejsca na ziemi. I chłód.
Żadnych telefonów, żadnych wizyt
Karolina westchnęła.
– Przesadzasz.
– Nie – odpowiedziałam stanowczo. – I dlatego podjęłam decyzję. Wystąpię o odwołanie darowizny.
Zapadła cisza tak gęsta, że słyszałam tykanie zegara w kuchni.
– Chcesz nas pozwać? – zapytał Michał z niedowierzaniem.
– Chcę odzyskać poczucie bezpieczeństwa – wyjaśniłam. – A jeśli nie uda się formalnie, to przynajmniej ustanowię dożywotnie prawo zamieszkania i zabezpieczę swoje interesy tak, żebyście nie mogli decydować o moim życiu ponad moją głową.
Karolina wstała gwałtownie.
– Po tym wszystkim? – powiedziała z wyrzutem.
– Właśnie po tym wszystkim – odpowiedziałam cicho.
Przez kilka tygodni panowała między nami cisza. Żadnych telefonów, żadnych wizyt. Bolało, bo mimo wszystkiego to wciąż były moje dzieci. Jednak po raz pierwszy od dawna nie czułam się wykorzystana. Sprawa zakończyła się ugodą, a ja odzyskałam dom i kontrolę nad własnym życiem. Podpisując dokumenty, nie czułam triumfu. Raczej spokój. Relacje z dziećmi nie wróciły do dawnej bliskości. Są uprzejme, odwiedzają mnie od czasu do czasu, ale coś między nami pękło. Może kiedyś to odbudujemy, a może nie. Nauczyłam się jednak, że miłość nie polega na oddawaniu wszystkiego bez granic.
Dziś siedzę w swoim salonie, przy tym samym stole. Patrzę na ściany, które znów są naprawdę moje. I wiem jedno – wdzięczność nie rodzi się z aktu notarialnego. A godność warto chronić nawet wtedy, gdy trzeba powiedzieć „nie” własnym dzieciom.
Aniela, 77 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa drwiła ze mnie, że kupuję oponki z dyskontu. Niezawodny przepis na lwowskie pączki babci Stasi uratował mój honor”
- „Teściowa mnie zbeształa, że kupiłam za drogie składniki na pączki. Dla niej to tylko deser, dla mnie jakość na talerzu”
- „Teściowa miała się za królową tłustego czwartku. Gdy posmakowała moje pączki lwowskie, musiała oddać fartuch i koronę”