Nigdy nie sądziłam, że będę pakować plecak na Camino de Santiago razem z siostrą, z którą przez dziesięć lat wymieniałam może dwadzieścia zdań rocznie, głównie przy grobie mamy. Ale mama zostawiła nam list. Krótki, konkretny, w jej stylu: „Chcę, żebyście przeszły razem chociaż kawałek drogi do Santiago i zaniosły tam moją fotografię. Wiem, że się pokłócicie. Ale wiem też, że nie zostawicie siebie na trasie”. Danuta zadzwoniła tego samego dnia, w którym prawnik odczytał nam ten fragment testamentu. Głos miała chłodny, jakby czytała z kartki.

WIDEO

player placeholder

– Możemy to zrobić w dziesięć dni, Jolka. Bez zbędnych rozmów. Wsiadamy, idziemy, wracamy.

Zgodziłam się, bo odmowa oznaczałaby, że nie wypełniłam ostatniej prośby matki. A z tym nie umiałabym żyć. Przez kilka nocy przed wyjazdem nie mogłam spać, wyobrażając sobie, jak będzie wyglądać dziesięć dni w towarzystwie kobiety, którą znałam tylko z dzieciństwa i z rodzinnych rocznic, na których obie udawałyśmy, że nic nas nie dzieli.

Zobacz także

Pierwsze kilometry, pierwsze docinki

Zaczęłyśmy w Sarrii, bo obie miałyśmy ograniczony urlop. Już pierwszego wieczoru w albergue, przy wspólnym stole z innymi pielgrzymami, Danuta wyjęła z torby drewnianą szkatułkę mamy – tę z bursztynowym wieczkiem, po której zawsze mówiłam, że powinna być moja, bo mama obiecała mi ją, kiedy miałam szesnaście lat.

– Wzięłam ją, żeby nic się jej nie stało w twoim mieszkaniu – powiedziała, kładąc szkatułkę obok talerza z zupą.

– W moim mieszkaniu? Co ty wygadujesz? – Poczułam, jak wraca dawna złość. – To ja opiekowałam się mamą, a ciebie nigdy nie było w pobliżu.

– Bo ja akurat miałam na głowie własne problemy, których nie chciałam wam zwalać na głowę.

Ten wątek – kto bardziej się poświęcał, kto miał trudniej – wracał niemal każdego wieczoru. Danuta wypominała mi, że wyjechałam z domu jako pierwsza, że zostawiłam ją samą z chorą babcią i wymagającą matką. Ja wypominałam jej, że nigdy nie zadzwoniła, kiedy najbardziej potrzebowałam wsparcia, gdy rozpadało się moje małżeństwo. Każdy posiłek w drewnianych, pachnących zupą jarzynową albergue zamieniał się w pole bitwy, na którym ścierałyśmy się o stare żale, jakby dwadzieścia lat nie minęło.

Drugiego dnia szłyśmy w kompletnym milczeniu przez kilka godzin, mijając pola kukurydzy i kamienne płoty. W pewnym momencie Danuta usiadła na kamieniu i zdjęła but, bo zaczął jej się robić pęcherz. Chciałam iść dalej, udając, że nie widzę, ale coś mnie zatrzymało. Uklęknęłam i bez słowa nałożyłam jej plaster z apteczki, którą wzięłam „na wszelki wypadek”. Nie powiedziałyśmy sobie nic więcej, ale to był pierwszy moment, w którym któraś z nas zrobiła coś dla drugiej bez wypominania.

Bała się iśc dalej sama

Czwartego dnia, w miasteczku Portomarín, zgubiła się jej torebka z paszportem. Danuta oskarżyła mnie, że to ja niosłam jej dokumenty w bocznej kieszeni mojego plecaka i musiałam je wysypać.

– Nie miałam twojego paszportu! – broniłam się, choć w duchu czułam ukłucie niepewności, bo rzeczywiście poprzedniego wieczoru pomagałam jej przepakować torbę.

Szukałyśmy razem po całym schronisku, w recepcji, w kawiarni, gdzie piłyśmy rano kawę. W końcu recepcjonistka znalazła torebkę pod ławką w ogrodzie – musiała wypaść, kiedy Danuta robiła zdjęcie kamiennemu mostowi. Ulga była ogromna, ale w tym momencie, patrząc na jej roztrzęsione ręce, zrozumiałam coś, co przez lata ignorowałam. Ona bała się iść dalej sama, tak jak ja bałam się przyznać, że przez te wszystkie lata kłótni tęskniłam za nią bardziej, niż byłam gotowa to powiedzieć na głos.

– Musimy zacząć sobie ufać, Danka – powiedziałam wieczorem, kiedy siedziałyśmy na ławce przed schroniskiem, otoczone zapachem eukaliptusów. – Bo inaczej nie dojdziemy do Santiago, tylko się rozjedziemy w połowie drogi.

Spojrzała na mnie długo, jakby ważyła, czy mogę mówić to serio.

– Też się bałam ci to powiedzieć – odparła cicho. – Że może to ostatnia szansa, żeby coś między nami naprawić.

Tego wieczoru, po raz pierwszy od lat, opowiedziałyśmy sobie o rzeczach, które wcześniej wydawały się nieważne albo zbyt bolesne, żeby o nich wspominać. Danuta powiedziała, że kiedy wyjechałam z domu, czuła się tak, jakby zostawiono ją samą na tonącym statku. Ja powiedziałam, że kiedy dzwoniła do mnie tylko z okazji świąt, czułam, że nie jestem jej potrzebna, że łatwiej jej bez rozmów ze mną.

Zawsze wygrywał strach

Piąty i szósty dzień trasy były inne. Zaczęłyśmy iść razem, nie osobno, jak wcześniej, kiedy jedna wyprzedzała drugą, żeby nie musieć rozmawiać. Danuta zaczęła mi opowiadać o swoim rozwodzie, o którym nigdy wcześniej nie mówiła szczegółowo, tylko suchymi, oficjalnymi zdaniami przy rodzinnym stole. Powiedziała, że bała się, że jeśli pokaże mi, jak bardzo się rozpada, ja to wykorzystam i powiem, że przecież ją ostrzegałam.

Nigdy bym tak nie zrobiła – powiedziałam, zaskoczona, że w ogóle mogła tak myśleć.

– Wiem to dopiero teraz. Ale wtedy wydawało mi się, że jedyne, co robimy, to porównujemy, kto ma gorzej.

Opowiedziałam jej też o swoim rozwodzie, o nocach, kiedy siedziałam sama w kuchni i zastanawiałam się, czy zadzwonić do niej, czy nie, i jak w końcu zawsze wygrywał strach, że usłyszę w jej głosie znudzenie albo obojętność.

Przy krzyżu O’Cebreiro

Kiedy dotarłyśmy do przełęczy O’Cebreiro, gdzie stoi charakterystyczny żelazny krzyż otoczony wzgórzami, obie się zatrzymałyśmy bez słowa. Wiatr był ostry, mgła unosiła się nad doliną, a Danuta wyjęła z plecaka fotografię mamy, którą miałyśmy zanieść do Santiago.

– Pamiętasz, jak mama mówiła, że powinnyśmy się pilnować, bo jesteśmy dla siebie jedynymi świadkami dzieciństwa? – zapytała, patrząc na fotografię.

– Pamiętam. Wtedy myślałam, że to tylko taki tekst z okazji świąt.

– A teraz?

– Teraz myślę, że miała rację. Nikt inny nie pamięta, jak śpiewałyśmy jej ulubione piosenki w samochodzie w drodze na wakacje. Nikt inny nie wie, jak bardzo się bała, kiedy zachorowała babcia.

Danuta pierwsza wybuchnęła płaczem, ale zaraz się roześmiała, otarła oczy i powiedziała, że to musi być zmęczenie i wysokość. Ja też się roześmiałam, choć czułam, że coś w nas obu pękło – ale w dobrym sensie, jak skorupa, która wreszcie ustępuje, żeby wypuścić to, co było w środku. Od tego dnia rozmawiałyśmy inaczej. Zamiast wypominać sobie stare krzywdy, zaczęłyśmy mówić o tym, czego nie powiedziałyśmy sobie nigdy – o strachu, że nie poradzimy sobie same, o zazdrości, że jedna z nas miała łatwiej w oczach mamy, o poczuciu winy, że nie zadzwoniłyśmy, kiedy było naprawdę trudno.

Ostatnie kilometry przed Santiago

W ostatnich dniach trasy, kiedy zbliżałyśmy się do Santiago, szłyśmy już bez tej dawnej rywalizacji. Danuta podarowała mi szkatułkę z bursztynowym wieczkiem bez słowa, po prostu włożyła mi ją do ręki na jednym z przystanków.

– Weź. Wiem, że mama chciała, żebyś ją miała. Ja się o to upierałam z głupoty, nie z miłości.

Oddałam jej w zamian jedną z niewielu rzeczy, które miałam po mamie – naszyjnik z drobnym krzyżykiem, który mama nosiła codziennie.

– Powinnaś go mieć. Zawsze mówiła, że jesteś silniejsza.

Ostatniego wieczoru przed Santiago siedziałyśmy na tarasie schroniska, patrząc na zachodzące słońce, i po raz pierwszy od lat nie musiałyśmy niczego udowadniać. Danuta zapytała, czy pamiętam nasz wspólny pokój z dzieciństwa, ten z żółtą tapetą w kwiatki, i czy pamiętam, jak w nocy szeptałyśmy sobie sekrety, żeby mama nas nie usłyszała.

– Pamiętam każdy szczegół – powiedziałam. – Szkoda, że gdzieś po drodze o tym zapomniałyśmy.

– Może właśnie po to jest ta droga. Żeby sobie przypomnieć.

Kiedy stanęłyśmy na Praza do Obradoiro, przed katedrą w Santiago, obie płakałyśmy, trzymając fotografię mamy między sobą. Zostawiłyśmy ją w kaplicy bocznej, tak jak sobie życzyła, razem z krótką modlitwą, którą wymyśliłyśmy wspólnie poprzedniego wieczoru. Danuta trzymała mnie za rękę tak mocno, jak nie trzymała mnie od czasów, kiedy byłyśmy dziećmi i bałyśmy się burzy za oknem. Wracałyśmy do Polski już zmienione.

Nie łudzę się, że dziesięć dni na trasie naprawiło dziesięć lat ciszy w jednej sekundzie. Ale teraz dzwonimy do siebie co tydzień, planujemy wspólne święta, a szkatułka z bursztynowym wieczkiem stoi na mojej półce jako przypomnienie, że czasem trzeba zgubić paszport, żeby odnaleźć siostrę. Czasem, kiedy do niej dzwonię i słyszę, jak śmieje się z czegoś głupiego, myślę, że mama musiała wiedzieć, co robi, pisząc do nas ten list. Że czasem trzeba przejść razem kawałek trudnej drogi, żeby przypomnieć sobie, kto jest nam bliski na tym świecie.

Jolanta, 50 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: